Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsam do ust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsam do ust. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 maja 2013

Ustowe niby rozdanie, czyli oddawajka :) ZAMKNIĘTE/ZAKOŃCZONE

Mam sporo kosmetyków do ust, których nie używam. Maźnęłam się nimi kilka razy i poszły w odstawkę. Zebrało mi się aż jedenaście takich produktów! Jeśli któraś z Was jest chętna, oddam je za darmo.


Verona, Olive Lip Balm - pozostało ok. 50%
Catrice, Ultimate Colour, 150 Lovely Lilac -pozostało ok. 60%
 Essence, Crystalliced, Lipgloss, 02 Diamond Dust -  pozostało 70% 
 Essence, Stay Matt Lip Cream, Velvet Rose - pozostało ok. 90%
Wibo, Rose Limited Edtion, Pomadka do ust 02 - pozostało ok. 70%
 Nivea, Pearly Shine, Perłowa pomadka ochronna - pozostało ok. 95%
 Essence, On Top Lipgloss, Dramatize - pozostało ok. 80%
 Bell, Classic, 144 - pozostało 75%
Himalaya Herbals, Nourishing Lip Balm - pozostało ok. 95%
Lovely, Liquid Lip Balm, z mentolem i aloesem - pozostało ok. 30%
Lovely, Liquid Lip Balm, z kamforą i aloesem, pozostało ok. 50% 

 Możecie zgłosić się po jedną rzecz lub po kilka, a nawet po 11 sztuk :)
Za kosmetyki nie będziecie musiały płacić, za przesyłkę też nie, chyba że znajdę u Was coś na wymianę.
Wszystkie mazidła mają nieprzekroczony czas przydatności do zużycia.  
 Piszcie w komentarzu, co Was interesuje.

piątek, 19 kwietnia 2013

Ich liebe dich. Tisane Balsam do ust

O tym balsamie do ust słyszał chyba każdy, a większość zapewne wypróbowała i chwali. Jest blogową legendą i wcale się mu nie dziwię - ten produkt jest po prostu lepszy od innych i zasługuje na uwagę. Chociaż wszystko na jego temat zostało już powiedziane, to oczywiście dorzucę tu swoje trzy grosze. Mowa oczywiście o wytworze firmy Herba Studio ;)

Tisane Balsam do ust w słoiczku

Balsam ma wersję w pomadce (zdjęcie obok), której jeszcze nie wypróbowałam, ponieważ jest podobno gorsza. Drugi wariant to słoiczek i właśnie ten został moim ulubieńcem, zużyłam już kilka jak nie kilkanaście opakowań i wciąż zaopatruję się w kolejne. Nie mam awersji do formy słoiczkowej i nie przeszkadza mi niezbyt higieniczna aplikacja. O tym, jak sprawdza się w praktyce napiszę poniżej ;)

Balsam kupujemy w kartonowym opakowaniu lub jeśli dokonujemy transakcji w Drogerii Natura wygląda ono tak - KLIK! Ja póki co zawsze kupuję w aptece i dostaję kartonik. Sam produkt znajduje się w niewielkim, plastikowym słoiczku o pojemności 4,7g. Nie jest to dużo, szczególnie porównując z masełkami Nivea, które mają kilka razy większą objętość. Odkręca się łatwo, nakrętka jednak samoistnie nie spadnie, wrzucony do torebki jest w pełni bezpieczny. Przed pierwszym użyciem musimy zdjąć sreberko, co dodatkowo upewnia nas, że nikt balsamu wcześniej nie użył. Wydobywa się go dość łatwo, wiadomo, że trzeba palec zanurzyć. 
Szczerze mówiąc, jest całkiem w porządku, ale lepsze są puszeczki Nivea. Na słoiczku nie ma żadnych naklejek, jedynie nadrukowane informacje, które się wcale nie ścierają. Szata graficzna znośna, może nie najpiękniejsza, ale charakterystyczna i nie uważam jej za brzydką.     


Balsam jest twardy, ma zwartą konsystencję, pod wpływem ciepła palca mięknie i bez problemu nabiera i nakłada na usta. Staje się wtedy aksamitny, wystarczy niewielka ilość do pokrycia obu warg. Utrzymuje się około godziny, nie jest więc tak źle. Ja zresztą nie liczę na więcej, 60 minut mi wystarcza. Nie zbiera się w załamaniach,jest raczej transparentny, jednak gdy nałożymy go zbyt dużo może lekko zażółcać skórę wokół ust, ale można to zetrzeć. Daje nikły, naturalnie wyglądający i szybko znikający taki aksamitny połysk.

Produkt pachnie jak dla mnie bardzo przyjemnie, jakby propolisem. Czasem nawet mówię na niego "miodek" :D Zapach jest lekki i nienachalny, utrzymuje się niedługo.
Ma przyjemny skład - biały wosk pszczeli, olej z oliwek i rycynowy, miód, wodę, kilka ekstraktów, parę konserwantów. Moje usta lubią to! :)
Działanie bardzo mi się podoba. Faktycznie nawilża, wygładza i odżywia wargi, pomaga utrzymać je w nienagannym stanie. Suche skórki znikają bezpowrotnie, może nie błyskawicznie, ale jednak. Nakładam go nie tylko solo, a także pod błyszczyki i pomadki. Spisuje się świetnie i na słońcu, i na mrozie. Poza tym zmiękcza, likwiduje szorstkość i zapobiega wysuszaniu.    

Skład: Cera alba, Olea Europea oil, Petrolatum, Ricinus communis oil, Isopropyl Mirystate, Honey, Echinacea purpurea & Melissa officinalis & Silybum Marianum Extract, Aqua, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Propylene glycol, Cholesterol, Tocopheryl acetate, Ethyl Vanillin

Moje usta bardzo polubiły ten balsam, dlatego często je nim karmię. Ocena to oczywiście 10/10!

Macie, używacie, lubicie?

wtorek, 26 marca 2013

Zasiali górale owies, owies! Z jabłkami. Oriflame Pure Nature Organic Red Apple & Oat Nourishing Lip Balm

O mojej ustomanii wspominam zawsze i wszędzie ;) Właśnie dlatego nie od dziś wiecie, że kocham te mazidła. Dzisiaj pod lupę wezmę produkt, który przypomina mi koloryzujące balsamy, tyle że mój jest w słoiczku i z Oriflame. Skoro już wspominałam o tej marce, to powiem, że w tej kwestii mam tak jak z Avonem - chcę mnóstwo rzeczy a ostatecznie i tak nic nie kupuję :D Czuję, że omija mnie wiele dobra! Niedługo będzie czas to zmienić.

Oriflame Pure Nature Organic Red Apple & Oat Nourishing Lip Balm
gb.oriflame.com

Możecie mi wierzyć lub nie, ale nie wiedziałam o istnieniu dwóch innych produktach w wariancie "czerwone jabłko i owies". Oprócz mojego balsamu istnieją również mleczko z tonikiem 2 w 1 oraz odżywczy krem do twarzy. Seria ma całkiem niezłe noty, może przydałoby się w coś zainwestować?

Wróćmy jednak do balsamu. Został zapakowany w słoiczek o pojemności 6g. Nie jest to gigant, ale przyzwyczaiłam się już do 16.7g w masełkach Nivea. Pudełeczko jest plastikowe, ale wytrzymałe. Nakrętka oczywiście odkręcana, samoistnie nie spadnie, nie nadaje się raczej do korzystania z niego w rękawiczkach. Po zdjęciu nakrętki 
ukazuje nam się kosmetyk, wystarczy nabrać go na palec. Pod obu stronach tj. na spodniej części i na nakrętce znajdziemy po naklejce. U góry jest papierowa, z bardzo przyjemną szatą graficzną. U dołu natomiast mamy pojemność, nazwę, miejsce produkcji itd. Nie brudzą się, nie zadzierają, napisy nie schodzą. W sumie to nie mają gdzie się zadzierać, bo nie noszę go między gratami w torebce, używam tylko w domu.


Produkt nie ma konsystencji wazeliny, nie jest ani trochę zbliżone w tym aspekcie do masełek Nivea. Właściwie to trudne do wytłumaczenia ;) To coś pomiędzy nieco lepkim balsamem wymieszanym z żelem, ale jest zwarty. Nabiera się łatwo, ale w małej ilości, większą można wziąć wierzchem paznokcia. Rozprowadza się bardzo dobrze, nie podkreśla suchych skórek. Bardzo szybko się zjada i znika z ust. Nie lepi się jednak na nich i nie zbija w grudki. 

Jak widać na zdjęciu, balsam ma żywy, mocny, czerwony kolor! Na ustach zamienia się w zdrowy, lekki, na moich jasnych wargach widoczny róż, co bardzo mi się podoba ;) Daje ładny, mokry połysk, nie ma żadnych drobinek. Stosuje go tylko w domu, gdyż nierówno nałożony np. minimalnie poz konturem ust jest widoczny i wygląda nieestetycznie.
Kosmetyk bardzo ładnie pachnie. Czuć jabłka i coś zbożowego, mniam! Sztuczności brak. Uwielbiam tę woń, szkoda, że tak krótko się utrzymuje. 

A jak jest z działaniem? To jednak raczej błyszczyko-balsam niż mocno odżywczy kompres. Lekko nawilża usta, stają się miękkie, ale nie posiada długotrwałego działania. Wspomagam się więc Tisane oraz, zanim się zużył, mazałam się malinowym masełkiem Nivea. 
Myślę, że sam nie dałby sobie rady z odżywieniem ust, jako dodatek sprawdza się dobrze. Nie wysusza. Dobrze sprawdza się w roli pielęgnującego błyszczyka koloryzującego lub pod różową czy czerwoną szminkę.




Balsam polubiłam, nie szkodzi mi, używam kilka razy dziennie na przemian z Tisane. To dobry produkt, jeśli szukacie kosmetyku koloryzująco-pielęgnującego lub Wasze usta są niewymagające. Z mojej strony należy mu się ocena 7/10. Nie wiem, czy kupię go ponownie, może kiedyś, ale to opakowanie wystarczy mi na co najmniej miesiąc.

niedziela, 17 lutego 2013

Karmel, ciastko, czekolada! Nivea Lip Butter Caramel Cream

Nie lubię marki Nivea, ich pomadek ochronnych oraz wszelakich produktów spod ich szyldu. Ale jak to już ze mną bywa, niesamowicie ciągnie mnie do mazideł naustnych, a już szczególnie najnowszych masełek. Nivea Lip Butter w wariancie Caramel Cream całkowicie skradł mi serce i zdecydowanie zasłużył na pozytywną recenzję. Używam go już około miesiąca i jestem w stanie wystawić mu opinię ;)

m

Masełko znajduje się wewnątrz metalowej puszki o wymiarach ok. 5cm x 1.2cm. Ma ona cienkie ścianki, ale jest bardzo wytrzymała, mimo upadków nie zagina się, nie deformuje. Nakrywka jest zdejmowana, mocno się trzyma, samoistnie nie spada mimo noszenia w torebce między milionem innych rzeczy. Zdejmuje się bez ryzyka uszkodzenia paznokci, nawet u posiadaczek długich szponów :D Opakowanie jest napełnione produktem po brzegi, nie płacimy za powietrze. Całość jest szczelna, myślę, że po włożeniu do wody nie wlałaby się tam ani kropla.

Opakowanie wygląda bardzo ładnie, nie znajdziemy tu ani jednej, najmniejszej nawet naklejki. Szata graficzna jest bardzo zachęcająca, kostki błyszczącego, rozpływającego się karmelu działają na zmysły. Na górnej części napisów nie ma wiele, a te nie zaburzają wizerunku słodyczy. Na spodzie mamy natomiast skład, nazwę, producenta, kod kreskowy, pojemność i wszelkie informacje. Nic się jednak nie zdziera, nie robią się nieestetyczne obdarcia.


Produkt ma maślaną, nieco twardą konsystencję, która pod wpływem ciepła opuszków palców mięknie. Rozprowadza się świetnie, miękko sunie po wargach. Nie zbiera się w załamaniach i w miejscu, gdzie wargi łączą się ze sobą. Jest lekko tłustawy, ale nie czuć żadnego oleju, nic a nic. Bardzo dobrze trzyma się ust i nie spływa z nich.

Oprócz działania ważny jest zapach. Producent poradził się z tym zadaniem wyśmienicie! Masełko nie pachnie wprawdzie karmelem, ale przepysznymi, maślanymi ciasteczkami, w których skład wchodzi sok owocowy, mniam! Nie jest to woń dusząca, przesłodzona, nieprzyjemna czy chemiczna. Utrzymuje się na ustach do całkowitego wchłonięcia.


Masełko dobrze radzi sobie z nawilżeniem i odżywieniem suchych ust, pomaga zachować je w dobrej kondycji. Stanowi dobrą bazę pod błyszczyki i wysuszające szminki. Nadaje lekkiego, naturalnego blasku. Nie wysusza, nie podrażnia. Ponadto jest bardzo wydajne, swojego używam od miesiąca i zniknęło dopiero połowę opakowania, co uważam za świetny wynik!

Opakowanie - 9 - ładne, wytrzymałe, poręczne, nieco niehigieniczne, gdyż trzeba nakładać je palcem. Konsystencja - 10 - tłustawa, przyjemna, dobrze się rozprowadza. Zapach - 10 - piękny, naturalny, ciasteczkowy, pyszny! Działanie - 9,5 - dobrze nawilża, odżywia, nie podrażnia, nie wysusza. Ocena ogólna - 9,5/10. Świetny produkt do codziennej pielęgnacji ust o wspaniałym zapachu!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Tubka podrażnień. Lovely Liquid Lip Balm With aloe vera and mentol

Dzisiaj chciałabym przedstawić produkt, który nagminnie kupuję, używam i denkuję już około dziesięciu miesięcy i pokazuję w comiesięcznych łupach i zużyciach z racji niesamowicie wysychających ust. Lovely Liquid Lip Balm With aloe vera and mentol, bo taka jest jego dokładna nazwa został moim ulubieńcem jeszcze przed powstaniem bloga, a teraz stał się tragedią ;/


Balsam zamknięty jest w stosunkowo dużej, bo aż dwunastomililitrowej tubce, która swoją drogą jest jak dla mnie dość wygodna. Całość wykonana z miękkiego plastiku może przy długim używaniu popękać na bokach i przy aplikatorze uniemożliwiającym precyzyjną aplikację - trzeba koniecznie pomagać sobie palcem, przez co dość sporo produktu się marnuje.

Szata graficzna jest w porządku - kilka wyrazów pisanych kursywą, trzy kolorowe paski oraz kwiatki. Całość utrzymana w zielonkawej tonacji. Tubka nie posiada naklejek poza jedną minimalną z datą ważności. Nie odkleja się ona z biegiem czasu, a i obrazki nie ścierają się zbytnio.


Produkt ma świetną konsystencję, która nie dość, że jest bardzo miękka i smarowna, to jeszcze pod wpływem ciepła delikatnie się rozpuszcza i wtedy idealnie wystarcza minimalna ilość na całe usta. Bywa to również minusem, ponieważ w czasie upałów staje się całkowicie płynny i można go zmarnować, a w zimie bardzo twardy i trudny w obsłudze :D

Dzięki zawartości mentolu niezwykle ładnie pachnie - świeżo, "chłodno", z lekka chemicznie, aczkolwiek nie przeszkadza mi to w stosowaniu balsamu. Niezwykle wyraźny jest mentol i chyba kamfora - zapach jednak szybko ulatnia się jak i ona sama :)


Balsam całkiem nieźle nawilża i natłuszcza usta, ale do czasu. Byłam mu wierna ponad rok, ale i w tym czasie działy się dziwne rzeczy. Na wargach pojawiały się krostki, podrażnienia i pieczenie, opuchnięcia itd. Myślałam, że to od ostrego jedzenia i nie przestawałam go używać, jednak teraz już wiem, że to istna tragedia.

Opakowanie oceniam na 6 - wygodne, jednak czasami pęka i ma tendencję do wypadania aplikatora. Konsystencja - 9 - świetna, bogata a zarazem lekka. Zapach - 8 - świeży, nienachalny, "chłodny". Działanie - 2 - dobrze nawilża, jednak podrażnia, wywołuje atak krostek i pieczenie. Ocena ogólna - 2/10. Produkt niezły, ale tylko dla osób z ustami odpornymi na mentol.

środa, 29 lutego 2012

Lutowe zużycia

Mija kolejny miesiąc, więc pochwalę się mizernymi efektami wprowadzonego niedawno "projektu denko".


 Be Beauty, Spa! Peeling do ciała - mango - przeciętny peeling, działanie średnie, wydajność kiepska. Więcej możecie poczytać tutaj - klik!

Rival de Loop, Pure Skin, Washgel mit Peeling-Effekt - świetnie oczyszcza, peelinguje i wygładza. Nie podrażnia, nie wysusza. Pomaga pozbyć się wyprysków i zapobiega ich powstawaniu. Ciągle kupuję nowe opakowania, bo nie wyobrażam sobie czymś innym myć twarzy!

Ziaja Oliwkowa - krem do twarzy lekka formuła - nie lubię tłustych kremów do twarzy, więc używałam go po depilacji nóg. Całkiem dobrze nawilża, ale pozostawia tłusty film na skórze.

Colo, Ziołowy zmywacz do paznokci - średnio zmywał, ale nie był najgorszy. Śmierdział jak większość zmywaczy, lekko wysuszał paznokcie.

Wibo, Lovely, Liquid Lip Balm, with aloe vera and mentol - zużyłam już wiele tubek tego balsamu i zdecydowanie jest bezkonkurencyjny! Wspaniale nawilża, chroni i wygładza usta. Nie ma mowy o suchych skórkach i zaczerwienieniach.

Ziaja Tintin, krem antybakteryjny - bardzo lubię ten krem, bo ma świetne antybakteryjne działanie. Ogranicza powstawanie wyprysków i czerwonych plamek. Nie zostawia tłustego filmu na skórze. Zdecydowanie polecam!

sobota, 28 stycznia 2012

Styczniowe zużycia

Mamy już prawie koniec miesiąca, więc zużycia czas przedstawić :)

Nie prowadzę "projektu denko", bo zwyczajnie nie mam czego zużywać. Jednak jak co miesiąc trochę mi ubyło, więc ze wszystkim Was zapoznam.

Malwa, luksusowy zmywacz do paznokci - zmywacz jak zmywacz. Wysusza skórki, paznokcie i skórę pod i wokół paznokcia. Nie zauważyłam żadnych efektów nawilżających ani regenerujących. Butla dosyć duża, sto mililitrów, tania (około czterech złotych). Nie polecam i nie kupię ponownie.

Marion, termoochronna mgiełka do włosów - świetna, lekka mgiełka. Świetnie sprawdza się zarówno w duecie z suszarką, jak i z prostownicą. Dzięki niej włosy się nie elektryzują, są w sam raz pod czapkę. Przyjemnie pachnie, nie nachalnie, delikatnie. Zapach bardzo krótko utrzymuje się na włosach, oczywiście na plus. Atutem jest także niska cena, bo około siedem złotych! Polecam i na pewno kupię ponownie.

Bambino, krem ochronny - wszystkim znany krem do stosowania od pierwszego dnia życia. U mnie sprawdza się na niewielkie przesuszenia, dłonie i powieki. Doceniam jego delikatność, dzięki której nie podrażnia i nie natłuszcza aż tak, ze leje się z nas olej. Polecam.

Classics, Charming 61 - lakierowy bubel. Miałam ochotę na cielaka i wzięłam ten. Początkowo był całkiem dobry - ładnie się rozprowadzał i wyglądał. Niestety, od listopada zdążył zglucieć. Źle się rozprowadza i słabo kryje. Wygląda plastikowo, szczerze nie polecam. Zdążyłam zużyć połowę, tj. około 3,5ml i muszę się z nim pożegnać (bez wyrzutów sumienia).

Sensique, Perfect Lip Care - najzwyklejsza pomadka do ust. Jedynym atutem jest zapach, w tym przypadku waniliowy. Dla mnie jest zbyt twarda, a do tego się łamie. Nie daje żadnego efektu. Usta są nawilżone w chwili, gdy jest na ustach. Nie polecam i nie kupię ponownie.

Oriflame, Tea Tree Corrective Stick - świetny korektor, bardzo go polubiłam. Stosowałam wprawdzie tylko zieloną stronę, beżowa była zbyt pomarańczowa. Herbaciana część sprawdza się świetnie - wysusza wyprysk i zmniejsza jego rozmiary. Nakładałam na noc, a rano budziłam się tylko z prawie niewidoczną kropeczką! Polecam i na pewno kupię ponownie.

Clobaza, krem tłusty - dobry krem tłusty, świetnie sprawdza się na większe i przesuszenia. Zostawia na skórze tłusty film, dlatego stosowałam go wyłącznie na noc. Raczej polecam, zapewne kupię ponownie.

Wibo, Lovely, Liquid Lip Balm (aloe vera/mentol) - Bardzo dobry, tani i wydajny balsam do ust.. Chłodzi, nawilża i chroni przed mrozem. Sprawdza się też na zajady. Polecam i kupię ponownie.

sobota, 14 stycznia 2012

Pierwsze zakupy w 2012 roku!

Nareszcie udało mi się wybrać na pierwsze w 2012 roku zakupy.

Wybrałam się przede wszystkim po kilka rzeczy z najnowszej w Polsce limitowanki Essence, Crystalliced, ale nie ominęłam kilku ważnych produktów.

 Z Crystalliced skusiłam się na cztery rzeczy, które moim zdaniem powinnam mieć.

Wybrałam cień w płynie w odcieniu 03 ice crystals on my window, który już jest moim ulubieńcem. Nie pozostawia wyraźnego koloru, a raczej świetnie rozświetla powiekę - dla mnie to duży plus, bo dopiero zaczynam przygodę z makijażem i wyraźne kolory nie są wskazane.Od razu pochwalę go za trwałość, bo trzyma się długo i nie traci 'koloru'. Ma 4 ml i czuję, że jedne to za mało i jeśli je spotkam - to kupię jeszcze jeden w innym odcieniu.

W ramach limitkowych zakupów skusiłam się na błyszczyk w odcieniu 02 diamond dust. Jest przezroczysty, nieco lepki, drobinowy. Wygląda naturalnie, nie świeci nachalne i przesadnie. Taki codzienny, niegroźny nabłyszczacz, uniwersalny. Trwałość średnia, a smak - błyszczykowy, smaczny, niegorzki.

Z krystalicznej edycji wzięłam jeszcze dwa produkty do paznokci, a mianowicie - lakier 02 ice crystals on my window, z którego jestem niezbyt zadowolona. Nie kryje za dobrze, może przy dwóch, trzech warstwach będzie lepiej. Ma 8 ml i cenę, która jest lekkim zdzierstwem - 7,99.

Zabrałam również naklejki na paznokcie, które bardzo spodobały mi się blogu Em. W opakowaniu jest 29 naklejek w kilku rozmiarach - śnieżynki i zawijaski. Bardzo ładnie wyglądają na paznokciu, trwałość jest średnia bez top coatu. Mam nadzieję, że z topem będą bardziej trwałe.

Dowiedziałam się, że wycofują lakier do paznokci Catrice w odcieniu  Iron Mermaiden. Bardzo chciałam go przetestować, no i mam. Kupiłam go złotówkę taniej, bo był na przecenie.
Sam kolor to duochrom, mieni się na różowy, zielony i metaliczny. Całkiem ciekawy, łatwo się rozprowadza, pokrywa końcówki. Potrzebne są dwie warstwy aby całkowicie pokryć paznokieć.
Czuję, że częściej będę kupować lakiery Catrice.

Kupiłam też stempelki, które póki co leżą. Nie wiem, czy źle nakładam lakier czy może niewłaściwy. Muszę kupić taki do stempelków, może pójdzie mi lepiej.
Zestaw zawiera jedną płytkę, zbierak i stempel. Kosztowały mnie 13,99, ciekawe, czy są tego warte.

I jeszcze małe, obowiązkowe zakupy pielęgnacyjne w Rossmannie. Zakupiłam żel do mycia twarzy Rival de Loop, mój ulubiony. Dobrze oczyszcza, niedużo kosztuje.
Wzięłam też pomadkę, a właściwie balsam do ust Wibo Lovely. Tani, duży, dobrze działa.

W piątek dostałam cztery próbki kremów Mincer. Na zdjęciu widoczna jest jedna, pozostałe trzy oddałam mamie, ponieważ były przeciwzmarszczkowe.

                                                                       ***
W zamojskim Douglasie (Galeria Twierdza, ul Przemysłowa) dostępne jest jeszcze kilka produktów z sierpniowej edycji limitowanej Ballerina backstage Essence. Zostały jeszcze dwa róże w kremie/musie, błyszczyki, biały i fioletowy lakier do paznokci oraz sztuczne paznokcie.


                                       

sobota, 31 grudnia 2011

Grudniowe zużycia

Były zakupy, teraz czas na mniej przyjemną część - zużycia! Udało mi się zużyć (prawie) wszystko, co chciałam i zrobiłam miejsce na następne owoce mojego kosmetykoholizmu.


Z tonikiem antybakteryjnym Ziaja Nuno męczyłam się dobre dwa i pół miesiąca, mimo że bardzo go lubię. Straciłam ochotę i zaufanie do niego, gdy konsultantka Oriflame poleciła mi stosować przegotowaną wodę.
Bardzo polubiłam ten tonik, zużyłam już czwarte lub piąte opakowanie. Dobrze oczyszcza i tonizuje twarz, przyjemnie pachnie, jest bardzo tani. Czy kupię ponownie? Zapewne tak, ale nie w najbliższej przyszłości.

Razem z mamą wymęczyłam piankę do włosów Proffesional Style Hair Mousse. Mnie się kompletnie nie spodobała, mama jest przeciwnego zdania.
Pianka skleja włosy w nieestetyczne strąki i kluski, usztywnia (czego nie lubię w piankach!) i lekko pachnie czymś dziwnym, nieładnym. Nie kupię ponownie.

Zużyłam też mój ulubiony krem antybakteryjny Ziaja Tintin. Wahałam się przy kupnie ale ostatecznie kupiłam i przeżyłam miłe zaskoczenie! Krem naprawdę nieźle pomaga zwalczać wypryski, w pewnym stopniu zapobiega ich powstawaniu i działa antybakteryjnie. Zdecydowanie jest to perełka wśród niektórych bubli Ziaji. Zakupiłam sobie w grudniu już drugie opakowanie.

Kolejny krem - tym razem Ziaja HerbikaPlant z czarnym bzem zużyłam w czasie braku opisywanego już Tintina. Zużywałam go razem z mamą, sama dla siebie go nie kupiłam.
Spodobał mi się, nieźle wygładza, nieźle pachnie. Nie kupię go,bo nie jest mi potrzebny (mam mojego Tintina).

Ciągle używam i zużywam mnóstwo pomadek ochronnych i balsamów, ponieważ pękają i pierzchną mi usta. Zazwyczaj kupuję coraz to inne i w grudniu kupiłam pomadkę Sensique Sweet Raspberry. Wybór był jak zwykle spontaniczny, i jak się okazało - niezbyt dobry. Pomadka nie spełniła moich oczekiwań, ponieważ bardzo krótko się trzymała na ustach i mało co działała.

Wcześniej jednak skusiłam się na Isana Pflegebalsam Lippen Vanille&Menthol, o którym pisałam tutaj. Zaskoczył mnie bardzo swoim działaniem, bo spodziewałam się raczej tłuszczyku o zapachu wanilii. Jednak balsam jest inny - lepki, świetnie pachnie i  dobrze działa. Długo trzyma się na ustach, zdecydowany faworyt!

W sumie zużyłam sześć produktów. Mam nadzieję, że w styczniu będzie ich więcej - zarówno zużyć, jak i nowości.

środa, 14 grudnia 2011

Usta pragną nowości! ( Essence In the nude 52 + Isana Lippen Pflegebalsam Vanille&Mentol + H&M DVL.)

Ostatnio bardzo zaniedbuję bloga, a to dlatego, że nie mam ani czasu, ani weny, ani ochoty na dużo pisania. Dobrze jednak, że blog zobowiązuje i muszę przynajmniej czasami coś skrobnąć.
Przyznam, że nie mam co opisywać - mam wprawdzie kilkanaście kosmetyków, ale niespecjalnie nadają się one do opisywania (ani to zużycia, ani ulubieńcy, ani też nowości...).

Prawie tydzień temu byłam na zakupach i kupiłam tylko dwie rzeczy, dwa kosmetyki do ust - jeden do malowania, drugi do pielęgnacji. Skusiły mnie szminki Essence i oczywiście nabyłam jedną z nich.Wybrałam odcień In the nude (wiecznie mylę in z into), który zainteresował mnie przy przeglądaniu blogów.

Essence In the nude 52 (zdecydowanie bardziej odpowiadałoby mi słowo 'lipstick' po nazwie firmy, ale cóż mam poradzić...) to typowy odcień nude, czyli beż, który rozjaśnia usta. Wygląda ciekawie, jednak w moim przypadku rozjaśnienie warg nie jest zbyt spektakularne, bo są one naturalnie w odcieniu szminki Essence All about cupcake (podpatrzyłam go na blogu Em ). Ogółem efekt uznaję za ciekawy i czuję, że inwestycja nie pójdzie na marne (w końcu to szminka za 8.99 zł).
Tak wygląda na ustach.

Drugim kupionym przeze mnie produktem był balsam do ust - tym razem trafiłam w mazidełko Isana Lippen Pflegebalsam Vanille&Mentol (od niedawna mam fazę na wanilię).
Balsam wybrałam zupełnie przypadkowo - wzięłam najtańszy, największy i w słoiczku (takie zużywają mi się wolniej).
Nie kocham specjalnie produktów Isany, ale ten balsamik przypadł mi do gustu. Całkiem wydajny, mam go już szósty dzień i jest go jeszcze połowa. Plusów ma, że ho, ho! Jest bardzo tani (4.99 za 10ml), ma bardzo poręczne, zakręcane opakowanie i cudną zawartość - żółty, a na ustach przezroczysty balsam, który pachnie wanilią i wspaniale chłodzi mentolem. Naprawdę, nie ma się czego przyczepić :)


Na pierwszych zakupach kupiłam błyszczyk H&M Disney Vanilla Lipgloss. Kupiłam go z ciekawości, miłości do opakowania oraz uwielbienia dla Hennes & Mauritz.
Błyszczyk ma postać smalcowatej mazi - w opakowaniu białej, na ustach - przezroczystej. Pachnie wanilią ("waniliowa faza"), dzięki temu wybaczam mu nawet to, że bardzo krótko utrzymuje się na skórze :) Cena jest wysoka jak na takiego cudaka, bo dziesięć złotych, ale kupię jeszcze jeden, w innym opakowaniu -.- Myszka Miki kompletnie mnie zauroczyła.


Przy okazji tych mini zakupów, dzięki którym zajrzałam do Rossmanna i Natury, wypatrzyłam sobie dużo nowości :) Między innymi bibułki matujące,nail-topper, cienie i kredki do oczu oraz konturówki do ust firmy (oczywiście!) Essence.

Na zakończenie pragnę dodać, że postaram się nie zaniedbywać bloga i Was (szkoda, że jesteście tylko dwie) i dodawać notatki w miarę regularnie oraz podreperować wcześniejsze notatki.