sobota, 30 marca 2013

AHA, AHA - ja też musiałam się dokwasić :D BingoSpa Peeling błotny do twarzy Kwasy owocowe

O kwasach owocowych AHA słyszałam już bardzo dużo, ale nie chciałam od razu zaczynać od kremów lub serum. Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że będę mogła przetestować peeling do twarzy z 50%-owymi kwasami owocowymi. Produkt dostałam mniej więcej półtora miesiąca temu i od tego czasu używam bardzo często, więc myślę, że pora na recenzję :)

 BingoSpa Peeling błotny do twarzy Kwasy owocowe

Zacznę od tego, że trochę obawiałam się tego błotnego kosmetyku. Po pierwsze, bałam się, iż będzie zawierał parafinę i triglicerydy oraz glicerynę, ale miło się zaskoczyłam! W peelingu nie ma żadnego z tych składników, znajdziemy za to błoto z Morza Martwego już na drugim miejscu, proszek z nasion oliwy (nie wiem, jak to nazwać...), kilka ekstraktów i innych składników oraz parabeny, na szczęście na samym końcu.

Przejdźmy teraz do opakowania. Peeling zapakowanego do płaskiego plastikowego słoiczka o pojemności 100g. W sumie to nawet podoba mi się takie rozwiązanie, bo można wszystko wydłubać do końca. 
Łatwo dostać się do peelingu, otwór ma taką samą średnicę jak nakrętka i cały słoik. Jest poręczne, wytrzymałe, nakrętka dobrze się trzyma, sama nie odkręci, ale nie połamiemy na niej paznokci. Opakowanie łatwo przewieźć w torbie podróżnej, nie zajmuje wiele miejsca. Oczywiście posiada dużą, papierową naklejkę, która nie zadziera się i nie odkleja. Znajdziemy na niej same napisy, żadnych zbędnych obrazków, co według mnie prezentuje się nadzwyczaj dobrze.
         
                                                                           
Peeling jest dość gęsty, ale mniej zwarty niż peelingi z ostrymi, chemicznie wytworzonymi granulkami. Ten tutaj ma kolor szary, zawiera dużą ilość małych, średnio ostrych drobinek. Jest bardzo wydajny, gdyż do pokrycia całej twarzy potrzeba naprawdę niewielkiej ilości. Łatwo go zmyć, szarość też się zmywa, nie wchodzi w pory i nie daje efektu brudnej cery.

Peeling ma lekki, trudny do określenia, błotny, przyjemny zapach.
Działanie natomiast jest naprawdę dobre! Produkt wygładza skórę, wspomaga jej ukrwienie i przy częstym używaniu delikatnie rozjaśnia, jednak ten ostatni efekt jest minimalny. Ponadto nie zapycha, nie pojawiają się zaczerwienienia ani pryszcze, także jest świetnie. Podczas masowania nim cery można się też nieźle odprężyć, co jest dla mnie bardzo pożyteczne, bo ja nie mam czasu ani ochoty na długie moczenie się w wannie, a tu mam relaks plus działanie. Zazwyczaj nakładam peeling na twarz, masuję około minuty po czym zmywam, ale od czasu do czasu zostawiam na pięć minut, a wtedy skóry wygląda na rozjaśnioną i wypoczętą.
...............
Peeling bardzo mi się spodobał, często go używam, moja ocena to 9/10. Moim zdaniem mógłby troszeczkę mocniej ścierać, ale poza tym jest dobrze.         

czwartek, 28 marca 2013

Kurczę! Wielkanocna propozycja paznokciowa

Wielkanoc już za kilka dni, więc postanowiłam spróbować moich sił w malowaniu paznokci, nie jajek :D Z tymi pierwszymi idzie mi o wiele lepiej, dlatego dzisiaj zaprezentuję Wam mani, który chcę przetrzymać aż do niedzieli, może wytrzyma. Przyznaję, że bardzo, ale to bardzo mi się podoba, wyszło dokładnie tak, jak chciałam, więc chętnie Wam pokażę efekty ;)

Błękitne tło to Essence Crystalliced Iced Eyes Baby, kurczaki - Miss Sporty Bubble Gum 453, czerwone grzebienie i dzióbki - Basic Nagellack Nailpolish 281, trawa - Essence A New League Tommy's Favorite Green i Essence Fruity One Kiwi A Day plus Catrice Out Of Space Beam Me Scotty. Wybrałam jasne, słoneczne kolory, bardzo wiosenne, wielkanocne, idealne na zbliżające się święta :)

Nie podejrzewałam nawet, że namalowanie takiego wzorku będzie aż tak proste! Nałożyłam dwie warstwy błękitu, na to dwie kropki żółtka, kilka zielonych i czerwonych mazów oraz po kropelce na oczy. Całość wyschła szybko do pełnej twardości, jest gładka i błyszcząca bez topa nawierzchniowego.


Podoba się Wam taka propozycja świątecznego manicure? A może wolicie jednokolorowe paznokcie?

środa, 27 marca 2013

Też Cię lubię, Eff. La Roche - Posay Effaclar Duo

Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o serii Effaclar od La Roche-Posay. Krem Duo znany jest już w blogosferze od dawna i choć nie we wszystkich przypadkach zachwalany, to i tak musiał się znaleźć w mojej kosmetyczce. Przyznam, że przez dość długi czas, bo prawie pół roku leżał na półce gdyż obawiałam się masakry na twarzy. Przekonałam się do niego dopiero na początku lutego i od tej pory używam go codziennie, ale nie na całą twarz, a na same wypryski. Ciekawe mojej opinii? W takim razie zapraszam do czytania. ;)

 La Roche - Posay Effaclar Duo

Seria Effaclar zawiera wiele produktów:
żel do mycia twarzy, płyn micelarny, Effaclar A.I., K, M, H oraz Duo, tonik i MAT. Przeznaczone są do cery tłustej i trądzikowej, ich zadaniem jest usuwanie wyprysków oraz zapobieganie powstawaniu nowych.
Effaclar Duo, który jest bohaterem dzisiejszego postu, ma likwidować zapalne zmiany trądzikowe, odblokowywać pory, eliminować martwe komórki. Ogólnie rzecz biorąc to krem wycelowany prosto w moje potrzeby skóry tłustej. Jak się sprawdził? 
O tym napiszę nieco niżej! ;)

Krem mieści się w tubie o pojemności 40ml, wcześniej jednak zapakowany jest w kartonik. Na tubie nie ma składu. Wykonana ze średnio twardego plastiku jest całkiem poręczna. Jak dla mnie jest nieprzezroczysta, może ktoś zdoła ją przejrzeć. Posiada zdejmowaną nakrętkę skrywającą precyzyjny dzióbek, który umożliwia  wydobycie odpowiedniej ilości. Nie ma żadnych naklejek, napisy są nadrukowane i nie ścierają się. Wygląda bardzo profesjonalnie, aptecznie, w moim odczuciu bardzo ładnie. 
.

Krem jest bardzo śliski i półprzezroczysty, ma też rzadszą od kremu konsystencję. Do pokrycia całej twarzy nie trzeba wylewać pół tubki, a do nasmarowania kilku wyprysków dosłownie wystarczy kropla! Świedczy to o jego wydajności. Nie pozostawia tłustego filmu, ale przy nałożeniu zbyt dużej ilości czuć powłoczkę. Nie jest to nieprzyjemne, ale dla niektórych może stanowić mały dyskomfort.  
                                               
Produkt pachnie lekko, jak dla mnie jest to mieszanka alkoholowo-cytrynowa. Nie jest nieprzyjemna, na twarzy jej nie czuć. Nie jest to aromat apteczny ani naturalny.                                      
Czas powiedzieć o działaniu. Zacznę jednak od minusu. Jeśli nasmarujemy wyprysk, to jego okolica staje się czerwona, ciepła i czuć lekkie pieczenie. Nasmarowanie zdrowej skóry tym nie grozi. Ten mankament jest jednak prawie nieznaczący, jeśli weźmiemy po uwagę działanie na pryszcze. Wysusza je bardzo szybko i zapobiega powstawaniu nowych. Nie zatyka porów. Jeszcze jednym problemem jest dla mnie fakt, że bardzo wysusza skórę i mój obecny peeling oraz żel nie dają sobie rady ze zwalczeniem tego.

Podsumowując, ja ten krem bardzo polubiłam, ale stosuję tylko na wypryski. Weźcie to pod uwagę, gdyż nie wystąpił u mnie wysyp spowodowany smarowaniem całej twarzy, bo tego nie robiłam. Produkt polecam i oceniam na 9/10. Myślę, że kupię go ponownie jeśli znajdę w promocji.                                 

wtorek, 26 marca 2013

Zasiali górale owies, owies! Z jabłkami. Oriflame Pure Nature Organic Red Apple & Oat Nourishing Lip Balm

O mojej ustomanii wspominam zawsze i wszędzie ;) Właśnie dlatego nie od dziś wiecie, że kocham te mazidła. Dzisiaj pod lupę wezmę produkt, który przypomina mi koloryzujące balsamy, tyle że mój jest w słoiczku i z Oriflame. Skoro już wspominałam o tej marce, to powiem, że w tej kwestii mam tak jak z Avonem - chcę mnóstwo rzeczy a ostatecznie i tak nic nie kupuję :D Czuję, że omija mnie wiele dobra! Niedługo będzie czas to zmienić.

Oriflame Pure Nature Organic Red Apple & Oat Nourishing Lip Balm
gb.oriflame.com

Możecie mi wierzyć lub nie, ale nie wiedziałam o istnieniu dwóch innych produktach w wariancie "czerwone jabłko i owies". Oprócz mojego balsamu istnieją również mleczko z tonikiem 2 w 1 oraz odżywczy krem do twarzy. Seria ma całkiem niezłe noty, może przydałoby się w coś zainwestować?

Wróćmy jednak do balsamu. Został zapakowany w słoiczek o pojemności 6g. Nie jest to gigant, ale przyzwyczaiłam się już do 16.7g w masełkach Nivea. Pudełeczko jest plastikowe, ale wytrzymałe. Nakrętka oczywiście odkręcana, samoistnie nie spadnie, nie nadaje się raczej do korzystania z niego w rękawiczkach. Po zdjęciu nakrętki 
ukazuje nam się kosmetyk, wystarczy nabrać go na palec. Pod obu stronach tj. na spodniej części i na nakrętce znajdziemy po naklejce. U góry jest papierowa, z bardzo przyjemną szatą graficzną. U dołu natomiast mamy pojemność, nazwę, miejsce produkcji itd. Nie brudzą się, nie zadzierają, napisy nie schodzą. W sumie to nie mają gdzie się zadzierać, bo nie noszę go między gratami w torebce, używam tylko w domu.


Produkt nie ma konsystencji wazeliny, nie jest ani trochę zbliżone w tym aspekcie do masełek Nivea. Właściwie to trudne do wytłumaczenia ;) To coś pomiędzy nieco lepkim balsamem wymieszanym z żelem, ale jest zwarty. Nabiera się łatwo, ale w małej ilości, większą można wziąć wierzchem paznokcia. Rozprowadza się bardzo dobrze, nie podkreśla suchych skórek. Bardzo szybko się zjada i znika z ust. Nie lepi się jednak na nich i nie zbija w grudki. 

Jak widać na zdjęciu, balsam ma żywy, mocny, czerwony kolor! Na ustach zamienia się w zdrowy, lekki, na moich jasnych wargach widoczny róż, co bardzo mi się podoba ;) Daje ładny, mokry połysk, nie ma żadnych drobinek. Stosuje go tylko w domu, gdyż nierówno nałożony np. minimalnie poz konturem ust jest widoczny i wygląda nieestetycznie.
Kosmetyk bardzo ładnie pachnie. Czuć jabłka i coś zbożowego, mniam! Sztuczności brak. Uwielbiam tę woń, szkoda, że tak krótko się utrzymuje. 

A jak jest z działaniem? To jednak raczej błyszczyko-balsam niż mocno odżywczy kompres. Lekko nawilża usta, stają się miękkie, ale nie posiada długotrwałego działania. Wspomagam się więc Tisane oraz, zanim się zużył, mazałam się malinowym masełkiem Nivea. 
Myślę, że sam nie dałby sobie rady z odżywieniem ust, jako dodatek sprawdza się dobrze. Nie wysusza. Dobrze sprawdza się w roli pielęgnującego błyszczyka koloryzującego lub pod różową czy czerwoną szminkę.




Balsam polubiłam, nie szkodzi mi, używam kilka razy dziennie na przemian z Tisane. To dobry produkt, jeśli szukacie kosmetyku koloryzująco-pielęgnującego lub Wasze usta są niewymagające. Z mojej strony należy mu się ocena 7/10. Nie wiem, czy kupię go ponownie, może kiedyś, ale to opakowanie wystarczy mi na co najmniej miesiąc.

poniedziałek, 25 marca 2013

Pierdonka love. Virtual Fashion Mania - granat, edycja biedronkowa

Ostatnimi czasy Pierdonka (Biedronka dla niewtajemniczonych!) często organizuje akcje kosmetyczne, w których można kupić wiele rzeczy dużo taniej. Lakiery Virtual chciałam wypróbować od dawna, ale były ważniejsze sprawy ;) Udało mi się upolować egzemplarz bez numerka w cenie niecałych czterech złotych polskich, aż żal było nie brać. Kiedy malowałam się nim pierwszy raz, uznałam, że "jakiś taki niewydarzony", ale wczoraj ponowiłam próbę i wyszło cacko, zakochałam się w nim!

Virtual Fashion Mania to seria z mnóstwem kolorów, jednak te biedronkowe nie miały oznaczeń. Wydaje mi się jednak, że to może być Royal Blue. Jest to cudowny, głęboki, kremowy granat, nieco ciemniejszy niż na zdjęciach.  Świetnie wygląda solo, z brokatem, w lecie wypróbuję go w marynarskim manicure. Błyszczy ładnie bez topa. Na pierwszym i trzecim ujęciu widać brokat Sensique Fantasy Glitter Disco Lights.

Lakier rozprowadza się dobrze dzięki lejącej, acz niezbyt gęstej, ani zbyt rzadkiej konsystencji i dobremu pędzelkowi. Nie zalewa skórek, jedynie na serdecznym palcu coś mi ręka pojechała ;) Jedna warstwa zapewnia niemal idealnie krycie z minimalnymi prześwitami widocznymi w słońcu, więc ja nałożyłam dwie. Schnie szybko, około dziesięciu minut na warstwę.


Lubicie niebieskości na paznokciach? Używałyście emalii z Virtual? Podoba Wam się połączenie takiego brokatu z granatem?

niedziela, 24 marca 2013

SLSy nie takie straszne. BingoSpa Kolagenowe Serum do mycia włosów

Całkiem niedawno, bo na początku lutego dostałam kolejną paczkę od BingoSpa w ramach współpracy. Zdecydowałam się na świetny peeling, o którym będzie na dniach, krem dla Was i bohatera dzisiejszego posta, czyli szampon do włosów w formie serum. Chociaż tego nie podejrzewałam, bardzo się z nim polubiłam, został moim wielkim hitem w kategorii myjadeł ze SLS/SLES. 

BingoSpa Kolagenowe Serum do mycia włosów

Na wizażu opakowanie, a właściwie część naklejki wygląda odrobinę inaczej, ale nie robi to żadnej różnicy. Uważam, iż w rzeczywistości jest ładniejsze. Po prawej zdjęcie z wizażu.
.
A jak jest naprawdę? Serum znajduje się w twardej, przezroczystej butelce o pojemności 150ml. Miałam wrażenie, że to bardzo mało i umyję nim włosy maksymalnie trzy razy, a tu wielkie zaskoczenie! Użyłam go już ponad sześć razy i wystarczy mi jeszcze na co najmniej trzy mycia.
Wracając do opakowania - nie ugina się, więc teraz jest już nieco gorzej z wydobywaniem, ale da się przeżyć. Nakrętka jest metalowa, łatwo się zagina, odkręca bez problemu. Nie rdzewieje. Niestety jest zdejmowana, a otwieranie serum mokrymi rękami nie należy do przyjemności. Naklejka jest, jak w przypadku wszystkich testowanych przeze mnie wyrobów BingoSpa papierowa, łatwo się zadziera, brudzi, odkleja. Nie mam obsesji na punkcie nalepek, ale lubię estetykę. Szata graficzna jest nie najgorsza, nie należy do najcudowniejszych, ale nie ma przesady. Są najważniejsze informacje i właśnie to się liczy. 
  

Serum jest lejące, średnio gęste, gładkie, nie zbija się w grudki. Już niewielka ilość wytwarza sporo kremowej, miękkiej piany, więc nie trzeba wylewać go dużo, aby umyć włos. Efekt taki zawdzięczamy oczywiście SLSowi, który nie robi mi krzywdy nawet przy częstszym myciu włosów właśnie tym serum. Oprócz tego zawiera kolagen i to w pierwszej części składu. Są też inne, trochę mniej przyjemne składniki, ale ogółem nie jest tragicznie.
                                                                   
Serum pachnie kosmetycznie, ale lekko i przyjemnie, adekwatnie do działania. Po pierwsze - świetnie myje, oczyszcza z kurzu, sebum, silikonów, olejów i innych tego typu substancji. Włosy po umyciu są miękkie i błyszczące oraz, co najważniejsze, niewysuszone! Jest to dla mnie ogromny plus, bo SLSowe szampony zazwyczaj robią mi z kosmyków siano już po pierwszym użyciu. Tutaj na szczęście wszystko jest w porządku, ale jak wiadomo zawsze nakładam odżywkę. Ponadto ładnie się układają, efektu snopka siana brak ;) Silikonów nie ma, ale lekko wygładza.
Na plus fakt, że nie plącze włosów i nie sprawia, że są matowe i przyklapnięte. Moje kłaki z natury mają sporą objętości i nie zauważam zmniejszenia jej po użyciu tego serum. Stosuję co drugie mycie czyli około dwa razy w tygodniu i działań niepożądanych nie odnotowałam. Biorąc pod uwagę nieszczęsną butelkę i naklejkę całość oceniam na 8/10. Włosy go polubiły, kiedyś pewnie skuszę się na następne opakowanie ale to naprawdę w dalekiej przyszłości.
                                                                  
                                                         ***                                                         
Jak już wspomniałam na facebooku, moja obecność blogowa w ciągu następnego tygodnia może być bardzo różna. Raz, że jestem chora, dwa - idzie Wielkanoc. Postaram się przygotować posty do dodawania automatycznego :)

piątek, 22 marca 2013

Water marble part I. My Secret Hot Colors Nail Polish 164 Pearl Glow + Pierre Rene Carnival 01 + My Secret Nail Polish 114

Nie wiem jak Wy, ale ja jestem bardzo zafascynowana każdą możliwą formą zdobienia paznokci. Wielu z nich jeszcze nie znam, ale mam nadzieję, że poznam :) Dzisiaj naszło mnie na water marble, czyli marmurowe paznokcie robione przy pomocy wody. Od razu zaznaczam, że w pełni robiłam to pierwszy raz i nie wyszło idealnie. Wprawdzie kiedyś próbowałam na dwóch paznokciach, ale nic nie wyszło i dopiero dzisiaj dojrzałam do ponowienia próby. Chyba nie jest najgorzej, mnie się podoba :)

Do wykonania zdobienia użyłam lakierów tego samego producenta, czyli Pierre Rene, które tworzy także My Secret. Celowo wzięłam emalie ze shimmerem - My Secret Hot Colors Nail Polish 164 Pearl Glow + Pierre Rene Carnival 01 + My Secret Nail Polish 114 (tylko środkowy paznokieć u lewej ręki). Całość prezentuje się bardzo przyjemnie, ten beż i czerwień ubóstwiam! Myślę, że fajnie prezentowałyby się na Boże Narodzenie, tylko z dodatkiem złota i zieleni :)

Udało mi się tylko dzięki postowi Kleopatre - KLIK. Robiłam tak, jak pisało i efekty są, więc nie będę opisywać. Dodam tylko, że nie nakładałam lakieru bazowego. Zapomniałam także o smarowaniu olejkiem i w rezultacie musiałam zużyć mnóstwo patyczków higienicznych, aby doczyścić skórki :D Myślałam, że porobią się pęcherze, woda dostanie się pod lakier i będzie się mazać, ale nic takiego nie wystąpiło. Całość wyschła w ciągu dziesięciu minut, jest dobrze utwardzona. Podczas wysychania wzorki nie rozpłynęły się.


Podoba Wam się moje water marble? Co sądzicie o takiej metodzie zdobienia? A może same takie nosicie?

czwartek, 21 marca 2013

Argan i silikon = duet idealny. Joanna Argan Oil Odżywka z olejkiem arganowym

Do niedawna wzbraniałam się przed odżywkami, które zawierają silikony w nawet najmniejszej ilości. Myślałam, że stosowanie ich zaszkodzi moim włosom, ale po przeczytaniu, że działają one ochronnie postanowiłam wdrożyć w pielęgnację kosmetyk po myciu z silikonem. Postawiłam na nową odżywkę Joanny, która świetnie się sprawdziła i przewiduję niejednokrotny powrót do niej, bo to opakowanie czeka już na denkowy post :)


Joanna Argan Oil Odżywka z olejkiem arganowym


Produkt znajduje się w opakowaniu identycznym jak inne odżywki Joanny. Jest wykonane z średniej grubości plastiku, pod światło można ujrzeć poziom zużycia. Nie ma wymyślnych wypustek, jedynie minimalnie rozszerza się ku górze. Nakrętka ma sporą klapkę z ułatwiającym używanie wcięciem, które sprawia, że opakowanie otwiera się bez wysiłku i łamania paznokci, ale nie samoistnie. Mieści w sobie 200 gramów produktu, jest to pojemność tradycyjna, nie za dużo, nie za mało. 
......
Na butelce mamy dwie naklejki o przezroczystych krawędziach, co sprawia, że nie wyróżniają się one ani nie odcinają brzydko. Nie odklejaj się, napisy nie ścierają. Z przodu i z tyłu wszystkie potrzebne informacje, zarówno po polsku, jak i po angielsku. Szata graficzna utrzymana w beżach i brązach, podoba mi się. Ukazano orzechy arganowca, a przynajmniej tak myślę, bo na żywo nigdy nie widziałam takiej rośliny.   


Odżywka jest bardzo gęsta, konsystencja na kształt maski. Łatwo jednak wydobyć ją z opakowania, świetnie się rozprowadza. Bardzo dobrze ją spłukać, nie pozostają żadne pozlepiane grudki. Wygląda na kosmetyk o bogatym składzie, dodatkowo ma przygaszony, żółty kolor kojarzący mi się z Indiami :D Nie jest zbyt wydajna, ponieważ mimo cudownego rozprowadzania do pokrycia całych włosów potrzeba sporej ilości.

Zapach ma ładny, podobny jak w silikonowym olejku na końce z arganem od Balea. Jest to woń trochę kosmetyczna, trochę słodka, dość lekka. Nie przytłacza, nie dusi. Na włosach utrzymuje się raczej krótko. Jak dla mnie to bardzo przyjemny aromat, ale myślę, że nie każdemu się spodoba. 


Odżywka dobrze chroni włosy przed uszkodzeniami mechanicznymi, co doceniam szczególnie w zimie. Dość mocno wygładza kłaki, są śliskie i miękkie. Nie obciąża w nawet najmniejszym stopniu, chociaż czasami nakładałam ją jako maskę na około czterdzieści minut. Lekko nawilża, nadaje wspaniałego  blasku i lekkości. Nie wiem, czy faktycznie regeneruje, ale na sto procent nie szkodzi.

Opakowanie - 9 - bardzo w porządku, proste, pod światło widać poziom zużycia. Konsystencja - 9 - gęsta, "maskowa", bogata, łatwo się rozprowadza i szybko spłukuje. Zapach - 8 - słodkawy, możliwe, że arganowy, z kosmetyczną nutą. Działanie - 9 - świetnie wygładza włosy, nadaje im blasku i miękkości. Ocena ogólna - 9/10. Bardzo dobry produkt w niskiej cenie, polecam :)

wtorek, 19 marca 2013

Wielkie WOW po hindusku. Himalaya Herbals Gentle Exfoliating Daily Face Wash All Skin Types

Przez około półtora roku byłam wierna żelowi do mycia twarzy z Rival De Loop, który niestety i stety został wycofany. Później przez około półtora miesiąca myłam facjatę samą wodą - wielki błąd! Następnie zużyłam sporą próbkę z SVR, który wydaje mi się świetny, ale cena spora. Dopiero w lutym złapałam obecny myjak, który wywołał wielkie "wow"! Z wielką chęcią zapraszam do recenzji, może któraś się skusi :)

 Himalaya Herbals Gentle Exfoliating Daily Face Wash All Skin Types


Żel znajduje się w tubie mieszczącej 150ml produktu, ani za dużo, ani za mało. Jest ona średnio miękka, ale ugina się na tyle, że łatwo wydobyć jej wnętrze. Wykonana jest z dość cienkiego, porządnej jakości przezroczystego u doły i na bokach plastiku. Bez problemu można kontrolować ilość, która pozostała w środku. Nie posiada pompki, bo stoi na głowie, czyli nakrętce z klapką. Jest to nawet wygodne rozwiązanie, ale była mocno przyzwyczajona do pompki. Nie przeszkadza mi jednak fakt, iż jej nie ma. Łatwo tubę otworzyć, ale nie ma możliwości, żeby stało się to samoistnie. Otwór wylotowy nie jest ani za mały, ani za duży, w sam raz. Żel wypływa w takiej ilości, jakiej sobie życzymy.

Na opakowaniu jest tylko jedna, duża naklejka okrywająca całość. Nie zadziera się, napisy się nie ścierają, cały czas wygląda dobrze. U dołu i na bokach jest przezroczysta. Szata graficzna produktu bardzo mi się podoba. Nie jest ascetyczna, ale bardzo estetyczna, zachowana w kilku kolorach. Nie ma żadnej przesady, zbyt dużej ilości napisów. 


Produkt ma, rzecz jasna, żelową konsystencję, bardzo gęstą, minimalnie kleistą. Nie sprawia to jednak problemów przy nakładaniu i zmywaniu. Nie pieni się zbyt mocno, ale wystarczająco. Powstaje delikatna, miękka, kremowa pianka otulająca twarz a przy tym niespływająca. Z racji swej gęstości żel jest wydajny, ponieważ do umycia nie potrzeba dużej ilości, a wręcz przeciwnie. Jest bardzo przyjemny, lekki, łatwo się zmywa. Zawiera okrągłe, wygładzające drobinki.

Zapach jest ładny, jak dla mnie dość neutralny. Czuć naturalne nuty, może coś lekko kwiatowego, ale nie jest to woń mocna ani dusząca. Czuć go podczas mycia, po osuszeniu twarzy już nie. Bardzo mi się to podoba, bo nie lubię mocno pachnących, perfumowanych kosmetyków do twarzy.

Żel ma też przyjemny skład. Nie ma SLS/SLES, a łagodniejszy zamiennik. Ekstrakty ma całkiem wysoko, gliceryna w połowie, brak triglicerydów i parafiny.


Kosmetyk bardzo porządnie myje i dobrze oczyszcza twarz. Nie wysusza, nie powoduje ściągnięcia skóry ani podrażnień. Zmywa róż, bronzer, rozświetlacz, które nakładam niezwykle rzadko. Po umyciu cera jest wyraźnie odświeżona, miękka i gładka, mimo że drobinki jest małe i bardzo mało ostre. Łagodzi zaczerwienienia, nie wzmaga wyprysków. Widać, ze skóra jest naprawdę czysta!

Opakowanie - 9 - dość poręczna tuba o pojemności 150ml, z nakrętką z klapką. Konsystencja - 10 - bardzo gęsta, żelowa, świetnie się rozprowadza, łatwo zmywa. Zapach - 9 - lekki, naturalny, nieduszący. Skład - 9 - naprawdę w porządku, z ekstraktami w pierwszej połowie składu i bez SLS. Działanie - 10 - super oczyszcza, nie wysusza, nie podrażnia, wygładza. Ocena ogólna - 9,5/10. Cudowny żel, uwielbiam go :) Może skuszę się na kolejne opakowanie lub inną wersję, o ile uda mi się upolować.

poniedziałek, 18 marca 2013

Hikki Beauty na Facebooku

Blog ma stronę na Facebooku już jakiś czas, ale mam wrażenie, że nikt tam nie zagląda. Jest mi z tego powodu trochę przykro, bo zamieszczam tam moje pomysły, zachciewajki i pytania, a żadna z Was się tym nie interesuje. Nie chcę żebrać, ale ponowię prośbę - jeśli macie FB, kliknijcie lubię to! Bardzo mi na tym zależy :)

To co, uczynicie mi tę drobną przysługę? :P

niedziela, 17 marca 2013

Jeden z niewielu. Avon Color Trend Ice Sheers Refreshing Pear

Rzadko zdarza mi się trafić na kompletnie niekryjący lakier, który z reguły miał nie prześwitywać. Zazwyczaj rozstaję się z takimi delikwentami po zrobieniu zdjęć na bloga i wystawiam na wymianę, ale w tym przypadku sama nie wiem, co uczynić. To mój pierwszy produkt z Avon z serii Color Trend, ale już trzeci lakier tej firmy - miałam też Nailwear Pro w kolorach Luxe Lavender, który uwielbiam i oddany już Pink Radiance. Tymczasem przedstawiam Wam dzisiejszego bohatera :)

Avon Color Trend Ice Sheers Refreshing Pear to kolor jasnej zieleni z milionem mikroskopijnego, gładkiego shimmera, który przy malowaniu staje się frostowym wykończeniem. Jest lekki, wiosenny, błyszczący, bez drobin brokatu, dyskretny. Z jednej strony nie podoba mi się, ale z drugiej wygląda nieźle i nie mogę się zdecydować, czy polubiłam go czy nie :D Kojarzy mi się z budzącą się do życia przyrodą.

Lakier dość dobrze się rozprowadza, nie robi grudek ani pęcherzyków. Łatwo jednak nałożyć go zbyt dużo. Nie należy do kryjących, na zdjęciach mam trzy warstwy. Każda z nich schnie po dziesięć minut, więc niedużo. Myślę, że nie ma sensu nakładać kolejnych warstw, bo nie będzie chciał schnąć a nadal mogą być prześwity. Nie wiem, jak jest z trwałością, przetestuję to jak tylko pojawi się prawdziwa wiosna :)


Tak jak już pisałam, nie wiem, czy mi się podoba czy nie :D Zostawię go sobie jeszcze i potestuję, może coś zaiskrzy bardziej albo i nie. Co Wy o nim sądzicie?

sobota, 16 marca 2013

Brąz? Czerń? Nie, fiolet! Essence On Top Lipgloss 01 Dramatize

Kocham błyszczyki, szminki i inne ustowe kosmetyki. Kolory nie grają roli, podobają mi się niemal wszystkie oprócz tych z grubym brokatem. Szczególnym uwielbieniem darzę fioletowe mazidła i dziś właśnie będzie o takim produkcie, mianowicie o Essence On Top Lipgloss 01 Dramatize. Jest to błyszczyk już wycofany, jak dla mnie w porządku, ale jak ktoś nie lubi takich odcieni to nie ma się za czym uganiać. W sumie ja także nie polowałam na niego, trafiłam przez przypadek i wydał mi się ciekawy.


Błyszczyk ma tradycyjne dla kosmetyków tego typu opakowanie, wąskie i w formie walca. Zarówno nakrętka jak i dolna część są zaokrąglone więc nie da się go postawić, przewraca się nawet oparty o inne produkty. Całość jest wygodna w użytkowaniu, łatwo, acz niesamoistnie się odkręca. Aplikator mamy w formie odpowiedniej wielkości gąbeczki, precyzyjny i nie drapie warg, spełnia moje wymagania.

Naklejki oczywiście są, tu mamy dwie, jednak nie zadzierają się ani nie ścierają. Szata graficzna do zaakceptowania, mnie się zbytnio nie podoba. Połyskujące srebro nigdy mnie nie przekonywało jeśli o nadruk chodzi, wygląda tanio i kiczowato. Całe szczęście, że się nie ścierają ale oczywiście może do tego dojść. Dużo lepiej prezentuje się matowa nakrętka.


Konsystencja bardzo przyjemna, dość gęsta ale bez przesady. Nie klei się, nie wypływa poza kontur ust, utrzymuje około godziny, półtorej bez jedzenia i picia. Wynik nie jest spektakularny, ale mnie wystarcza. Nie zbiera się w kącikach, na ustach lekko podkreśla załamania, jednak widoczne jest to z bardzo bliska. Zjada się równomiernie, nie robi nieestetycznej obwódki, nie zbija się w grudki. Cały czas wygląda bardzo dobrze.

01 Dramatize to kolor wyglądający w buteleczce z jednej strony na czerń, z drugiej na fioletowy brąz. Na ustach zmienia się w dość ciemny, siny fiolet, jednak niezbyt kryjący. Wklepany przyciemnia nieco naturalny odcień warg. zawiera miliony mikroskopijnych drobinek, które na ustach odbijają światło, ale bez drobin brokatu, nie świeci się mocno. Wygląda dobrze tylko z wypoczętą twarzą i zamaskowanymi cieniami pod oczami, inaczej twarz przybiera ponurego wyrazu.

Zapach jest bardzo przyjemny i lekki, jakby kokosowo-waniliowy, mniam! Nie utrzymuje się na ustach zbyt długo, co wcale mi nie przeszkadza.


Błyszczyk ma ładny kolor, mnie się podoba. Nie podrażnia, nie wysusza. Wygląda dobrze, gdy mamy perfekcyjnie ukryte oznaki zmęczenia lub jesteśmy wyspane. Efekt można stopniować.

Opakowanie - 6 - nie najgorsze, jednak w żaden sposób nie da się go postawić, brzydka szata graficzna. Konsystencja - 9 - dość gęsta, ale nie klei się, utrzymuje około godziny. Kolor - 8 - dość ciemny, średnio kryjący fiolet. Zapach - 9 - bardzo ładny, kokosowo - waniliowy, lekki i przyjemny. Działanie - 8 - nie podrażnia, nie wysusza, jednak może sprawiać, że twarz będzie wyglądała na niewyspaną. Ocena ogólna - 7/10. Porządny produkt w ładnym jak dla mnie kolorze.

piątek, 15 marca 2013

Moja bajka - My Secret Hot Colors Nail Polish 164 Pearl Glow

O tym lakierze pisało już wiele osób, jednak jako jego posiadaczka muszę dodać swoje trzy grosze na jego temat. Od początku podobała mi się cała kolekcja, ale póki co zaopatrzyłam się tylko w w ten konkretny odcień. Uwielbiam wszelakie beże i nude, choć mam ich bardzo mało i w różnych odcieniach. Dzisiejszy bohater to mój najnowszy nabytek i obecny ulubieniec z serii "dyskretny, ale ma w sobie to coś". 

164 Pearl Glowto przepiękny, bardzo jasny beż nie zawierający różowych tonów. Posiada jednak mikroskopijny shimmer identycznej wielkości. Efekt jest dość dyskretny, ale niepłaski. Wygląda elegancko, pasuje do każdej stylizacji i makijażu, na wszystkie pory roku. Bardzo, bardzo mi się podoba, cieszę się, że go mam w swojej kolekcji i nie pozwolę go sobie odebrać :)

Aplikacja bajeczna, fajny pędzelek, nie pojawiają się zacieki, smugi, zero zamalowanych skórek. Do pełnego krycia wystarczą dwie cienkie warstwy i dokładnie tyle nałożyłam do zdjęć. Schnie szybko, każda warstwa około siedmiu minut, a więc naprawdę niedużo. Nie pojawiają się żadne pęcherzyki, lakier nie ściąga się przy końcówkach.  


Lakier tak bardzo mi się podoba, że mam zamiar nosić go częściej! Cała kolekcja wygląda bosko, na pewno skuszę się na następny odcień. Może któraś z Was zapoznała się już z tą serią?  

czwartek, 14 marca 2013

Słodki hibiskus - Alverde 2-Phasen-Sprühkur Aloe Vera Hibiskus

Kiedy za pomocą Agnieszki zrobiłam pierwsze zakupy w niemieckiej drogerii DM zaopatrzyłam się w kilka rzeczy i niebawem przyjedzie do mnie druga paczka. Wśród mojego pierwszego zamówienia był też Alverde 2-Phasen-Sprühkur Aloe Vera Hibiskus. Chyba Wam jeszcze o tym nie pisałam, ale uwielbiam kosmetyki do włosów w formie sprayu. O ile nie używam lakierów ani innych stylizatorów to lekkie odżywki w opakowaniach z atomizerem kocham. Ten z Alverde moje włosy konsumują już od czterech miesięcy i bardzo się z nim polubiły, więc zapraszam na pochwalną recenzję :)  


Odżywka mieści się w plastikowym opakowaniu o pojemności 150ml. Podoba mi się, że zwęża się ku górze i ma stabilną podstawę. Jest przezroczysta i dzięki temu idealnie widać poziom zużycia oraz obie fazy. Posiada atomizer, który jeszcze ani razu mi się nie zaciął i niech tak będzie do końca. Za każdym razem wydobywa się identyczna ilość produktu - ja do spryskania całych włosów bardzo lekko potrzebuje kilku psiknięć. Na atomizerze widać nasadkę, która dobrze się trzyma, ale łatwo zdejmuje. O dziwo, jeszcze jej nie zgubiłam.

Na butelce znajdują się dwie naklejki w języku niemieckim z różnymi informacjami. Szata graficzna jest ładna, pasuje do faktu, iż Alverde jest marką naturalną. Aloes i hibiskus znajdujące się na naklejkach pokazują, czego możemy się spodziewać. Mamy tu zielone i różowe wstawki, które szczerze uwielbiam na opakowaniach kosmetyków ^^ Wielki plus za kolor atomizera. 


Produkt ma konsystencję cieczy, dzięki której żyjemy. Ma dwie fazy - wodną i olejową. Mieszają się łatwo, wystarczy kilka razy potrząsnąć butelką. Przy spryskiwaniu towarzyszy nam chłodny, orzeźwiający deszczyk :) Jeśli na włosach nie będzie go zbyt dużo, to wchłonie się bardzo szybko. Jest wydajny, przy stosowaniu co 3 - 5 dni w ciągu czterech miesięcy nadal zostało mi około 60%, a więc bardzo dobry wynik.

Zapach jest obłędny! Bardzo słodki, a zarazem naturalny, bez żadnych chemicznych nut. Jak dla mnie pachnie kwiatami wymieszanymi z migdałami, wspaniale! Może i czuć hibiskusa, nie takiego, jak w herbacie, tylko świeżego :) Na włosach utrzymuje się niezbyt długo, ale nie ulatnia się po pięciu minutach. Nie dusi, nie powoduje otępienia i bólu głowy. Szkoda, ze przez komputer nie można  przekazywać zapachów :(


Sprayu używam gdy czuję, że moje włosy robią się sztywne i szorstkie. Wystarczy spryskać, a stają się błyszczące, miękkie i gładkie, łatwo się rozczesują i układają. Jeśli jednak na naszej czuprynie wyląduje zbyt duża ilość produktu, to niestety musimy liczyć się z lekkim otłuszczeniem. Mała ilość - boski efekt, zbyt duża - smalec po kilku godzinach :/ Przy okazji powiem, że nieźle nawilża i mimo zawartości alkoholu nie wysusza.

Opakowanie - 10 - ładne, przezroczyste, stabilne, z dobrym atomizerem i niezłą szatą graficzną. Konsystencja - 10 - lekka, wodnista, przy pomocy atomizera zamienia się w lekką mgiełkę. Zapach - 10 - obłędny! Kwiatowo-migdałowy, mniam! Działanie - 9 - zmiękcza, wygładza, nawilża, jednak nałożony w zbyt dużej ilości przetłuszcza. Nie zawiera silikonów. Ocena ogólna - 9/10. Świetny produkt dla fanek lekkiej pielęgnacji i posiadaczek suchych włosów.

wtorek, 12 marca 2013

Olej jednozadaniowy. BabyDream fur Mama Schwangerschafts-Pflegeöl

Lubię kupować produkty dla dzieci i mam, bo wiem, że będą łagodne, chociaż i od tej reguły da się znaleźć odstępstwo. Jako blogerka łącząca w sobie także włosomaniaczkę, chętnie przetestowałam BabyDream fur Mama Schwangerschafts-Pflegeöl na swych kłakach. Ze względu na bogactwo pożytecznych składników liczyłam na bardzo dobre działanie i nie zawiodłam się, ale nie będę tego roztrząsać na początku posta :D Od razu jednak powiem, że na pewnej płaszczyźnie zaszkodził mi i już nigdy go tam nie zaaplikuję.  


Opakowanie to zgrabna butelka wykonana ze średniej grubości plastiku, który prześwituje i z łatwością możemy zobaczyć poziom zużycia. Jej zwieńczeniem jest nakrętka na "klik" z płaską klapką, która bezproblemowo się otwiera, ale nie samoistnie. Posiada nieduży otwór przez który wydobywa się olejek. Nie jest ogromny, po przechyleniu wypływa z opakowania po kropelce. Po przyciśnięciu tworzy jednak strumień, który może nas zaskoczyć, tak jak niejednokrotnie mnie. Dla mojej osoby jest to spory mankament, ponieważ w ten sposób butelka się tłuści, nalepka odkleja i całość wygląda nieestetycznie, a ja bardzo tego nie lubię.

Na butelce mamy dwie naklejki  przezroczystymi krawędziak, a więc nie rzucają się w oczy, aplikacja wygląda na nadrukowaną chociaż tak nie jest. Przez to, że są foliowe odklejają się i szybko brudzą i to dla mnie jest nie do zniesienia. Nie mogę patrzeć na taką zmaltretowaną etykietę! Obrazek natomiast jest adekwatny do tego, co każe robić producent i niebrzydki. Co mi się podoba? Wytłoczone motylki w górnej części opakowania i różowy kolor butli :)


Olejek jest bardzo rzadki, lejący, cały czas w postaci płynnej, nie trzeba go roztapiać tak jak na przykład kokosową Vatikę. Przelewa się przez palce, łatwo spływa, trzeba go dobrze wmasować. Jest też tłusty, wchłania się, chociaż nie całkowicie. Łatwo się rozprowadza, ale szybko można go zmarnować, bo trudno go złapać :D Po prostu jest bardzo rzadki, średnio lekki, lejący i spływa póki nie wetrzemy.

Produkt pachnie lekko, jest to coś w rodzaju dziecięcej oliwki z delikatną, pudrową nutą, ale niemal niewyczuwalną. Nie utrzymuje się na włosach po zmyciu, a i podczas chodzenia z nasmarowaną głową nie przeszkadza ani trochę. Jest zwyczajny, nie przeszkadza mi, nawet się z nim polubiłam, a w każdym razie nie ma drażniących nut. 

     
Olejek sprawdza się u mnie tylko na włosach. Wyraźnie je nawilża, zmiękcza, wygładza i nadaje blasku. Łatwo się zmywa, nie obciąża i nie przyspiesza przetłuszczania. Raz nałożyłam go na całe ciało oprócz twarzy i efekty opłakane - skóra swędziała, była zaczerwieniona i podrażniona. Mieszany z kremem do rąk trochę tłuści, a później nadaje tępy efekt. Rozczarowana efektem na ciele postanowiłam nie nakładać go na twarz.

Opakowanie - 7 - plastikowe, w ładnym kolorze, w miarę porządne i z beznadziejnymi pod względem jakości naklejkami. Konsystencja - 7 - bardzo lejąca, rzadka, spływa z rąk, trzeba go porządnie wmasować. Zapach - 5 - taki, jak w oliwkach dla niemowląt z lekko pudrową nutą, dość ładny. Działanie - 7 - zmiękcza, nawilża i wygładza włosy, ciało podrażnia. Ocena ogólna - 7/10. Całkiem porządny olejek, ale nie polecam nakładać na ciało :)    

niedziela, 10 marca 2013

Inne oblicze krzaku jeżyny. Yves Rocher Plaisirs Nature Mure Sauvage Blackberry

Uwielbiam perfumy, wody toaletowe, perfumowane, mgiełki i inne tego typu wyroby. Nie oznacz to jednak kolekcji drogich zapachów od Chloe, Guerlain, DKNY, chociaż przyznaję, ze chciałabym takowe posiadać. Mam jedne z Avonu, drugie z Bi-es, mgiełkę Playboya i dzisiejszy temat numer jeden, czyli Yves Rocher Plaisirs Nature Mure Sauvage Blackberry Eau De Toilette, którą polubiłam od pierwszego użycia. Wszystkie osoby zaciekawione tym produktem zapraszam do przeczytania dalszej części postu :)

  
Opakowanie to urocza, mała buteleczka o pojemności 20ml. Wprawdzie wolę większe, ale akurat to jest idealne do torebki czy niewielkiej kosmetyczki ze względu na niewielkie gabaryty. Jest też bardzo poręczne, bez wymyślnych tłoczeń, proste i z plastikową nakrętką w formie nasadki. Trzyma się ona mocno, zdejmuje bezproblemowo, jednak sama nie spada. Tak samo jest w przypadku złapania za nią na półce, bo buteleczka nie wypadnie i nie rozbije się. Skrywa pod sobą atomizer, który po naciśnięciu rozpryskuje wodę w niewielkim promieniu, więc wszystko trafia na skórę a nie w powietrze. Nie zacina się, za każdym razie wydobywa się identyczna ilość produktu. Plastikowa rurka, która doprowadza wodę do atomizera sięga do samego dna, więc nie będzie problemu ze zużyciem do ostatniej kropli.

Na opakowaniu znajdują się trzy naklejki, jedna z polską nazwą, druga ze składem a ostatnia z obrazkiem. Żadna z nich się nie zadziera ani nie niszczy. Szata graficzna bardzo mi się podoba, uwielbiam fiolet! Zdjęcie jeżyn znajdujące się z przodu sprawia, że produkt od razu kojarzy się nam z naturalnością. Mnie bardzo się podoba, szczególnie w połączeniu z kolorem cieczy i nakrętki :)  


Jaką konsystencję może mieć woda toaletowa? Głupie pytanie. Skoro ma w nazwie wodę, to taka też jest. Nie pryska strumieniem, ani też mgiełką, raczej pod sporym ciśnieniem, ale bez przesady. Szybko się wchłania, nie pozostawia tępego czy klejącego uczucia. Nie barwi skóry, mimo że w buteleczce jest fioletowa.

Nie umiem opisywać złożonych zapachów, ale tu nie miałam problemu, gdyż jest prosty i nie rozwija się. Pamiętacie jeżynowe landrynki? ta woda ma dokładnie taką woń. Nie jest zbyt słodka, ale też niegorzka. To zapach słodkawy, owocowy, z nutą, którą czuć przy krzakach jeżyn. Nie ma tu żadnej sztuczności, bardzo prosta i przyjemna woń. Jak dla mnie jest magiczny, dobry na każdą porę roku, przywołuje wspomnienia ^^ Uwielbiam go.


Woda rewelacyjnie odświeża i orzeźwia, a jednocześnie nie przytłacza i nie dusi. Utrzymuje się na skórze krótko, bo około trzech godzin, co prawdę mówiąc mi nie przeszkadza, chociaż chciałabym czuć go na sobie dłużej. Nie podrażnia, nie wywołuje uczulenia.

Opakowanie - 10 - małe, poręczne, bardzo ładne, o pojemności 20ml, idealne do torebki. Konsystencja - 10 - identyczna jak woda, szybko się wchłania i nie klei. Zapach - 10 - jeżynowy, ale nieprzesłodzony, chociaż landrynkowy, taki magiczny, cudny! Działanie - 8 - wspaniale orzeźwia, nie przytłacza, utrzymuje się bardzo krótko. Ocena ogólna - 9/10. Świetny produkt za niewielką cenę (19.99), warto wypróbować!

sobota, 9 marca 2013

Romby to nie głąby! Essence A New League Multi Colour Bronzing Powder 01 Go Classy, Go Retro

Pamiętacie jeszcze czerwcową limitowankę Essence pod nazwą A New League? Znajdował się w niej bronzer, którego nie kupiłam, a później wzdychałam i rozpaczałam. Na szczęście Kamila >> miała go u siebie, a że nie chciała, to chętnie odkupiłam. Multi Colour Bronzing Powder 01 Go Classy, Go Retro, który był moim wielkim marzeniem nareszcie jest u mnie i powoli go oswajam, więc nie będzie swatchów na twarzy :D Przyznaję, że to dopiero drugi raz, kiedy próbuję nałożyć na swe lico bronzer i tak naprawdę jeszcze nie potrafię :) 


Bronzer ma tradycyjne dla różnorodnych pudrów opakowanie. Jest płaskie, z łatwością zmieści się w najmniejszej szparze (bez skojarzeń proszę :D) kosmetyczki. Całość wykonano dość porządnie, plastikowa klapka jest całkiem wytrzymała i co najważniejsze nie otwiera się samoistnie, mimo że paznokci nie trzeba łamać, aby dostać się do środka. Nie należy do największych, o czym mimochodem wspomniałam powyżej, gdyż mieści w sobie 10g bronzera. Nie jest to zbyt dużo ani za mało, dokładnie w sam raz. Płaskość klapki umożliwia postawienie na niej kolejnego produktu np. różu lub pudru albo czego tam chcemy.

Oczywiście naklejka jest, na szczęście po spodniej stronie i praktycznie niewidoczna, bo dla mnie liczy się wnętrze :D W każdym razie na pewno mi nie przeszkadza. Szata graficzna klapki nie jest zła, dość prosta, ale szczerze mówiąc nawet mi się podoba, a co! Wiem, że wiele z Was nazwało ją brzydką, w sumie nawet się nie dziwię, bo nie ma tu fikuśnych ozdób, kartonowego pudełeczka ani innych upiększających dodatków. Chociaż z reguły jestem łasa na tego typu dziwadełka i malunki to tu toleruję wszystko.


Bronzer nie jest zbyt twardy, łatwo nabiera się na pędzel i ładnie rozciera. Na szczęście nie jest na tyle miękki, żeby kolory w opakowaniu się ze sobą mieszały. Po nabraniu na aplikator, czyli w tym przypadku pędzel romby pozostają nienaruszone na swoim miejscu. Po nałożeniu na skórę powstaje równomierny kolor bez plam. Przy użyciu żelu do mycia twarzy szybko się zmywa, ale trwałości jeszcze nie przetestowałam.

Produkt ma dobrze skomponowane kolory, które w razie potrzeby mogą służyć za cienie do powiek. Każdy z nich jest w pełni matowy. 1 - biel, średnio intensywna, ale widoczna. 2 - dość jasny beż, niezbyt pomarańczowy, co bardzo mnie cieszy. 3 - ciemniejszy beżo-brąz. 4 - według mnie to taki rudawy brąz, bardzo intensywny. Kolory zostały ukazany bez bazy pod cienie, gdyż nie używam bronzera na powieki.

Zapach ma lekki, jak dla mnie przyjemny, wyczuwalny tylko po przetknięciu nosa do opakowania, na twarzy niewyczuwalny, nieduszący.


Bronzer nadaje skórze bardzo zdrowego wyglądu, a że nie plami, to jest też dobry dla początkujących, czyli dla mnie :) Jest całkowicie matowy, więc nie ma migrujących drobinek. Jest lekki, nie czuję się zaszpachlowana po jego nałożeniu. W razie potrzeby można używać go w roli cieni do powiek, a jeśli mamy w miarę wąski pędzel, to możemy nabrać tylko jeden kolor!

Opakowanie - 8 - ani za małe, ani za duże, płaskie, wygodne, w miarę ładne, wytrzymałe. Konsystencja - 10 - w sam raz! Nie jest zbyt twardy, ale też nie pyli. Łatwo go rozprowadzić. Kolor - 10 - cztery idealnie skomponowane barwy, super! Zapach - 9 - lekki, niedrażniący, praktycznie niewyczuwalny. Działanie - 10 - nadaje się do konturowania, czego ja nie potrafię, ale też nie robi krzywdy :) Ocena ogólna - 9/10. Świetny bronzer nawet dla początkujących! 

czwartek, 7 marca 2013

Lodowy ideał. Essence Crystalliced Nail Poilsh Iced Eyes Baby

Jeszcze kilka miesięcy temu kompletnie nie podobały mi się jasne emalie. Całe szczęście, że to się zmieniło. Ponad rok temu kupiłam sobie lakier Essence Crystalliced w beżowym kolorze i oddałam, a w ostatnim miesiącu zakupiłam na pewnym blogu jego niebieską wersję i jestem z niej bardzo zadowolona! Wiem, że ta edycja jest już nie do kupienia, a zdobycie czegoś bardzo trudne, ale mimo to publikuję :)

Iced Eyes Baby to bardzo jasny odcień niebieskiego, błękitny. Zawiera miliony mikroskopijnych glassflecked w kolorze złotym, srebrnym i różowym, które idealnie się ze sobą komponują. Na paznokciach wygląda niezwykle świeżo, delikatnie i zwiewnie, ale mimo że raczej nie przypisuję lakierów do konkretnych pór roku to ten jest zdecydowanie zimowy. Idealny, lodowy, "zimny", w sumie nie przyciąga zbytnio uwagi, a szkoda, bo jest b-o-s-k-i! Nie ma w nim raczej szarych tonów, przynajmniej ja nie widzę. 
 
Lakier rozprowadza się bajecznie! Nie jest ani za gęsty, ani za rzadki, nie zalewa skórek i nie trzeba zbyt dużej ilości emalii, aby zamalować płytkę. Kryje w pełni przy trzech warstwach, jedna jest prześwitująca, ale bez smug. Moim zdaniem warto poświecić się i nałożyć lakier trzy razy. Schnie bardzo szybko, pierwsza warstwa niecałe pięć minut, kolejne po dziesięć. Trwałości nie sprawdzałam, może uda mi się w weekend.


Lakier ten bardzo, bardzo mi się podoba. Uwielbiam niebieskości, glassflecked, edycje limitowane więc chyba nie muszę dalej tłumaczyć. Podoba się Wam? :)