Pokazywanie postów oznaczonych etykietą empik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą empik. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lutego 2014

Zużycia grudniowo - styczniowe


The Body Shop Banana Conditioner / Shampoo - Postanowiłam opisać te dwa produkty w jednym podpunkcie, gdyż należą do tej samej serii i najlepiej działają stosowane w duecie. Zarówno szampon, jak i odżywkę zapakowano do najmniej wygodnych opakowań, jakie kiedykolwiek miałam w dłoniach. Naprawdę nie wiem, kto wymyślił takie butelki dla kosmetyków do włosów. Plastik, z których zostały wykonane jest bardzo twardy, ciężko go nacisnąć, aby wydobyć w szczególności odżywkę, zwłaszcza, gdy było jej mniej niż połowę. Oba produkty były koloru bananowego i dokładnie tym owocem pachniały. W zapachu na próżno szukać sztuczności, cud, miód i orzeszki. Co do szamponu - mył bez zarzutu, włosy po jego użyciu były oczyszczone i nieprzesuszone. Odżywka widocznie nawilżała czuprynę i nadawała jej blasku. Duet sprawdził się naprawdę dobrze na moich włosach, przydając miękkości i lekko wygładzając. Możliwe, że kiedyś się jeszcze spotkamy.

DeBa Volume Shampoo - Ani mnie nie zraził, ani nie zachwycił. Był zupełnie zwyczajny, spełniał podstawowe funkcje. Zmywał oleje, kurz, sebum i inne zanieczyszczenia. Niestety niewydajny, mimo pojemności 400ml. Pienił się nie najgorzej i ładnie pachniał. Faktycznie przydawał objętości, tzn. w moim przypadku trochę puszył, ale taki efekt mam po większości szamponów.


Soraya Nawilżanie & Dotlenianie Nawilżający żel oczyszczający - Zupełnie zwyczajny. Nie zachwycił mnie, przeciętniak. Pienił się lekko, oczyszczał skórę z zanieczyszczeń, nie podrażniał. Nie nawilżył cery, trochę wysuszał i często atakowały mnie suche skórki. Konsystencja żelowa, średnio gęsta, dobrze się rozprowadzał i bezproblemowo spłukiwał. Miał delikatny, przyjemny zapach. Cena niewygórowana, około dwunastu złotych za tubę, ale znam kilka żeli w podobnej cenie lub nawet tańszych, ale zdecydowanie lepszych.

Acnefan Krem do pielęgnacji cery trądzikowej - Ideał, kolejna zużyta tubka poszła do kosza. Faktycznie zmniejsza ilość powstających niespodzianek, fantastycznie matuje i wygładza skórę. Może wysuszać i podkreśla każdą wysuszoną okolicę, a już szczególnie odstające skórki. Najlepiej działa, jeśli co dwa - trzy dni zrobię peeling, a jego nałożę później.

Sylveco Lekki krem nagietkowy - Wielkie rozczarowanie, któremu poświęciłam osobny post. Nawilżał dobrze, jednak stosowany codziennie, a nawet jednokrotne użycie powodowało atak bolesnych wyprysków. Ostatecznie zużyłam smarując nim powieki i szyję, gdzie nie powodował żadnych niespodzianek. Sprawił jednak, że nie sięgnę już po żaden krem do twarzy tej firmy.

The Face Shop Blackhead EX Nose Clay Mask - Użyłam jej zaledwie raz i wyrzuciłam do kosza. Zupełnie się nie sprawdziła. Bardzo ciężko było ją wycisnąć, rozprowadzić, potwornie się kleiła i mazała. W ogóle nie chciała zaschnąć, więc próbowałam ją zmyć, co zajęło mi kilkanaście minut. Nic nie wyciągnęła, a bardzo na to liczyłam.    

Panthenol Winter Cream - Świetny kosmetyk, umieściłam go w ulubieńcach '13. Idealny na zimę - chronił skórę przed mrozem i wiatrem, lekko natłuszczając skórę. Nie świecił się zbytnio, nie kleił i szybko wchłaniał. Myślę, że jeszcze kiedyś go kupię.


Balea Urea Handcreme - Jeden z lepszych kremów, jakich używałam. Bardzo dobry na każdą porę roku, szybko się wchłaniał, nie pozostawiając tłustej czy lepkiej warstwy. Nawilżał i odżywiał już od pierwszej aplikacji, a co najlepsze - niwelował swędzenie na szczególnie przesuszonych obszarach. Nawilżenie, odżywienie i wygładzenie to coś, czego moje dłonie potrzebują przez okrągły rok, a zwłaszcza w zimie i ten krem spełnił wszystkie moje wymagania. Efekt był długofalowy, nie znikał po kilkudziesięciu minutach. Jedyne, do czego mogę się przyczepić to konsystencja, dla mnie odrobinkę zbyt rzadka.

Sanoflore, Gelée de Douche Apaisante - Zdecydowanie najdroższy kosmetyk tego typu w mojej łazience. Kupiłam go (i Tangle Teezer) dzięki kuponowi rabatowemu (klik). W życiu nie kupiłabym żelu za 40zł, a że miałam go praktycznie za darmo, wypróbowałam. Kosmetyk okazał się być jednym z lepszych produktów myjących, jednak nie na tyle, bym skusiła się na niego ponownie. Świetnie oczyszcza skórę bez wysuszania i podrażniania. Pieni się raczej lekko i łatwo spłukuje. Pachnie naturalnie, ciekawie, bardzo trudno określić ten zapach, w każdym razie podobał mi się. Niestety, żel był koszmarnie niewydajny, zużyłam go w ekspresowym tempie, a nie wylewałam na siebie pół butelki na raz. Jak widać, nawet za taką cenę nie można oczekiwać cudów :)

Balea Handlotion Sheabutter Arganol - Dobry, zużyłam z przyjemnością, choć na zimę był za lekki. Nieźle nawilżał dłonie, nieco odżywiał i wygładzał, niwelował suchość, ale nie w takim stopniu jak wersja Urea. Był bardzo rzadki, lekko wodnisty, dość dobrze się rozprowadzał i szybko wchłaniał. Do gustu przypadło mi opakowanie - stabilna, mieszcząca 300ml butla z pompką, która działała bez zarzutu aż do ostatniej kropli. Ogółem mówiąc polubiliśmy się, choć lepiej byłoby stosować go latem.

Avon Płyn do kąpieli Choinka - Nie będę słodzić, jego jedyny plus to urocze opakowanie w kształcie choinki. Ładnie wyglądało na łazienkowej półce, mimo iż było kompletnie niefunkcjonalne. Otwór, czy "nóżka" choinki jest ogromny i płyn wylewał się w zbyt dużej ilości. Produkt pachniał zielonym jabłuszkiem, a nie choinką, na co miałam wielką nadzieję. Pienił się słabo, więc zużyłam go jako żel pod prysznic, bo nie było sensu siedzenia w minimalnej ilości szybko znikającej piany. Szkoda, że się nie sprawdził, z wyglądu zapowiadał się na ciekawy produkt.  



Empik Owl Lipgloss Coconut - Skusiło mnie opakowanie, które oczywiście zachowam dla ozdoby :) Zawartość przeuroczej sówki to gęsty, lepki błyszczyk, przezroczysty o srebrnej poświacie. Na ustach nie wyglądał za pięknie, czytaj: bazar atakuje! Poza tym wywołał podrażnienie i atak krostek, dlatego opróżniłam opakowanie z tego lepiku i pozbyłam się bez żalu. Sówkę zostawiłam, ładna jest, żałowałabym, wyrzucając ją do kosza.

Essence Crystalliced Liquid Eyeshadow 03 Ice Crystals On My Window - Gdy użyłam go po raz pierwszy, wydawał się być cudem. Niestety nie był, dlatego po dwóch latach leżenia w szafce trafił do kosza. Konsystencję miał przyjemną, dobrze się rozprowadzał. Odcień, który wybrałam był rozświetlającym, chłodnym beżem z delikatnym pyłkiem, który migrował po twarzy. Efekt - jak się pewnie domyślacie - do ładnych nie należał. Wyrzuciłam bez żalu.

Zmywacz do paznokci - Kupuję w razie potrzeby, gdy nie mam nic innego pod ręką. Ogółem lubię i używam zielonej Isany, ale "z braku laku to i kit dobry". Śmierdzi, ale zmywa całkiem w porządku. Wysusza paznokcie i skórki. Raczej się już nie spotkamy. 

Basic Nailpolish 281 - Czerwień o wykończeniu żelkowo - kremowym. Bardzo elegancka i seksowna. Łatwa aplikacja i w miarę szybkie schnięcie nie sprawiły, że używałam go za często. Nie lubię nosić czerwieni na paznokciach zbyt często, więc po zużyciu połowy lakier zasechł. Również pozbywam się go bez żalu.

Tisane Balsam do ust - Ideał, co zresztą widać po trzech zużytych opakowaniach. Świetnie nawilża i odżywia, wygładza oraz chroni. Zużyłam już kilkanaście opakowań i temu jedynemu balsamowi do ust jestem wierna :)




Garść próbek. Wszystkie były w porządku, nie spodobał mi się jednak zapach cynamonowego masła, zachwyciło mnie natomiast to o zapachu liczi. Z pewnością nabędę drogą kupna w najbliżsyzm czasie pełnowymiarowe opakowanie.


Zużyłam też trzy saszetki peelingu drobnoziarnistego Perfecty, o którym pisałam kilka postów wstecz oraz jedną enzymatycznego, który polubiłam równie mocno.

A Wam jak poszło zużywanie?

sobota, 17 sierpnia 2013

Pod uroczą przykrywką Empik Owl Lipgloss Coconut

Moja ogromna słabość do ładnych i uroczych rzeczy czasami doprowadza mnie do wyrządzenia sobie krzywdy. Oczywiście nieświadomego, ale jednak. Po raz kolejny dostałam nauczkę, żeby nie kupować błyszczyków i balsamów w słodkich pudełeczkach, gdyż zazwyczaj w środku zazwyczaj znajduje się wazelina. O pierwszym takim przypadku pisałam TU, ale wtedy przynajmniej kosmetyk mi nie zaszkodził. Dzisiejszy post zamieszczam ku przestrodze, może nie tyle dla Was, co dla mnie, abym nie zapomniała, że lepiej się powstrzymywać. 

Błyszczyk o dokładnej nazwie Empik Owl Lipgloss Coconut umieszczono w przeuroczym opakowaniu w kształcie sowy. Jest tak śliczne, że kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, uznałam, że nie wyjdę bez niego ze sklepu. I stało się tak, jak chciałam. Niezwykle szczęśliwa i póki co z uśmiechem na ustach skierowałam się w stronę wyjścia. Zaraz po wejściu do domu zdarłam z niego folię ochronną i otworzyłam. Właśnie, klapka do otwierania znajduje się po spodniej stronie opakowania. Trudności z wydobyciem nie miałam żadnych, chociaż otwór do wielkich nie należy. Jakby nie było klapka sama się nie otwiera, dobrze przylega. Miodzio. Dodam jeszcze, że błyszczyku w środku za wiele nie ma, chyba trzy gramy z tego co się orientuję. Dodajmy do tego cenę, około piętnaście złotych, może czternaście. Ogółem kupujemy drogą wazelinę w świetnym opakowaniu. Konsystencję ma to-to oczywiście wazelinową, dość tłustą i kleistą. Rozprowadza się dobrze, jednak gdy nałożymy zbyt dużą ilość to rzecz jasna zbiera się w łączeniu warg. Przyklejają się do niego włosy, nie powinno to nikogo dziwić. Kolor na ustach przezroczysty z ledwo widocznym srebrnym pyłkiem (nie brokatem!). Wygląda nieźle, utrzymuje krótko, dwadzieścia, trzydzieści minut. Zapach kokosowo - chemiczny. W ogóle nie nawilża, na szczęście nie wysusza, trochę chroni przed czynnikami atmosferycznymi. Najgorszy jest jednak fakt, iż po kilku godzinach zaczynają pojawiać się brzydko wyglądające krostki na wargach. Postanowiłam jednak nie zważać na to i potestować przez parę dni. Krostek było coraz więcej, usta bolały, więc odstawiłam. Po dwóch dniach intensywnego smarowania Pimafucortem i Tisane usta wyglądały tak samo jak przed, wróciła gładkość i miękkość.


Błyszczykiem ust już nigdy nie posmaruję, szkoda mojego cierpienia. Trudno jednak byłoby mi się rozstać i tak uroczo wyglądającym mazidełkiem. Mam zamiar smarować nim skórki wokół paznokci, tam na pewno lepiej się sprawdzi. Postaram się jak najszybciej go zużyć, coby już nie kusił nakładaniem na wargi. Dla ciekawskich zamieszczam skład z oczywistą zawartością parafiny.

 
Bardzo żałuję, że produkt się nie sprawdził, ale wykorzystam go w innym celu. Mam nadzieję, że ta przygoda nauczy mnie rozsądniejszych zakupów :>

A teraz pytanie do Was: też lecicie na słodkie opakowania? Przyznawać się! :)