Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błyszczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błyszczyk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 marca 2014

Manhattan Colour Loop Lipgloss 45B Red Passion

Wiosna przychodzi do nas małymi kroczkami, ludzie zrzucają ciepłe kurtki i buty, a na blogach odnotowałam zwiększoną ilość postów z ustowymi mazidłami. W mojej dzisiejszej notatce również temat ten będzie :) Chcę Wam zaprezentować jeden z lepszych błyszczyków, z jakimi miałam w życiu do czynienia - Manhattan Colour Loop Lipgloss w odcieniu 45B Red Passion. Miałyście już okazję zobaczyć go w ulubieńcach roku 2013 wraz z dwoma innymi wersjami kolorystycznymi. Opakowanie błyszczyku jest bardzo proste, z nadrukowanymi czarnymi napisami, które mimo intensywnego użytkowania nie ścierają się. Odkręca się bezproblemowo. Aplikator najzwyklejszy, niewielka gąbeczka nabierająca odpowiednią ilość produktu, aby pokryć nim obie wargi.   


Red Passion jest dość intensywnym kolorem. To coś na pograniczu różu i czerwieni. Idealny na wiosnę i lato, bardzo energetyczny, pozytywny. Kryje całkiem nieźle, nie maże się. Nie jest tak mocno kryjący jak niektóre szminki, ale kolor jest bardzo wyraźny. Nie zawiera drobinek ani żadnego pyłku, daje za to ładny, mokry połysk. Nie należy do mocno klejących, ale czuć, że na ustach coś jest. Utrzymuje się około godziny, ściera równomiernie.


Znacie te błyszczyki? Podoba się Wam ten odcień? Jakie są Wasze wiosenne typy?

piątek, 22 listopada 2013

Pomarańczka x2 / Essence

Ostatnimi czasy nie szaleję za limitowanymi edycjami Essence tak bardzo jak kiedyś. Owszem, zdarza mi się kupić jeden, dwa produkty, ale takie wydarzenie nie ma miejsca za często. Łatwo mnie jednak skusić na wszelakie kolorowe mazidła do ust, a że nie miałam wcześniej żadnej pomarańczki, to nie zastanawiałam się długo. Essence Vintage Discrit Duo Lipstick & Gloss 01 Vintage Peach gości w mych szeregach od lipca, więc zdążyłam go już przetestować. Opakowanie ma formę walca o długości przeciętnego błyszczyka. Zbudowane jest z plastikowej części z błyszczolem i metalowej ze szminką, którą skrywa plastikowa nasadka. Całość prezentuje się całkiem ładnie, napisy się nie ścierają, więc jest estetycznie. Odkręca się łatwo, jednak na szczęście nic nie przecieka. Przejdę więc może do części związanej z moimi odczuciami na temat konsystencji i kolorów.   


Błyszczyk ma lekką, śliską, średnio gęstą konsystencję. Nie należy do klejuchów - nie ma mowy o zlepieniu warg. Nie wchodzi w załamania, jednak nałożony w zbyt duże ilości może wypływać poza kontur ust. Co do koloru - to ciepły pomarańcz z delikatnym złotym pyłkiem. Nie jest to brokat, jedynie pyłek, który ładnie odbija światło i nie wygląda tandetnie. Błyszczyk nałożony w niewielkiej ilości nadaje ustom połysku, lekko pomarańczowego odcienia i wygładza je. Kolor na pewno nie jest brzoskwiniowy, jak wskazuje nazwa produktu.

Szminka również ma przyjemną konsystencję, ale nie przypadła mi do gustu. Na ustach staje się sucha, posiada też większe drobinki, które migrują po twarzy. Podkreśla wszytskie suche skórki i zdarza się, że wchodzi w załamania. Tutaj kolor również jest pomarańczowy, ale to zupełnie inny odcień, moim zdaniem z lekką nutą różu.


Jeśli chodzi o błyszczyk to jestem na tak, jeśli zaś o szminkę - na nie. 

Lubicie usta w odcieniach pomarańczu?

sobota, 17 sierpnia 2013

Pod uroczą przykrywką Empik Owl Lipgloss Coconut

Moja ogromna słabość do ładnych i uroczych rzeczy czasami doprowadza mnie do wyrządzenia sobie krzywdy. Oczywiście nieświadomego, ale jednak. Po raz kolejny dostałam nauczkę, żeby nie kupować błyszczyków i balsamów w słodkich pudełeczkach, gdyż zazwyczaj w środku zazwyczaj znajduje się wazelina. O pierwszym takim przypadku pisałam TU, ale wtedy przynajmniej kosmetyk mi nie zaszkodził. Dzisiejszy post zamieszczam ku przestrodze, może nie tyle dla Was, co dla mnie, abym nie zapomniała, że lepiej się powstrzymywać. 

Błyszczyk o dokładnej nazwie Empik Owl Lipgloss Coconut umieszczono w przeuroczym opakowaniu w kształcie sowy. Jest tak śliczne, że kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, uznałam, że nie wyjdę bez niego ze sklepu. I stało się tak, jak chciałam. Niezwykle szczęśliwa i póki co z uśmiechem na ustach skierowałam się w stronę wyjścia. Zaraz po wejściu do domu zdarłam z niego folię ochronną i otworzyłam. Właśnie, klapka do otwierania znajduje się po spodniej stronie opakowania. Trudności z wydobyciem nie miałam żadnych, chociaż otwór do wielkich nie należy. Jakby nie było klapka sama się nie otwiera, dobrze przylega. Miodzio. Dodam jeszcze, że błyszczyku w środku za wiele nie ma, chyba trzy gramy z tego co się orientuję. Dodajmy do tego cenę, około piętnaście złotych, może czternaście. Ogółem kupujemy drogą wazelinę w świetnym opakowaniu. Konsystencję ma to-to oczywiście wazelinową, dość tłustą i kleistą. Rozprowadza się dobrze, jednak gdy nałożymy zbyt dużą ilość to rzecz jasna zbiera się w łączeniu warg. Przyklejają się do niego włosy, nie powinno to nikogo dziwić. Kolor na ustach przezroczysty z ledwo widocznym srebrnym pyłkiem (nie brokatem!). Wygląda nieźle, utrzymuje krótko, dwadzieścia, trzydzieści minut. Zapach kokosowo - chemiczny. W ogóle nie nawilża, na szczęście nie wysusza, trochę chroni przed czynnikami atmosferycznymi. Najgorszy jest jednak fakt, iż po kilku godzinach zaczynają pojawiać się brzydko wyglądające krostki na wargach. Postanowiłam jednak nie zważać na to i potestować przez parę dni. Krostek było coraz więcej, usta bolały, więc odstawiłam. Po dwóch dniach intensywnego smarowania Pimafucortem i Tisane usta wyglądały tak samo jak przed, wróciła gładkość i miękkość.


Błyszczykiem ust już nigdy nie posmaruję, szkoda mojego cierpienia. Trudno jednak byłoby mi się rozstać i tak uroczo wyglądającym mazidełkiem. Mam zamiar smarować nim skórki wokół paznokci, tam na pewno lepiej się sprawdzi. Postaram się jak najszybciej go zużyć, coby już nie kusił nakładaniem na wargi. Dla ciekawskich zamieszczam skład z oczywistą zawartością parafiny.

 
Bardzo żałuję, że produkt się nie sprawdził, ale wykorzystam go w innym celu. Mam nadzieję, że ta przygoda nauczy mnie rozsądniejszych zakupów :>

A teraz pytanie do Was: też lecicie na słodkie opakowania? Przyznawać się! :)

piątek, 14 czerwca 2013

Nie dość, że dzika, to jeszcze w paski! Manhattan Colour Loop Lipgloss 65H Wildberry

Kocham mazidła do ust, wiecie o tym nie od dziś. Nic dziwnego więc, że gdy zobaczyłam błyszczyk będący bohaterem tego posta nie mogłam się oprzeć i natychmiast go kupiłam. Spodobał mi się tak bardzo, że po dwóch dniach wróciłam do Pepco i wyszłam z wersją nude. Jeśli jesteście ciekawe co mnie tak urzekło, zapraszam na dalszą część posta!

Manhattan Colour Loop Lipgloss 65H Wildberry

Błyszczyk ma poręczne, zgrabne, tradycyjne opakowanie w formie walca. Jest przezroczyste dzięki czemu widać cudne kolory wewnątrz. Nakrętka odkręca się łatwo, nie trzeba się siłować, ale samoistnie się nie otworzy. Aplikator w formie gąbeczki, która nie drapie i kłuje ust. Nabiera odpowiednią ilość produktu tzn. tyle, że wystarcza mi na pokrycie obu warg. Napisy są czarne, tak samo nakrętka. Litery się nie ścierają, na opakowaniu jest tylko jedna, mała naklejka. Uważam, że kolor czarny jest najlepszym możliwym rozwiązaniem, nie wygląda tanio ani bazarowo.


Błyszczyk jest gęsty, nie należy do tych bardzo śliskich i lepkich, do których przyklejają się włosy. Rozprowadza się znakomicie, dobrze kryje, nie jest pół transparentny Nie daje też bardzo mocno błyszczącego wykończenia. Owszem, błyszczy, ale niezbyt intensywnie, nie jest matowy. Nie zawiera żadnych drobinek ani shimmera. Na ustach utrzymuje się około półtorej godziny, uważam to za przyzwoity wynik.

Odcień to 65H Wildberry. W opakowaniu błyszczyk ma zakręcone, trójkolorowe pasy - niezwykle mocno rozbielony, pastelowy róż, dość intensywny, landrynkowy róż oraz brąz z nutą bordo. Podczas nabierania aplikatorem produkty barwy mieszają się tworząc prześliczny odcień. Według mnie jest idealny na wiosnę i lato. Widoczny, ale nie kontrowersyjny. Wygląda dziewczęco i słodko.

Wygląda naprawdę świetnie! Nie podrażnia ust. Nie wysusza, ale też nie nawilża, do tego służy balsam. Dodaje twarzy energii, od razu cera wygląda promienniej i żywiej!


Pokochałam ten błyszczyk od pierwszego maźnięcia! Noszę go często na zmianę z wersją nude, którą też niedługo pokażę.

niedziela, 26 maja 2013

Cóż za blask strzelił tam z warg! Alverde Alm Beauty Lipgloss Stadl Funkeln

Nie od dziś wiecie, że kocham błyszczyki. Ponadto uwielbiam edycje limitowane. Dodatkowo jestem łasa na kosmetyki niedostępne w Polsce, a na przykład w Niemczech, dokładniej w DM'ie. Długo polowałam na mazidło ze złotym połyskiem, a dzięki wymianie z Luną Edith  udało mi się je zdobyć. Wprawdzie w użyciu jest rzadko, ale bardzo się cieszę, że mam taki produkt, w końcu czasami się przydaje :)

Alverde Alm Beauty Lipgloss Stadl Funkeln

Błyszczyk ma tradycyjne opakowanie, czyli cienki walec wykonany z przezroczystego plastiku. Aplikator to gąbeczka z wcięciem po jednej stronie, dzięki któremu nabieramy więcej produktu. Nakrętka odkręca się łatwo, lecz nie samoistnie, jest szczelna. Nic się nie wylewa, błyszczyk nie oblepia całego plastikowego kijka, na którym umieszczona jest gąbeczka. Na opakowaniu mamy srebrne nadrukowane napisy. Nie ścierają się, wyglądają całkiem ładnie. Całość prezentuje się dobrze, nietandetnie.


Błyszczyk nie jest bardzo gęsty, ale też nie za rzadki. Świetnie się rozprowadza, do pokrycia całych ust wystarcza naprawdę odrobina produktu. Nie skleja warg, utrzymuje się około godziny. Drobinki pozostają po starciu błyszczyka i zdarza się im migrować wokół ust.

W opakowaniu błyszczyk wygląda na złoty, jednak w rzeczywistości jest przezroczysty z masą złotych, holograficznych drobinek. Nie są one wyczuwalne na ustach, ale bardzo widoczne w słońcu. Mienią się na czerwono i różowo, czasem na pomarańczowo. Moim zdaniem wygląda to nie najgorzej, chociaż ja osobiście wolę, gdy drobinek jest mniej.

Błyszczyk albo nie pachnie, albo ja nie czuję zapachu. Uważam to za zaletę, chociaż zapachowe mazidła do ust mi nie przeszkadzają.


Błyszczyk nie wyrządza moim wargom żadnych szkód. Nie nawilża ich, nie wysusza, ale nie podrażnia. Wygląda średnio, czasem go kocham, czasem nienawidzę. Trudna miłość :D 

Lubicie drobinkowe błyszczyki? Znacie te z Alverde?

piątek, 10 maja 2013

Ustowe niby rozdanie, czyli oddawajka :) ZAMKNIĘTE/ZAKOŃCZONE

Mam sporo kosmetyków do ust, których nie używam. Maźnęłam się nimi kilka razy i poszły w odstawkę. Zebrało mi się aż jedenaście takich produktów! Jeśli któraś z Was jest chętna, oddam je za darmo.


Verona, Olive Lip Balm - pozostało ok. 50%
Catrice, Ultimate Colour, 150 Lovely Lilac -pozostało ok. 60%
 Essence, Crystalliced, Lipgloss, 02 Diamond Dust -  pozostało 70% 
 Essence, Stay Matt Lip Cream, Velvet Rose - pozostało ok. 90%
Wibo, Rose Limited Edtion, Pomadka do ust 02 - pozostało ok. 70%
 Nivea, Pearly Shine, Perłowa pomadka ochronna - pozostało ok. 95%
 Essence, On Top Lipgloss, Dramatize - pozostało ok. 80%
 Bell, Classic, 144 - pozostało 75%
Himalaya Herbals, Nourishing Lip Balm - pozostało ok. 95%
Lovely, Liquid Lip Balm, z mentolem i aloesem - pozostało ok. 30%
Lovely, Liquid Lip Balm, z kamforą i aloesem, pozostało ok. 50% 

 Możecie zgłosić się po jedną rzecz lub po kilka, a nawet po 11 sztuk :)
Za kosmetyki nie będziecie musiały płacić, za przesyłkę też nie, chyba że znajdę u Was coś na wymianę.
Wszystkie mazidła mają nieprzekroczony czas przydatności do zużycia.  
 Piszcie w komentarzu, co Was interesuje.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Podrażnienia w wersji brokatowej. Essence Marble Mania Lipgloss 05 Coral Whirl

Poprzedni post był o błyszczyku firmy Essence i moim niezadowoleniu z niego. Niestety na dzisiaj przygotowałam zaległą recenzję produktu, który na szczęście został już wycofany. Używałam go przez parę miesięcy, po czym zorientowałam się, że mi nie służy i oddałam mamie. Nie zauważa ona u siebie żadnych negatywnych skutków, więc od razu zaznaczę, że krostki wystąpiły tylko u mnie. Jeśli chcecie wiedzieć więcej - zapraszam dalej!

Essence Marble Mania Lipgloss 05 Coral Whirl

Pamiętacie jeszcze tę marmurkową edycję? Ja skusiłam się tylko na błyszczyk, później dostałam róż. Ogólnie uważam tę minioną limitowankę za udaną i żałuję, że nie załapałam się na tusz do rzęs. Z różu jestem naprawdę zadowolona i za parę tygodni zamieszczę jego recenzję. Teraz przejdę jednak do opisu błyszczyku.

Opakowanie oczywiście tradycyjne, proste, bez udziwnień. Zwyczajny, chudy walec ze srebrną nakrętką i ścierającymi się napisami. Samo się nie otwiera, nic nie wycieka. Aplikator w formie wygodnej, niewielkiej gąbeczki nabierającej ilość wystarczającą na pomalowanie jednej wargi. 
Opakowanie łatwo odkręcić i zakręcić, ogółem nieźle się nim operuje. Szata graficzna dość tania, szczególnie te srebrne, nietrwałe napisy. Nie będę się czepiać, w końcu to wnętrze jest najważniejsze. Wspomnę, że opakowanie jest przezroczyste i świetnie widać było przez nie marble, zanim się wymieszały. Nawet teraz przy dnie widać to, co się nie połączyło, ale słowo daję - wyglądały ślicznie!

  
Błyszczyk dobrze się rozprowadza, nie wypływa poza kontur ust i równomiernie znika. Jedynym i sporym problemem jest ogromna ilość dość grubo zmielonego brokatu. Nie wygląda najgorzej, ale koszmarnie migruje po twarzy i już po godzinie drobinki znajdują się pod oczami, nosem i w innych częściach twarzy. Nie dość, że nienawidzę brokatu w błyszczykach to po pomalowaniu się tym wyglądam jakbym użyła produktu z dwa złote z bazaru.

Kolor błyszczyku to połyskujący koralowy róż z mnóstwem srebrnych drobinek. W sumie nie wygląda najgorzej, ale zbytnio się błyszczy w tani sposób.
Produkt podrażnia moje wrażliwe usta, już po kilku godzinach od nałożenia pojawiają się krostki.




Miałyście może któryś z błyszczyków  z tej serii?   

wtorek, 9 kwietnia 2013

A miało być tak pięknie... Essence Stay Matt Lip Cream 01 Velvet Rose

Moda na matowe błyszczyki podobała mi się od dawna, ale nie mogłam trafić na produkt w niskiej cenie. Nie lubię przepłacać, a już szczególnie, jeśli nie wiem, czy dany produkt się u mnie sprawdzi. Często sięgam po mazidła do ust od Essence i tym razem postąpiłam identycznie. Cena niska, niecałe dziewięć złotych, w sumie nie szkoda mi, że je wydałam, ale niesmak pozostał. Myślę, jednak, że czas na recenzję, od których roi się już na blogach.


Essence Stay Matt Lip Cream 01 Velvet Rose   

Przyznam szczerze, że kusiły mnie wszystkie wersje, a zwłaszcza czerwień. Mimo, iż w sklepie kusząco się prezentowała wzięłam tylko opisywaną dzisiaj aksamitną różę opatrzoną numerkiem 01. Miałam nadzieję, że nie będę musiała potwierdzać słów innych blogerek, ale niestety muszę. Producent miał świetny pomysł, ale coś nie wypaliło. Nie wiem, z czym jest problem, ale u wszystkich jest tak samo, więc czuję niemały zgrzyt.

Wróćmy jednak do mojego egzemplarza. Wygląda oczywiście identycznie jak pozostałe :D Opakowanie jest takie samo jak w przypadku błyszczyków Stay With Me, których się jeszcze - o dziwo - nie dorobiłam. 
Mamy tu nie najgorzej wyglądający walec z aplikatorem w postaci gąbeczki. Nakrętka odkręc się bezproblemowo. Gąbka jednak nabiera zbyt dużą ilość produktu i jest bardzo sucha, nie śliska jak w przypadku błyszczących błyszczyków (wyszło masło maślane). Wygląda w miarę ładnie, półmatowe napisy się nie ścierają. Od razu wiadomo, że chodzi tu o mazidło bez połysku. Ogółem mówiąc wygląda dobrze, ma tylko dwie małe naklejki z oznaczeniem koloru i polskim opisem. 


Błyszczyk ma świetną konsystencję. Jest bardzo kremowy, idealnie się rozprowadza. Nie jest śliski, ale aksamitny - mam nadzieję, że zrozumiecie. Niestety zniewalający efekt znika, gdy tylko poruszymy wargami lub rozciągniemy je w uśmiechu. Tak, już wtedy można ujrzeć osadzony w załamaniach produkt, a w miejscu, gdzie wargi się łączą - nieestetycznie rozmazany. Nie odważyłam się wyjść z nim na ustach z domu, gdyż boję się, że po pięciu minutach będę miała suchą, brzydką skorupkę. Poniższe zdjęcie dość dobrze oddaje efekt.

Warto otworzyć w nowym oknie
Kolor, który posiadam to brudny róż, ale nie z gatunku mlecznych. Widać go na ustach, nie należy do transparentnych, dość mocno kryje. Efekt, jaki daje jest naprawdę ładny, ale dopóki nie ruszmy wargami. Szkoda, bo chętnie nosiłabym go na co dzień.
Wiele osób mówi, że wysusza. Ja nie jestem tego pewna, ale faktycznie czuć, jakby zastygał. Na polskiej etykietce widnieje wyrażenie "matujący balsam do ust". Uważam, że to ogromny błąd, bo do balsamu mu daleko.  
Co do oceny ogólnej - chciałam, naprawdę chciałam ocenić go wyżej, bo kolor i pomysł są bardzo w porządku, ale to, jak zachowuje się na ustach doprowadza mnie do szału. Nie postawię więcej jak 3/10. Spróbuję nakładać odrobinę na palec i mieszać z błyszczykiem błyszczącym i śliskim lub balsamem, może uda mi się go nosić.

Skusiłyście się na niego? A może złapałyście jakąś inną nowość Essence? Piszcie, jestem bardzo ciekawa! 
Przy okazji - zapraszam na bloga zdjęciowego - KLIK.

sobota, 16 marca 2013

Brąz? Czerń? Nie, fiolet! Essence On Top Lipgloss 01 Dramatize

Kocham błyszczyki, szminki i inne ustowe kosmetyki. Kolory nie grają roli, podobają mi się niemal wszystkie oprócz tych z grubym brokatem. Szczególnym uwielbieniem darzę fioletowe mazidła i dziś właśnie będzie o takim produkcie, mianowicie o Essence On Top Lipgloss 01 Dramatize. Jest to błyszczyk już wycofany, jak dla mnie w porządku, ale jak ktoś nie lubi takich odcieni to nie ma się za czym uganiać. W sumie ja także nie polowałam na niego, trafiłam przez przypadek i wydał mi się ciekawy.


Błyszczyk ma tradycyjne dla kosmetyków tego typu opakowanie, wąskie i w formie walca. Zarówno nakrętka jak i dolna część są zaokrąglone więc nie da się go postawić, przewraca się nawet oparty o inne produkty. Całość jest wygodna w użytkowaniu, łatwo, acz niesamoistnie się odkręca. Aplikator mamy w formie odpowiedniej wielkości gąbeczki, precyzyjny i nie drapie warg, spełnia moje wymagania.

Naklejki oczywiście są, tu mamy dwie, jednak nie zadzierają się ani nie ścierają. Szata graficzna do zaakceptowania, mnie się zbytnio nie podoba. Połyskujące srebro nigdy mnie nie przekonywało jeśli o nadruk chodzi, wygląda tanio i kiczowato. Całe szczęście, że się nie ścierają ale oczywiście może do tego dojść. Dużo lepiej prezentuje się matowa nakrętka.


Konsystencja bardzo przyjemna, dość gęsta ale bez przesady. Nie klei się, nie wypływa poza kontur ust, utrzymuje około godziny, półtorej bez jedzenia i picia. Wynik nie jest spektakularny, ale mnie wystarcza. Nie zbiera się w kącikach, na ustach lekko podkreśla załamania, jednak widoczne jest to z bardzo bliska. Zjada się równomiernie, nie robi nieestetycznej obwódki, nie zbija się w grudki. Cały czas wygląda bardzo dobrze.

01 Dramatize to kolor wyglądający w buteleczce z jednej strony na czerń, z drugiej na fioletowy brąz. Na ustach zmienia się w dość ciemny, siny fiolet, jednak niezbyt kryjący. Wklepany przyciemnia nieco naturalny odcień warg. zawiera miliony mikroskopijnych drobinek, które na ustach odbijają światło, ale bez drobin brokatu, nie świeci się mocno. Wygląda dobrze tylko z wypoczętą twarzą i zamaskowanymi cieniami pod oczami, inaczej twarz przybiera ponurego wyrazu.

Zapach jest bardzo przyjemny i lekki, jakby kokosowo-waniliowy, mniam! Nie utrzymuje się na ustach zbyt długo, co wcale mi nie przeszkadza.


Błyszczyk ma ładny kolor, mnie się podoba. Nie podrażnia, nie wysusza. Wygląda dobrze, gdy mamy perfekcyjnie ukryte oznaki zmęczenia lub jesteśmy wyspane. Efekt można stopniować.

Opakowanie - 6 - nie najgorsze, jednak w żaden sposób nie da się go postawić, brzydka szata graficzna. Konsystencja - 9 - dość gęsta, ale nie klei się, utrzymuje około godziny. Kolor - 8 - dość ciemny, średnio kryjący fiolet. Zapach - 9 - bardzo ładny, kokosowo - waniliowy, lekki i przyjemny. Działanie - 8 - nie podrażnia, nie wysusza, jednak może sprawiać, że twarz będzie wyglądała na niewyspaną. Ocena ogólna - 7/10. Porządny produkt w ładnym jak dla mnie kolorze.

sobota, 9 lutego 2013

Lajtowy wampir - Essence Breaking Dawn Part II Lipgloss 01 Alice Had a Vision - Again

Nie od dzisiaj wiecie, że jestem fanką mazideł do ust w każdym kolorze. Najbardziej jednak kuszą mnie ciemne i jasne fiolety i akurat tak się stało, że wszystkie trzy sztuki mam z Essence. Zaprezentuję Wam więc mój grudniowy nabytek, czyli Breaking Dawn Part II Lipgloss Alice Had a Vision - Again. Nie należy on wprawdzie do intensywnych, mrocznych kolorów, ale i tak go uwielbiam, nawet na co dzień :)


Błyszczyk ma tradycyjne opakowanie w formie walca. Jest ono plastikowe, ale wytrzymałe. Mieści w sobie 4ml produktu, czyli dość mało, ale wystarczająco. W sumie nie potrzeba mi więcej mazidła, które nie jest balsamem ochronnym. Aplikator jest gąbeczkowy, nieco nietypowy, zwężony pośrodku, identyczny jak w błyszczykach Stay With Me, na które swoją drogą muszę się wreszcie skusić. Maluje się nim wygodnie, nabiera niewielką ilość produktu, więc konieczne jest powtórne zanurzenie.

Na opakowaniu jest jedna naklejka z nazwą i numerem błyszczyka, w tym przypadku Alice Had a Vision - Again. Jest idealnie przyklejona, nie zadziera się i napisy się nie ścierają. Na całości literki są srebrne i niemal wszystkie się już starły. Nie wygląda to zbyt ciekawie, po jakimś czasie będzie trudno się zorientować, jaka to firma i edycja limitowana.

   
Błyszczyk jest średnio gęsty, bardzo dobrze się rozprowadza i nie spływa, nie wypływa poza kontur ust. Nakłada się równomiernie, nie robi smug, nie zbiera się w miejscu, gdzie wargi się łączą przy otwieraniu i zamykaniu ust. Jest bardzo śliski, nie ma żadnych chropowatości. Nie klei się, a utrzymuje około godziny.

Kolor jest śliczny, ale mnie niemal wszystkie fiolety się podobają. W buteleczce jest bardzo mocny, jak śliwka węgierka. Nałożony na usta jedną warstwą jest przezroczysty, ale minimalnie przyciemnia usta. Do zdjęcia nałożyłam chyba trzy i wcale nie czułam nadmiaru. Jest napakowany drobinkami, a właściwie srebrnym pyłkiem, na wargach niewidocznym. Nie ma mowy o kłujących drobinach brokatu.

Zapach jest lekki, słodkawy, błyszczykowy. Nie drażni nieprzyjemnie nosa, nie dusi, podoba mi się.


Mazidło nadaje ustom połysku, a nałożone w większej ilości przyciemnia. Nie podrażnia, nie wysusza, nie nawilża. Nie zauważyłam żadnych minusów oprócz ścierających się napisów. Jest to jeden z moich lepszych błyszczyków, których używam na co dzień.

Opakowanie - 9 - w formie walce, nieduże, wytrzymałe, ze ścierającymi się napisami. Konsystencja - 10 - średnio gęsta, dobrze się rozprowadza, nie spływa. Kolor - 10 - fiolet o wielu obliczach :D Może być jaśniejszy lub ciemniejszy, a nawet transparentny. Zapach - 9 - lekki, błyszczykowy. Działanie - 10 - nie wysusza, nie podrażnia, nie nawilża. Ocena ogólna - 9,5/10. Świetny błyszczyk, naprawdę polecam. Wprawdzie limitka już przestarzała, ale można znaleźć resztki :D 

niedziela, 27 stycznia 2013

Nude usta, głowa pusta tfu! pełna. Vipera Sweet&Wet Błyszczyk do ust 7

Jestem ustomaniaczką. Wielbię wszelkie mazidła, które mogę nałożyć na wargi, a już szczególnie te dające kolor, blask czy też błysk. Balsamy też lubię, choć na wyjścia preferuję bardziej widoczne produkty. Obfituje to przybywającymi ciągle błyszczykami i szminkami. Z tego względu dzisiaj będzie o moim grudniowym odkryciu, czyli Vipera Sweet&Wet Lipgloss 7. Odcień ten dla mnie jest idealny na co dzień, niby niewidoczny, ale wspaniale wydobywający głębię koloru warg.

  
Błyszczyk ma naprawdę ładne, eleganckie opakowanie w kształcie prostopadłościanu. Lubię nazywać tę formę "kostką lodu". Nakrętka odkręca się lekko, niesamoistnie. Posiada typowy, gąbeczkowy aplikator - nie za duży, nie za mały. Bardzo dobrze rozprowadza produkt po wargach, nie jest wiotki, ale też nie kłuje, aplikacja jest całkiem bezproblemowa. Całość wykonano bardzo porządnie, nic się nie obija, nie rysuje.

Na opakowaniu mamy aż cztery naklejki, z czego trzy niemal niewidoczne. Jedna trochę się już pozadzierała, ale tylko dlatego, że była na niej naklejona taśma dla pewności, że nikt nie zaglądał do wnętrza. Design bardzo przypadł mi do gustu - jest  profesjonalna, nie ma na niej wielu napisów, a te nawet minimalnie się nie ścierają. W sumie najważniejsze jest to, co w środku, ale szata graficzna też się liczy.

   
Mazidło ma cudowną konsystencję. Jest gęsty, ale nie tak bardzo, żeby nie dał się rozprowadzić. Nie jest też lejący, nie spływa, nie rozmazuje się, nie wylewa poza kontur ust. Nakłada się lekko i przyjemnie, jest śliski, zawiera pyłek - nie są to żadne drobinki - który nie drapią, nie są wyczuwalne po nałożeniu, nawet gdy błyszczyk się już zetrze.

Kolor też ma naprawdę fajny do codziennych stylizacji. Choć ja oczu mocno nie maluję, to do takich sprawdziłby się świetnie. Jest to idealny beż, czyli modny nude z delikatnym pyłkiem mieniącym się na różowo i złoto. Efekt jest subtelny, usta są lekko podkreślone i rozświetlone. Mimo że nie powiększa (i bardzo dobrze, bo nie lubię tego) to nadaje ustom pełności, sprawia, że zwyczajnie je widać.

Zapach ma przyjemny, owocowy. Nie czuć go zbyt długo, ale nie drażni nosa  w nieprzyjemny sposób. Kojarzy mi się z dzieciństwem ^^

  
Błyszczyk rewelacyjnie ożywia twarz, a  właściwie to usta jej nadają tego efektu. Nie wysusza, nie nawilża, nadaje śliskości, idealnego wyglądu wargom. Nie podrażnia, nie powiększa (na plus!) i nie szczypie. Sprawia, że usta wyglądają na ponętne, zadbane i co też jest ważne - zabezpiecza przed skubaniem :D Trzyma się około godziny, czyli przeciętnie, ale nie jest to dla mnie mankamentem.

Opakowanie - 10 - ładne, w kształcie prostopadłościanu, wyglądające profesjonalnie, porządne. Konsystencja - 10 - lekka, nieklejąca, dobrze trzymająca się warg, niespływająca. Zapach - 10 - przyjemny, niedrażniący, owocowy, niechemiczny. Kolor - 10 - delikatny nude z mieniącym się pyłkiem. Działanie - 10 - fajnie ożywia twarz, nie wysusza, nie nawilża, nie podrażnia. Ocena ogólna - 10/10. Błyszczyk idealny! Używam ciągle i z pewnością kupię kolejne odcienie.

niedziela, 16 grudnia 2012

Róże w dole i w górze. Wibo Rose Limited Edition Sparkling Rose Kiss Lip Gloss 02

Błyszczyki - moja miłość. Wielka i nieograniczona, bardzo uzależniająca, wymagająca ciągłego uzupełniania niepełnego zbioru. Fiolety, róże, beże - kocham wszystkie.  Szczególnym uwielbieniem darzę te z edycji limitowanych, między innymi Wibo Rose Limited Edition Sparkling Rose Kiss Lip Gloss 02, który jest bohaterem dzisiejszej notatki. Efekt, zapach, kolor i opakowanie sprawiają, że sięgam po niego często i chętnie, zwłaszcza że złapałam go na wyprzedaży.


Błyszczyk zapakowano w smukłe opakowanie o pojemności 9,5ml. Jego kształt jest ergonomiczny, co zdecydowanie ułatwia użytkowanie. Nakrętka spełnia swoją funkcję, nie zasysa się ani nie odkręca samoistnie. Funkcję aplikatora pełni lekko ścięta gąbeczka umieszczona na długim, plastikowym kijku. Nabiera on odpowiednią ilość produktu do pomalowania jednej wargi. Ponadto opakowanie jest przezroczyste i łatwo kontrolować poziom zużycia.

Na buteleczce widnieje jedna naklejka, która jest niemal niewidoczna. Nie zadziera się ani nie pęcherzykuje, nie pozostawia też brudnego kleju. Szata graficzna nie najgorsza, chociaż może minimalnie zalatuje tandetą. Złota powłoka nakrętki jeszcze nie odpadła, ale napisy zaczynają się powoli ścierać. Całość okolona jest różami - widać je nie tylko na buteleczce, ale i na szczycie jej górnej części. Mimo iż nie zauważyłam w niej arcydzieła, spodobała mi się.


Produkt jest dość gęsty, ale z łatwością rozprowadza się po wargach. Nie spływa ani nie rozlewa się poza kontur ust. Nie klei się, chyba że nałożymy o wiele za dużą ilość. Zjada się powoli i równomiernie, nie pozostawia obwódki wokół ust. Nie zbija się w grudki i nie smuży. Przez swą konsystencję jest wydajny, gdyż na pomalowanie wystarcza zanurzenie aplikatora dwa razy, co daje bardzo dobry wynik.

Zapach błyszczyka bardzo mi się podoba, gdyż ogółem lubię woń róż. Produkt pachnie kwiaciarnią i marmoladą. Jest naturalny, ale nie czuć w nim zwiędłych nut. Utrzymuje się na ustach do momentu całkowite zniknięcia, co mi nie przeszkadza.

Kolor również przypadł mi do gustu, podobnie jak zapach i konsystencja. Jest to intensywny, landrynkowy, nietandetny róż. Nadaje ustom pełności i kuszącego wyglądu. Zawiera delikatny, złoty pyłek, na ustach niemal niewidoczny. Nie migruje po całej twarzy i nie jest wyczuwalny. Daje efekt subtelnego rozświetlenia. Na zdjęciu poniżej wyszedł neonowo, ale w rzeczywistości jest taki, jak w buteleczce (fot. 2.).


Błyszczyk nadaje ustom przepięknego koloru i blasku, który optycznie rozświetla twarz. Nie wysusza, nie podkreśla suchych skórek. Mam wręcz wrażenie, że pomaga utrzymać wypielęgnowane usta w dobrej kondycji. Sprawia, że wargi wyglądają na pełniejsze, mimo zbędnego dla mnie efektu mrowienia. Ponadto ma niezwykle miły zapach, który czuć pod nosem przez cały czas.

Opakowanie - 9 - poręczne, wygodne, z całkiem przyjemną szatą graficzną i tylko jedną naklejką. Konsystencja - 9 - gęsta, dobrze się rozprowadza i nie klei warg, nie spływa. Zapach - 9 - naturalny, różany, idealny wręcz. Kolor - 9 - ponętny, landrynkowy róż z mikroskopijnym, złotym pyłkiem. Działanie - 9 - rozpromienia całą twarz, ożywia look. Nie wysusza, nie podkreśla suchości. Ocena ogólna - 9/10. Świetny błyszczyk o wspaniałym zapachu i przyjemnym kolorze :-) 

piątek, 23 listopada 2012

Trzy zdobycze od zachodniej sąsiadki, czyli wymiana z Luną!

Kilka dni temu przeprowadziłam wspaniałą wymianę z piękną dziewczyną zwaną Luną. Złożyło się tak, że mieszka ona dokładnie tam, gdzie istnieją obiekty pożądania wielu z nas, mianowicie w Niemczech. Zamieniłyśmy się produktami niedostępnymi w naszych obecnych krajach i oto mam - trzy zagraniczne cuda, o których marzyłam do dawna. Jak wyglądają i dlaczego tak bardzo je pokochałam? O tym w dalszej części posta.


Otrzymałam produkty dostępne tylko w niemieckich limitowankach, mianowicie:

Essence, Snow White, Special Effect Topper, 01 Evil Queen
Alverde, Alm Beauty, Lipgloss, Stadl Funkeln
p2, What's Up? Beach Babe, Sassy Attitude Blush Stick, 010 Berry Glam

Przyjrzyjmy się im z bliska - naprawdę są tego warte!


W tym lakierze zakochałam się od pierwszego wejrzenia! Zawiera masę ośmiokątnych drobin w fioletowym kolorze zatopionych w przezroczystej bazie. Paznokcie jeszcze nim nie uraczyłam, ale w butelce wygląda o-b-ł-ę-d-n-i-e! Nie mogę się już doczekać manicure'ów wykonanych z jego pomocą.

  
Właśnie takiego błyszczyka szukałam! Zależało mi na czymś nienachalnym, ale złotym z holograficznymi drobinkami i wreszcie mam. Rzeczywiście jest napakowany,  nie brokatem, a delikatnym pyłkiem. Ponadto ma ścięty z jednej strony aplikator i nieklejącą konsystencję. Coś wspaniałego!


Ostatnim produktem jest piękny, wakacyjny róż w sztyfcie. Ze względu na przyjemną konsystencję świetnie się rozprowadza po ustach, gdyż na policzki nakładać go nie będę. Mam wiele pomysłów na ten hit i myślę, że niedługo pokażę Wam efekty.

Bardzo cieszę się z tego, że istnieją wymianki i to zagraniczne. Są niesamowitą okazją do zdobycia wielu smaczków. 

Luno, sprawiłaś mi nieziemską radość!

czwartek, 4 października 2012

Błyszczykowe KWC! Max Factor Max Effect Gloss Cube 01 Soft Rose

Produkty do ust są moją wielką miłością i małym uzależnieniem. Ich używanie wiąże się oczywiście z szukaniem ideału, który dzisiaj opiszę. Max Factor Max Effect Gloss Cube 01 Soft Rose jest błyszczykiem tak wspaniałym, że recenzja bezapelacyjnie mu się należy! Nigdy nie spotkałam się z tak dobrym mazidłem do nakładania na wargi w kategorii kolorówkowej. Zapraszam na dalszą część posta naładowanego pochwałami!


Błyszczyk zapakowany jest w bardzo profesjonalnie wyglądające opakowanie. Niespecjalnie długi prostopadłościan to duża wygoda - nie ślizga się nie wypada z dłoni. Umieszczony jest na niedużej zakrętce, łatwo odkręcającej się nakrętce aplikator to typowa gąbeczka. Jej gabaryty są naprawdę małe, ale mimo to dobrze się nim maluje. Nabiera odpowiednią ilość do pokrycia połowy wargi, ale wbrew pozorom nie trzeba się wiele namachać, aby usta wyglądały reprezentacyjnie.

Opakowanie produktu zostało uraczone trzema naklejkami o minimalnych rozmiarach. Nie zadzierają się ani nie brudzą, a tylko jedna wykonana jest z papieru. Szata graficzna wygląda świetnie. Przejrzysta, profesjonalna, nienachalna 'aplikacja' w połączeniu z czarną nakrętką bardzo mi się podoba. Całość sprawia wrażenie bardzo porządnego produktu - nie jest to w sumie dziwne, gdyż błyszczyk właśnie taki jest.


Konsystencja błyszczyku - ideał. Produkt jest gęsty, ale świetnie się rozprowadza. Aplikacja nie sprawia żadnych problemów, jest szybka i równomierna. Porządnie trzyma się warg, nie rozmazuje poza kontur ust. Nie zbija się w grudki ani nie pozostawia smug. Ponadto jest bardzo wydajny, gdyż na pomalowanie całości nie potrzeba zbyt dużej ilości produktu.

Zapach również bardzo mi się spodobał. Jest lekki, kwaskowaty, owocowy. Nawet w najmniejszym stopniu nie czuć go typowym, kosmetycznym smrodkiem, ale jeżeli już, to są to niemal niewyczuwalne nuty. Czuć w nim świeżość kompletnie nie kojarzącą się z błyszczykiem. Pierwszy raz spotykam się z tak ciekawą wonią, która nie dusi i nie przyprawia o mdłości czy bóle głowy.

Kolor, który produkt posiada całkowicie mnie zachwycił i zniewolił! Jest to naprawdę bardzo jasny odcień różu, kojarzący się z opakowaniami niektórych prezentów w romantycznym stylu. Można porównać go też do maksymalnie rozbielonego, truskawkowego shake'a. Na ustach staje się niemal transparentny, ale nadaje im mlecznej barwy. Podbija naturalny kolor warg i nadaje im powabu.


Błyszczyk wyrównuje kolor ust i nadaje im pełniejszego kształtu. Sprawia, że wyglądają ponętnie i bardzo przyjemnie. Delikatnie je zmiękcza i wygładza. Nie wysusza, ale też nie nawilża. Optycznie przydaje wargom sprężystości i bardzo mnie to cieszy. Nie powoduje pieczenia, swędzenia, uczuleń. Nie likwiduje suchych skórek, ale to nie należy do jego zadań.

Opakowanie - 10 - bardzo profesjonalne, wygodne, naprawdę ładne. Konsystencja - 10 - lekka, gęsta, dobrze się rozprowadza. Zapach - świeży, kwaskowaty, nieduszący, idealny. Kolor - 9,5 - mleczny, delikatny, śliczny. Mógłby być odrobinę bardziej intensywny. Działanie - 9 - wyrównuje kolor ust, nie wysusza, dodaje powabu. Ocena ogólna - 9,5/10. Błyszczykowe KWC!

wtorek, 12 czerwca 2012

Hikki dostała BlogBoxa!

Z przyjemnością oznajmiam, że dzisiaj w godzinach przedpołudniowych otrzymałam paczkę zwaną BlogBox! Jestem zdziwiona, że tak szybko dotarła, ale też niezmiernie szczęśliwa, bo produkty, które wiwi89 z bloga To, co kobiety lubią najbardziej umieściła w pudełku są w pełni dostosowane do moich potrzeb! Tak więc dziękuję Ci bardzo i zapraszam Was do oglądania.


Jak widać na powyższym zdjęciu dziewczyna spisała się na medal! Balsam do ciała akurat wczoraj mi się skończył, krem do rąk jest dogorywający, a tak pięknego koloru błyszczyka jeszcze nigdy nie miałam! Naprawdę wszystko idealnie trafia w mój gust!


Soraya, Mleczko do ciała, Sceniczne, Silnie ujędrniające, Anti-Ageing, 25+ - do osiągnięcia wieku lat dwudziestu pięciu sporo mi brakuje, jednak cellulit i niezbyt jędrna skóra dają o sobie znać. Sama prawdopodobnie nigdy bym go nie kupiła, ale wygląda bardzo obiecująco i ma dobre oceny na KWC! Ponadto opakowanie jest naprawdę duże, bo aż 400ml i mam nadzieję, że wystarczy na długo.


Lirene, Dermoprogram, Skóra sucha, Krem ochronny - daktylowy - o tych kremach słyszałam wiele dobrego i prawdopodobnie w dalekiej przyszłości kupiłabym go, lecz wiwi89 wyręczyła mnie w tym. Produkt ma ładną szatę graficzną, poręczną tubkę oraz bardzo przyjemny zapach.


Max Factor, Max Effect Gloss Cube, 01 Soft Rose - jestem bardzo zadowolona z faktu, że w moim boxie znalazł się błyszczyk w tym kolorze i tej marki. Sama zapewne nigdy nie zwróciłabym uwagi, ale i tak już go polubiłam. Ma bardzo delikatny kolor, właściwie tylko nadaje ustom lekko mleczny wygląd. Ponadto nie klei się i nie wysusza po pierwszym użyciu. Opakowanie wygląda bardzo profesjonalnie!


Eveline, Hand&Nail Therapy Professional, Profesjonalny peeling do rąk oraz profesjonalna maska-serum do rąk - kolejny produkt do rąk i do tego niezwykle interesujący głównie przez swoją formę. Ma za zadanie zapewniać dłoniom natychmiastowy ratunek i efekt niewidzialnych rękawiczek. Mam nadzieję, że dobrze się spisze.


Jak widać na powyższym zdjęciu dostałam aż sześć próbek! Znalazły się tam kremy do twarzy - Vichy Normaderm i Idealia, Garnier Vital Restore, Yves Rocher Sebo Specific Ultra Mat oraz żel pod prysznic Adidas for Woman Hydrating Shower Gel Micro Pearls Exfoliating - Smooth.

Jestem bardzo zadowolona z zawartości mojego pudełka i wszystko chętnie przetestuję!

sobota, 28 kwietnia 2012

Wymiankowe love, czyli łupy z drugiej ręki!

Jestem wielką fanką wymianek kosmetycznych i właśnie takie poczyniłam ostatnimi czasy, a dokładniej w obecnym miesiącu - kwietniu. Jestem tak szczęśliwa, że nie mogę się powstrzymać przed pokazaniem moich łupów w blogosferze! Wybaczcie brzydkie zdjęcia, aparat odmówił posłuszeństwa!


Zacznijmy od najbardziej wyczekiwanej paczki, którą dostałam od przemiłej shinodki. Skusiłam się na pękający lakier Lovely Magic Cracking Special Effect 13 w przepięknym, pastelowym odcieniu fioletu, balsam do ciała z shimmerem Dove Silky Nourishmen, Body Lotion 250ml oraz nowiutką maseczkę na "czarne głowy" The Face Shop Ex Nose Clay Mask Peel-off Type. Wielkie dzięki!


Kolejna paczuszka to nie tyle wymianka, co pewna forma przeprosin za popełniony błąd. Dostałam ją od Krzykli i informuję, że przeprosiny przyjęte, nie musiałaś :) Otrzymałam błyszczyk Essence Ballerina Backstage Lipgloss 02 On Your Gracile Tiptoe w ślicznym, koralowo-pomarańczowym odcieniu i naturalny cień Nivea Pure&Natural, Colours Eye Shadow 13 Vintage Rose idealny do dziennego, romantycznego makijażu :) Dziękuję!



Kolejną mini-wymianę poczyniłam z Ev. Wybrałam produkt, który chodził za mną od dawna, ale w sklepie mnie nie zainteresował, czyli Essence Vampire's Love Lipstain 02 True Love i jestem nim zachwycona, chociaż nieco wysusza usta. Przygarnęłam też żelkowy lakier Mariza Care&Control 44 w malinowym kolorze, który obecnie próbuję okiełznać :D Ev, dziękuję, sprawiłaś mi dziką radość tym lipstainem!


Krem do rąk i paznokci Farmona Sweet Secret o zapachu migdałów i czekoladek dostałam od nowicjuszki.Pachnie cudownie marcepanem i czekoladą, a do tego nieźle nawilża. Blogerka dodała również kilka świetnych próbek - Vichy Lipo Metric Amincissant Retractant, Biotherm Aquasource Nuit (możliwe, że tę próbkę dostałam od kogoś innego) oraz Marion Hair Therapy Gorąca kuracja do włosów z olejkami. Dziękuję za odrobinę pocieszenia w obliczu tragedii, którą jest śmierć mojego psa [*].


Aaliyah obdarowała mnie maską oczyszczającą Ziaja oraz próbką masła czekoladowego Farmona Sweet Secret, które zapewne obłędnie pachnie i wkrótce się o tym przekonam, a maseczka zawsze się przyda :-) Moniko, dziękuję!


Dziękuję Wam za wszytko, jesteście wielkie i sprawiłyście mi wielką radość wymiankami! Mam nadzieję, że to, co otrzymałyście ode mnie podoba się Wam i będzie służyć!

poniedziałek, 19 marca 2012

Waniliowa maź z H&M

Kilka miesięcy temu, bodajże w grudniu, krótko opisywałam ten produkt, mocno chwaląc. Jednak po dłuższym używaniu zmieniłam zdanie, więc postanowiłam napisać dla Was recenzję tego "cuda", czyli H&M Disney Vanilla Lipgloss.

Przyznaję się bez bicia, że kupiłam go ze względu na opakowanie, które jest naprawdę słodkie i urocze. Metalowe, porządne pudełeczko w kształcie serduszka z wytłoczoną parą myszek Mickey i Minnie. Pojemniczek z błyszczykiem w dalmatyńczykowe kropki, swoją drogą bardzo ładne. Otwiera się nieco opornie, przy długich paznokciach może to być niemały problem.

Większość informacji mamy na foliowym woreczku. Pudełeczko zawiera jedynie informacje o wadze (tutaj akurat 14g), marce produktu oraz gdzie został wyprodukowany (jak wszystkie kosmetyki H&M - w Chinach). Producent nie zatroszczył się o skład na opakowaniu - zamiast tego mamy nazwę w wielu językach.


Kosmetyk ma formę białej, tłustej, wazelinowej masy. O ile na palcu jest jeszcze biało-perłowa, to na ustach staje się zupełnie przezroczysta, nadając im tylko bardzo lekki połysk, która zanika już po kilku minutach. Pachnie wanilią, całkiem ładnie, aczkolwiek nieco chemicznie.

Działanie tej waniliowej mazi jest znikome, ponieważ nie robi nic. Nie natłuszcza, nie nawilża, nie nabłyszcza, nie podbija też koloru ust. Całkowicie nie nadaje się na balsam, ponieważ jego ochronne działanie nie istnieje! Wprawdzie zawiera filtry UVA i UVB, ale to nic nie daje.

Skład : Caprylic/Capric Triglyceride, Parrafinum Liquidum,  Tridecyl trimellitate, Microcristallina Cera, Petrolatum, Pologlyceryl-3 Diisostearate, Polyethylene, Silica Dimethyl Silylate, parfum, Benzyl Salicylate, Benzyl Benzoate, Benzyl Alcohol, Hydrowycitronellal, Hexyl Cinnamaldehyde, CI 77891

Opakowanie 7/10, zapach 6/10, konsystencja 4/10, cena 5/10, działanie 0/10, skład 5/10. Ocena ogólna - 3/10.