poniedziałek, 31 grudnia 2012

Kulturowe podsumowanie miesiąca grudnia

Idąc za przykładem innych blogerek postanowiłam rozpocząć cykl notatek o niekosmetycznej tematyce minimum raz w miesiącu. Czas pokazać, że wiele czasu spędzam nie tylko przed komputerem, ale i nad książkami nie związanymi ze szkołą. Od czasu do czasu udaje mi się również rzucić okiem na telewizor i różnorakie teledyski. Nie zawsze królują w nich same pozytywy, więc w ostatni dzień miesiąca będę ujawniać moje zachwyty i narzekania na tematy kulturowe.


Zdecydowałam się przeczytać zachwalaną Opowieść wigilijną Charlesa Dickensa i niestety nie dołączyłam do jej fanów. Powieść ta ogromnie mnie znudziła - akcja jest bardzo przewidywalna, typowy motyw złego i dobrego, tradycyjna zmiana na lepsze okrutnego Scrooge'a oraz bardzo słabe elementy fantastyki (duchy). Książa prawie w ogóle nie podziałała na moją wyobraźnię, choć nie wydaje się być pusta i bezwartościowa. Lekturę tą można pokochać albo znienawidzić - ja zaliczam się do drugiej grupy. Otwierając ją miałam nadzieję na przełom - łzy, wzruszenie, przerażenie. Tymczasem nie dostałam nic, co w jakikolwiek wpłynęłoby na to, w jaki sposób patrzę na świat.

Uwięziona w Teheranie Mariny Nemat jest dużo lepszą lekturą. Opowiada historię młodej dziewczyny z kraju toczącym wojny z innymi państwami, porwanej do niezwykle obskurnego więzienia Evin, gdzie warunki były niemalże tragiczne. Pokazuje też miłość stróża do skazanej, która pod przymusem została włączona do Islamu. Ukazuje także ukrywaną, choć niezwyciężoną miłość i siłę woli, opanowanie i wiarę. Nemat profesjonalnie wprowadza czytelnika w świt bólu, niewoli i wahania. Sprawia, że czujemy powiew śmierci dotykający jej ciała. Zakończenie książki nie jest odkrywcze - szczęśliwy powrót do domu z dawno nie widzianym ukochanym. Pasuje jednak do całości, nie pozostawia zagadek.

Dokładnie wczoraj skończyłam też znaną wszystkich powieść Williama Sheakspeare'a - Romeo i Julia. Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ona pozytywnie, choć nastawiona byłam sceptycznie. Zakazana miłość dwojga, pisana zrozumiałym językiem wciągnęła mnie już od pierwszych stron. Bardzo spodobał mi się także błąd, jaki popełnił kapłan - ten moment ciągle wydaje mi się niezwykle śmieszny w obliczu tragedii, jaka spotkała skłócone rodziny. Dramatyczne zakończenie również przypadło mi do gustu, bo zdarza się rzadko, a ja właśnie na to czekam. Podsumowując - książka spodobała mi się, ale nie tyle, by do niej wracać.

Woda dla słoni autorstwa Sary Gruen również przypadła mi do gustu. Choć tytuł może sugerować, że książka jest poświęcona pojeniu zwierząt jest inaczej. Treść powieści to słowa Polaka Jacoba, ponad 90-letniego mężczyzny z domu opieki, który czuje się źle w towarzystwie nadskakujących mu pielęgniarek. Wolałby jeść surowe warzywa zamiast mlecznych papek przy facecie opowiadającym o noszeniu wody dla słoni. Nasz bohater, Kuba Jankowski przypomina sobie wtedy całe swoje życie. Śmierć rodziców, rzucenie studiów weterynaryjnych, tułanie się po świecie pociągiem i w końcu trafienie do cyrku. Gruen jako Jacob ukazuje nam ukrywaną nienawiść szefa widowiska i jego choroby  psychiczne (szefa, nie Kuby). Mieści w sobie miłość, zazdrość,  męczarnie, nieprzyjaźnie, sympatie, choroby i inne niedogodności. Dodatkowo do kompletu daje nam słonia o wielkiej inteligencji, zabijającego pałką szefa cyrku w najbardziej odpowiednim momencie. Pod koniec dostajemy dawkę adrenaliny - zgubiony pies, zabici przyjaciele, kilkutonowe zwierzę na własność, ukochaną w ciąży i brak pracy. Nie brak tam też bardzo intymnych, szczegółowo opisanych momentów. Lektura bardzo przypadła mi do gustu - zero nudy, ciągłe zwroty akcji, bez plątania.

Pomimo ogromnej miłości dla Terry'ego Goodkinda siódmy tom Miecza Prawdy, nazwany Filarami Świata nie przypadł mi do gustu. O ile poprzednie części czytałam z zapartym tchem, to ta była zwyczajnie przeciętna. Spojrzenie z innej perspektywy jest ciekawym pomysłem, ale główni bohaterowie pojawiają się dopiero w ostatnich rozdziałach 508 stronicowej księgi! Ukazanie Oby, brata Richarda jest powrotem do postaci ich ojca, Rahla Posępnego. Jennsen z kolei, ścigana młoda kobieta, wydaje się być bezradna. Kiedy jednak trzeba walczyć, krucha dziewczyna daje sobie ze wszystkim radę aż za dobrze. Całość jest trudna do przemęczenia, bez ciekawych wątków.
   
Oprócz  książek obejrzałam też kilka filmów, a część z nich mogę serdecznie polecić. Poniżej mała prezentacja.


Opowieść wigilijna w wersji do oglądania utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie jest to film/książka dla wszystkich. Jak dla mnie nieciekawa fabuła, z wątkami mającymi przerazić. Niestety, nie doznałam żadnych pozytywnych bodźców ani w trakcie, ani po. 

Z wielką chęcią pochwalę jednak Życie od kuchni. Film przewidywalny, ale bardzo ciepły, lekki, w sam raz na samotny wieczór. Miłość Kate i Nicka wydaje się być niepozorna i dość dziwaczna według samej Kate. Nowojorski klimat połączony z czułością i restauracyjnymi daniami daje nam romantyczno - dramatyczny finał.  Nauka o ludzkich zachowaniach takich jak wychowywanie dzieci czy związek kobiety i mężczyzny po trzydziestce jest trudna i postać szefowej kuchni wspaniale nam to obrazuje. Film nie należy do typowych babskich odmóżdżaczy, ale może je o wiele lepiej zastąpić.

Jeśli nie lubicie oglądać taniego chłamu, to zdecydowanie odradzam Wam komedię romantyczną Mąż idealny. Zarówno pomysły koleżanki Kate i jej samej przechodzą moje wyobrażenia na temat ludzkiej głupoty w sprawach uczuciowych. Praca dziewczyny nie należy do najpoważniejszych i w filmie widać to doskonale - kilka minut to głównie rozmawia o haśle reklamowym dla musztardy. Sama Jennifer Aniston gra przerażająco sztucznie, a film nie należy do dopracowanych. Nie polecam tej produkcji, nawet nie sposób nazwać jej miło odmóżdżającą. 

Uwielbiam filmy animowane, a do obejrzenia tego zachęcił mnie tytuł - Delgo. Słowo to wydało mi się intrygujące, tajemnicze, a początkowy opis filmu (smoki, motyw złej i niepokonanej kobiety) miał świadczyć o niezłym poziomie bajki. Niestety film okazał się nieciekawym okrawkiem tego, co mogło być świetną animacją. Zniekształcone ludziko-stworki walczące ze złem, zakochujące się w jasnoskórej wróżce? W takim razie podziękuję. Zero ciekawych wątków, wszystko skończyło się dobrze - oba plemiona się pogodziły, a Delgo i księżniczka zostali parą.

Rok bez Mikołaja? Niemożliwe! I tak niezły film zepsuł fakt, że M. się pojawił, obdarował dzieciaki i obiecał rozdawać prezenty co 365 dni. Świat w produkcji był pokręcony - raz bajkowy, raz prawdziwy. Ponadto Mikołaj wylegujący się w łóżku w majtkach to nieciekawy widok, a jego małżonka średnio pasuje do całości. Do kompletu dostajemy jeszcze dwa głupiutkie elfy ubrane w modne ciuchy, w tym jednego elfo-człowieko-pantoflarza. Film całkowicie popsuł mi apetyt na świąteczne ekranizacje związane  z Mikołajem i całą otoczką.

Najnowsza, kinowa wersja Smerfów nie zachwyciła mnie, ale nie wypadła najgorzej. Mamy tu do czynienia z Gargamelem, całą hordą niebieskich ludzików oraz ich smerfastycznością. Jedynym odstępstwem od tradycji jest fakt, że trafiły one nie do lasu a do ... Nowego Jorku. Spotkanie z ludźmi i ich pomoc, szybka akceptacja i uwielbienie - bajka. Nasz obecny świat na pewno nie zaakceptowałby kilku z nich we własnym domu. Co do filmu - przewidywalny, mało ciekawy,  ale do obejrzenia. Ani nie polecam, ani nie odradzam.

Apollo 13 zrobił na mnie nieco większe wrażenie. Po pierwsze - bardzo lubię Toma Hanksa. Po drugie - przepadam za katastroficznymi momentami. Po trzecie - kocham filmy ciut starsze (tu mamy rocznik 1995). Obsada jest świetna, wykonanie całości również. Ciągłe trzymanie widza w napięciu to to, co tygrysy lubią najbardziej :3 Zakończenie przewidywalne, ale całość jak najbardziej ciekawa. Jeśli tylko lubicie filmy tego typu - zachęcam do obejrzenia!

Film pt. Jaguar uważam za kompletnie nieciekawą produkcję. Były elementy komedii i przygodowe, ale i tak nie dało to zbyt pozytywnego efektu. Jedynym plusem jest fakt, że wystąpił tam Jean Reno, którego uwielbiam! Grał on też Leona zawodowca (nota bene świetny film, polecam). Jego obecność jednak nie uratowała sprawy na tyle, aby pochwalić te sto minut filmu.

Zanim odejdą wody to ciekawa komedia, o nieco nietypowej fabule. Męska przyjaźń, rodząca się w trakcie podróży, która odmieniła ich choć w niewielkim stopniu. Jeden żywiołowy i wygadany, drugi - spokojny i stateczny. Do tego jeszcze zwierzak o dziwnych upodobaniach. Wszyscy faceci, a było ich trzech - Peter, Ethan i pies tworzą wybuchową mieszankę, której niestraszne niszczenie wielu samochodów i przechytrzanie celników.

Jeśli chodzi o piosenki, to słuchałam głównie dwóch kawałków - Last Christmas grupy Wham! i Wildest Moments Jessie Ware. Oba są świetne zarówno w treści i wykonaniu, jak i w teledysku.


Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca! Jeśli tak, to przyszykujcie się na comiesięczne podsumowania, o ile podoba Wam się taka idea :-) Ja tymczasem zmykam świętować przed telewizorem!

niedziela, 30 grudnia 2012

Liebster Award, czyli tag dla ukochanych

W ostatnim dzień roku mam dla Was lekką i przyjemną notatkę. W jej treści znajdziecie odpowiedzi na pytania od Lisicy, które otrzymałam jako Liebster Tag. Muszę przyznać, że napiszę ten post chętnie, choć od dawna nie pojawiła się żadna recenzja. Myślę, że przyjdzie na nią czas dopiero między drugim a czwartym dniem stycznia. Mam nadzieję, że się nie obrazicie za zaserwowanie kolejnej notatki o niczym konkretnym :)


Pozwólcie, że zacytuję zasady tagu: "Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawane dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie."

 1. Najbardziej niepotrzebna rzecz jaką nosisz w torebce?
W sumie nie noszę niepotrzebnych rzeczy w torebce, ale jeśli już się uprę to mogę wskazać spory breloczek w kształcie jamnika, wykonany z białej, sztucznej skóry.

 2. Ulubiony produkt do depilacji nóg.
Nie mam ulubionego produktu w tej dziedzinie, podobnie jak w pielęgnacji ciała, stóp i rąk. Zdecydowanie bardziej wolę testować nowości.
 3. Najgorsza potrawa jaką w życiu jadłaś.
Nie przypominam sobie niczego takiego, chociaż próbowałam czekolady tak gorzkiej, że trudno sobie wyobrazić. Myślę, że nie zwierała ani grama cukru :D

 4. Miejsce do którego chciałabyś wrócić.
Nie mam takiego miejsca, które kiedykolwiek bym porzuciła. Od urodzenia mieszkam w tym samym domu, a żadna z wycieczek nie sprawiła, abym chciała tam wrócić na dłużej. Są jednak chwile, które wspominam ze wzruszeniem.

5.  Skąd czerpiesz inspiracje i pomysły na nowe posty?
Bardzo dużo dają mi notatki innych blogerek. Nie działa to na zasadzie kopiowania czyjegoś pomysłu z dodaniem własnych słów. Dziewczyny przypominają mi swoimi notatkami o konieczności napisania czegoś lub dodania nowości, podsumowań. Gdyby nie Wy, nie miałabym o czym i dla kogo pisać, ale inspiracje znajduję także w moim życiu i różnych sytuacjach.

  6. Czy robisz zakupy w second handach? Jeśli tak to z jakiego "łupu" jesteś najbardziej zadowolona?
Zaglądam do nich bardzo rzadko, a tylko sporadycznie znajduję coś ciekawego. Nie mogę więc pochwalić się niczym, gdyż większość i tak niewielkich łupów to zwyczajne ubrania. Myślę, że bluzka w kolorze pudrowego różu z kobietami w bikini w stylu lat. 70/80 i retro zasługuje na bliższe przyjrzenie się.

 7. Wymarzony prezent to...
Zdecydowanie porząna lustrzanka ze statywem i namiot bezcieniowy to mój wymarzony prezent :-) A jeśli chodzi o kosmetyki to ich listę znajdziecie w pasku bocznym.

8. Czego najbardziej się boisz?
Śmierci najbliższych, bez których nie byłabym w stanie normalnie funkcjonować, a także możliwości zapadnięcia w depresję i nietolerancji, ale myślę, że mi to nie grozi.

 
9. Jaką masz aktualnie fryzurę?
Odrastające po wystrzępionym bobie włosy z grzywką, którą zapinam spinkami. Ich długość możecie zobaczyć we włosowych aktualizacjach.

 10. Największa wpadka modowa to dla mnie...
Szpilki i domowe skarpetki. A jeśli chodzi o moją wpadkę, to zdecydowanie mini w kratę, rozciągnięte rajstopy, zbyt obcisła kurtka i różowy szalik w połączeniu z czapką w pepitkę :D Na szczęście było to  dawno, jeszcze w początkowych klasach podstawówki.

11. Bubel kosmetyczny jaki ostatnio testowałaś. 
Dezodorant Nivea o zapachu jaśminu bez pozytywnego działania i o nieprzyjemnej woni oraz uczuciu dyskomfortu po użyciu.

Chętnie bym kogoś otagowała, ale ta akcja krąży po blogosferze od dawna i nie mam pojęcia kto nie brał w niej udziału! Skorzystam jednak z okazji, aby życzyć Wam szczęśliwego Nowego Roku!

http://www.mmgrudziadz.pl/artykul/sylwester-2012-w-grudziadzu-sprawdz-gdzie-sa-jeszcze-wolne-miejsca  
 
 Szczęśliwego Nowego Roku!
 

Grudniowe zakupy

Nie tylko koniec roku przynosi chęć podsumowań. Nasuwają je na myśl także ostatnie dni miesiąca, więc tradycyjnie już czas na prezentację zakupów poczynionych w ostatnim miesiącu 2012. Przyznaję, że zaszalałam i to dość mocno - zrobiłam spore zakupy w DM'ie za pośrednictwem Agnieszki, zaopatrzyłam się w wiele włosowych wspomagaczy oraz bardzo małą ilość kosmetyków potrzebnych, bez których nie da się obejść. Przy okazji zmian blogowych wprowadziłam także inne, pielęgnacyjne oraz życiowe. Myślę jednak, że powiem Wam o nich innym razem. Nie przedłużam więc i serdecznie zapraszam do oglądania!



Większość powyższej grupy stanowią łupy świadczące o rozwijaniu się mojego włosomaniactwa. Mamy tu także kilka kosmetyków do ciała, twarzy, paznokci oraz makijażowych. Podzieliłam je więc na mniejsze skupiska, ale po kolei. Zacznijmy od mazideł do pielęgnacji kłaków.



Mamy tu odżywkę Balea Mango & Aloe Vera (0,65€) o pięknym, niezwykle naturalnym zapachu, dwa szampony dla dzieci - BabyLove (1,35€) i BabyDream (3,09zł) o identycznych właściwościach oraz odżywkę Farmona Herbal Care Skrzyp Polny (6,85zł) o niezwykle ziemistej woni. Następnie kultową odżywkę (wcierkę) do włosów i skóry głowy Jantar Farmona (8,95zł), której działanie nie sposób zidentyfikować, masko-odżywkę Kallos Serical Crema Al Latte (20,6zł), wspaniałą następczynię Isany z olejkiem Babassu oraz legendarną szczotkę Tangle Teezer Compact Styler Shaun The Sheep (0zł, wykorzystany kupon iperfumy.pl), z którą próbuję się zaprzyjaźnić. Dalej znajduje się silikonowy olejek na końcówki Balea Professional Oil Repair Haaröl (2,95€) i odżywkę z atomizerem Alverde 2-Phasen-Sprühkur Aloe Vera Hibiskus (2,45€). Wszystkie mam w użyciu i nie robią mi krzywdy, co bardzo mnie cieszy.



Tutaj z kolei znajdziemy dwa kremy do rąk - Essence 24h Hand Protection Balm Winter Edition Caramel Hot Chocolate (0,95€) oraz Oriflame Christmas Suprises Spiced Oranges Scented Hand Cream z wymiany. Niestety oba pod względem zapachu to niewypały. Dalej znajdziemy żele pod prysznic - Sanflore Gelee De Douche Apaisante (0zł, wykorzystany kupon iperfumy.pl) i Balea Young Huttenzauber Dusche (0,85€). Póki co jeszcze nietestowane. Ostatnim produktem w grupie "cielesnej" są Balea 3-Klingen Einwegrasier (1,95€), czyli odkłaczacze w ładnym opakowaniu.


Tutaj mamy różne różności :D Otrzymałam dwie bezpłatne próbki - jedną kremu Ainhoa, drugą z Perfecty. Kupiłam też zachwalany peeling drobnoziarnisty (2zł) wymienionej przed chwilą firmy. Zostało go jeszcze na dwa użycia, ale nie zdradzę opinii. Potrzebny był mi też zmywacz do paznokci (1,69zł), więc capnęłam najtańszy. Przygarnęłam też trzy opakowania balsamu do ust Tisane (8,2zł + 8,5zł + 9,5zł). W tej samej aptece zaopatrzyłam się w olejek rycynowy Apteczka Babuni (1,9zł). Zakupiłam także dwa błyszczyki - Essence Breaking Dawn Part II Lipgloss Alice Had a Vision - Again (1,95€) i Vipera Sweet & Wet 7 (9,5zł). Ostatnim produktem, a właściwie przyrządem jest 4-stopniowa polerka do paznokci Sincler (3,45zł). Miałam ją już kiedyś, ale się wysłużyła i teraz mam nową, gdyż bardzo dobrze mi służy.


Tutaj mamy prezent od Mamy z okazji końca roku :) Nawilżający żel do mycia ciała Ciało Wrażliwe AA z pewnością się przyda, gdy tylko wykończę kilka innych. Rozświetlający błyszczyk do ust 03 Świetlisty Róż niestety nie dołączy do kolekcji mazideł - zawiera mentol, którego moje usta nie tolerują. Jego kolor jest nie najgorszy, ale też niezbyt cudowny - perłowy. Wróci więc do mej Rodzicielki, a jego fundatorki.

Za wszystkie produkty zapłaciłam 174,23zł. Zdaję sobie sprawę z faktu, że nie jest to mała sumka, a kosmetyki niekoniecznie potrzebne, jednak nie żałują ani trochę. Sprawianie sobie prezentów daje mi ogromną radość!

sobota, 29 grudnia 2012

Moje kosmetyczne hity i odkrycia 2012

Czas na końcoworoczne podsumowanie odkryć i hitów mijającego roku. W ciągu 365 dni łatwiej jest wyłonić ulubieńców, przetestować dokładniej i wydać ostateczny werdykt. Oczywiście wiele z nich nie gości obecnie na moich półkach, ale zapadła głęboko w pamięć, a ich recenzje można znaleźć na blogu. Niemniej jednak postaram się pokazać wszystkie hity lub kosmetyki, które bardzo przypadły mi do gustu. Zapraszam!

PAZNOKCIE


 - Essence, Vampire's Love, Into The Dark - wspaniały kolor, łatwa aplikacja, całkowite krycie po pierwszej warstwie, szybkie wysychanie, odkrycie lat 2011/2012.
- Joko, Find Your Color, Coriander Green - idealnie kremowy, krycie po pierwszej warstwie, szybkie wysychanie.
- Miyo, Mini Drops, Provocation - boski odcień niebieskiego, niemal neonowy, krycie po dwóch warstwach, szybkie wysychanie.
- Sensique, Fantasy Glitter, Fireworks - holograficzny fiolet, szybkie schnięcie, łatwa aplikacja.
- Catrice, Out Of Space, Beam Me Scotty! - półmatowy, niejednowymiarowy kolor, łatwa aplikacja, krycie po pierwszej warstwie.
- Essence, Colour & Go, Blue Addicted - cudowny kolor z wieloma dużymi drobinami w odcieniu niebieskości i zieleni, jednak czas wysychania i rozprowadzanie bardzo słabe, mozolne i nieprzyjemne.
- Eveline, Holografic Shine, 407 - holograficzny, niejednoznaczny kolor, szybkie schnięcie, ilość warstw dowolna.
- Delia, Las Vegas, 500 - piękny top ze srebrnymi, zielonymi, niebieskimi, czerwonymi i złotymi drobinkami, szybkie schnięcie.
- China Glaze, Metro, Trendsetter - zielono-musztardowy odcień i maleńkimi flejksami, szybkie schnięcie, bardzo długi pędzelek.
- Basic, Nagellack Nailpolish, 281 - idealna, krwista czerwień, kremowo-żelkowa, szybkie wysychanie i jednowarstwowe krycie.

PIELĘGNACJA WŁOSÓW


- BabyDream, Shampoo - mój ulubiony szampon, niezwykle łagodny, całkiem nieźle się pieni, nie podrażnia.
- Tangle Teezer, Compact Styler, Shaun The Sheep - mój najnowszy przyrząd wspomagający pielęgnację włosów, wspaniale masujący i dobrze rozczesujący kłaki bez wyrywania i plątania.
- Isana, Odżywka wygładzająca z olejkiem Babassu - cudowny, niestety wycofany wygładzacz o pięknym zapachu i śliskiej, dość rzadkiej konsystencji.
- Kallos, Serical, Crema Al Latte - jeszcze lepszy produkt niż wyżej wymieniona Isana, bardzo wygładzający, nadający śliskości i połysku.
- Dabur, Vatika, Coconut Enriched Hair Oil - bardzo przyjemny olej, nadający przy dłuższym użytkowaniu miękkości i nawilżenia, niestety z parafiną na początku składu.
- BabyLove, Mildes Shampoo - nie mogłam zdecydować, czy bardziej lubię ten, czy BabyDream - oba są świetne! DM'owski jest jednak wydajniejszy i lepiej się pieni, poza tym działanie identyczne.
- Alterra, Granat & Aloes, Maska i szampon - zdecydowanie duet roku! Świetnie nawilżają, jednak lepiej nie stosować ich jeden po drugim. 
- Isana, Odżywka 'Połysk jedwabiu' - lekka odżywka o różanym zapachu, bardzo przyjemna do mycia i pierwszego O w OMO, jednak bez wspaniałych właściwości. 


MAKIJAŻ


- Essence, Marble Mania, Blush, Swirlpool - limitowany róż o cudownym kolorze, dający efekt tafli, bez sztuczności, ładnie prezentuje się także na powiekach, niestety przez odłamanie się i oddanie górnej części bardzo trudno się nabiera.
- Joko, Marrakech Dream, Puder brązujący, J261 For Blonde - ogromny (20g!) bronzer, zupełnie bezdrobinkowy, lekki i wyglądający bardzo naturalnie, z przepięknie wytłoczonym wzorem.
- Essence, Vampire's Love, Shimmer Powder, Lil'vampire - objawienie lat 2011/2012, zapewne także na następny rok. Wspaniały, dość jasny odcień i cudowny efekt rozświetlenia maleńkimi drobinkami, niewyczuwalnymi na skórze.
- p2, What's Up? Beach Babe, Sassy Attitude Blush Stick, 010 Berry Glam - kremowy róż w sztyfcie, z drobinkami dającymi efekt tafli. Najlepiej wygląda na ustach, policzkom nadaje zbyt duży połysk.
- Joko, Specially For You, Pędzel do makijażu - bardzo wygodny przyrząd zwłaszcza w podróży, łatwo nabiera i dobrze rozprowadza różnorodne pudry, łatwo się pierze, a włoski wypadają w ilości do maksymalnie trzech na jedno mycie. 
- w7,  Pin Up Lip Balm Slider, Saucy Strawberry - ciekawy błyszczyko-balsam o pomarańczowym odcieniu, nadający ustom pełności i lekkiego koloru. Nawilża bardzo przeciętnie, jednak nie wysusza.
- Essence, Ready For Boarding, 2in1 Kajal Pencil, Destination Sunshine - miękka kredka o bardzo ładnych odcieniach. Waniliowej części używam niemal codziennie na linię wodną. Optycznie otwiera oko i nadaje mu świeżości. Utrzymuje się krótko, ale nie rozmazuje się.  
- Vipera, Sweet & Wet, 7 - lekki błyszczyk w odcieniu nude z holograficznym pyłkiem, podbijający naturalny kolor ust. Ładnie rozświetla wargi i nadaje im pełności oraz świeżości. Ściera się równomiernie, nie pozostawiając brzydkiej obwódki.
- Essence, Wild Craft, Lipstick, Mystic Lilac - miękka, kremowa szminka w kolorze dojrzałej śliwki węgierki. Na ustach wygląda idealnie, efekt przyciemnienia można stopniować. Ściera się równomiernie, nie zostawia obwódki, jednak warto kontrolować 'look'.
- Essence, Breaking Dawn Part II, Lipgloss, Alice Had a Vision - Again - świetny błyszczyk, tworzący zgrabny duet z wyżej wymienioną szminką. Dobrze wygląda również solo. Nie nadaje mocnego koloru, a raczej połysk, rozświetlenie i minimalnie przyciemnienie.
- Avon, Color Trend, Pęseta - porządny usuwacz niepotrzebnych włosków. Wyrywa z cebulką dokładnie, nie tępi się. Ma świetny design i wygodne opakowanie. 
- Essence, Lash & Brow Gel Mascara - żel do dyscyplinowania brwi oraz ich usztywniania. Szczoteczka nabiera niewielką, wystarczającą ilość produktu, a on sam nie skleja włosków.

 PIELĘGNACJA CIAŁA I TWARZY


 - Tisane, Balsam do ust - produkt dobrze działający, nawilżająco-odżywczy, większości znany.
- Original Source, Shower Gel (tu akurat Seasonal Edition - Plum & Maple Syrup) - uwielbiam za nietypowe zapachy, nie najgorszą wydajność, świetny dizajn i porządne działanie.
- Verona, Beauty Nail Club, Odżywka wygładzająco - wybielająca - bardzo dobry produkt. Autentycznie pomaga w wygładzaniu i rozjaśnianiu paznokci. Nie zawiera szkodliwych substancji.
- Asa, Acnefan, Krem do pielęgnacji cery trądzikowej - lekki, minimalnie bielący krem punktowy, wysuszający wypryski. 
- Dax, Perfecta, Oczyszczanie, Peeling drobnoziarnisty - nowe odkrycie, póki co mogę pochwalić za przyjemne i dość skuteczne ścieranie.

Jak widać w moich hitach nie niczego nowego. Większość znacie od dawna, inne krócej, ale nie są Wam obce. Lista odkryć jest niewielka, ale powstała i to bardzo mnie cieszy.
 

piątek, 28 grudnia 2012

Grudniowe zużycia

Zużycia z grudnia straszą swą dotychczas niemożliwą znikomością. Nie przypominam sobie nawet, aby w przeciągu roku pojawiło się tak niewielkie denko.  Nie mam pojęcia, dlaczego wyszło akurat tak, ponieważ używałam wielu produktów, także kończących się, ale mimo to do śmietnika poleciało jedynie kilka pustych opakowań. W porównaniu z choćby listopadowymi zużyciami obecne wypada naprawdę słabo. Myślę jednak, że nie ma co rozpaczać - w końcu idzie nowy rok, który zamierzam wykorzystać do granic możliwości. Poniżej przedstawiam Wam bohaterów dzisiejszego postu.

   
BabyDream, Shampoo - bardzo porządny kosmetyk, świetnie domywa włosy z olei,
żelatyny i zanieczyszczeń. Nie wysusza i nie powoduje łupieżu ani innych niespodzianek. Obecnie został zastąpiony podobnym specyfikiem - szamponem BabyLove.

Farmona, Herbal Care, Lniana odżywka do włosów - całkiem niezła, aczkolwiek dość zwyczajna. Lekko nawilżała, nakładana po umyciu i pozostawiona bez spłukiwania nie obciążała. Na plus całkowity brak parabenów i silikonów. 

Joanna, Naturia, Olejek do kąpieli i pod prysznic, Kawa i śmietanka - przyjemna odmiana od tradycyjnych żeli. Efekty po umyciu niezaskakujące, nieprzesuszona, ale też nienawilżona skóra. Bardzo rzadka konsystencja spowodowała szybkie zużycie. Zapach ładny, choć minimalnie chemiczny.

Body Club, Fizzing Bath Bomb, Ginger & Lemon - jedynymi plusami, jakie zauważyłam był piękny zapach i lekkie musowanie. Kula rozgrzała, ale podrażniła - skóra mocno piekła i była zaczerwieniona.
Goldwell, Dual Senses, Ultra Volume, Gel-Conditioner - zero regeneracji, bomba silikonowa.

Cetaphil, MD Dermoprotektor - bardzo dobry, niezłe nawilżenie, brak podrażnień, spore wygładzenie.

Nivea, Krem nawilżający na dzień, Q10 Plus - zużyłam na szyję i dekolt. Szybko się wchłonął, lekko napiął skórę, nie podrażnił.

Avon, Little Black Dress EDP - duszący, bardzo elegancki zapach. Trwałość dość dobra.      


                                                                                       
Rival de Loop, Krem nawilżający z efektem matującym - mój ulubiony, choć ostatnio niedostępny. Ładnie nawilża i długotrwale matuje. Ponadto szybko się wchłania i nie zapycha.

BingoSpa, Palmowy balsam do dłoni z zieloną herbatą - miał piękny, lekko cukierkowy zapach. Nawilżał słabo, niewystarczająco. Wchłaniał się bardzo szybko. Wydaje mi się, że spowodował atak krostek na dłoniach.

H&M, Disney, Vanilla Lipgloss - wazelinowy błyszczyk bez pozytywnych właściwości. Utrzymywał się kilkanaście minut, a nałożony w zbyt dużej ilości zbierał między wargami. Na plus piękny, waniliowy, bardzo słodki zapach.

Tisane, Balsam do ust - zużyłam aż trzy opakowania. Dobrze nawilża ust i chroni przez zimnem. Wszystkie obietnice producenta zostały spełnione, co bardzo mnie cieszy.                                                                                                                                                   
..
Wprowadziłam wiele zmian na blogu i  mam nadzieję, że nowy styl notatek i całej strony przypadnie Wam do gustu. 

czwartek, 27 grudnia 2012

Poświąteczna dawka homoru, czyli wyszukiwania vol. IV

Ostatnie śmieszne wyszukiwania pokazywałam dwa miesiące temu, co oznacza, że czas na kolejną porcję. Dzisiaj zaserwuję ich mniej niż zwykle, bo tylko kilka, ale należących do rozbawiających w leniwy dzień, także serdecznie zapraszam!


co zrobić z pudełka po butach
 myślę, że opakowanie na prezent jest dobrym pomysłem!

białe suche szorstkie plamy na rece
 rzeczywiście nieprzyjemny problem

gruba dada
 wypraszam sobie! nie dość, że gruba, to jeszcze dada? phi
szampon dla dzieci biały z krokodylem 
 mam nadzieję, że ten krokodyl nie znajduje się wewnątrz opakowania

białe plamki na dekoldzie dobry krem
 ciekawe efekty daje ten krem, serio

dziurki na paznokciach czego brak?
 nie mam pojęcia, wybacz

brzydkie brwi
 ej no, moje nie są takie znowu złe

co myślicie o perłowa pomadka nivea
 całkiem niezła, choć nie w kwestiach pielęgnacyjnych

coś zamiast antyperspirantu domowego
 polecam antyperspirant pozadomowy!

bita śmietana na ciele
prosiłabym o niekojarzenie mnie z popularnym śmietankowym księdzem

Jak widać haseł jest niewiele, ale są całkiem śmieszne, przynajmniej w moim mniemaniu. 

środa, 26 grudnia 2012

Kto ukradł zapach? Przyznać się! Essence 24h Hand Protection Balm Winter Edition Caramel Hot Chocolate

Firmę Essence znam już od ponad roku i darzę wielkim uwielbieniem, jednak do tej pory nie miałam żadnego pielęgnacyjnego produktu od nich. Zmieniło się to po zrobieniu zakupów w DM'ie przez Agnieszkę. O jakim kosmetyku mowa? O Essence 24h Hand Protection Balm Winter Edition Caramel Hot Chocolate, który stosuję już dwa tygodnie. Daje mi to możliwość ocenienia kremu w pełni, gdyż moja opinia z pewnością już się nie zmieni. 


Krem ma tradycyjne opakowanie w formie tuby stojącej na głowie, która daje możliwość wykorzystania produktu do końca. Wykonana ze średnio miękkiego plastiku pozwala na wygodne użytkowanie. Brzegi opakowania nie popękały, co zdarzało mi się przy innych mazidłach np. z Anidy. Zakończona nakrętką na "klik", swoją drogą stabilną, otwiera się bezproblemowo. Otwór, przez który wydobywa się krem jest niewielki, ale spełnia swą rolę znakomicie. Jedynym minusem jest fakt, że resztki produktu osadzają się wokół niego.

Na tubie nie znajdziemy żadnych, nawet najmniejszych naklejek. Wszelkie informacje zostały nadrukowane i tworzą przejrzystą całość. Działanie oraz zapach opisano w trzech językach, zamieszczona także skład. Można się dowiedzieć, że krem został wyprodukowany w Polsce. Szata graficzna bardzo przyjemna, z kuszącym motywem gorącej czekolady z karmelem. Opakowanie utrzymano w odcieniach brązu i pomarańczu, co bardzo przypadło mi do gustu.


Krem jest bardzo gęsty, jednak rozprowadza się znakomicie. Nie wypływa z opakowanie samoistnie, a po naciśnięciu dostajemy niewielką porcję. Szybko się wchłania, od razu można wrócić do obowiązków. Nie pozostawia na dłoniach żadnego wyczuwalnego filmu. Z racji swojej konsystencji jest bardzo wydajny.

Niestety zapach to strzał w stopę. Oczekiwałam woni karmelu lub gorącego mleka skondensowanego, tak dobrze wyczuwalnego przed Świętami w połączeniu z kubkiem czekolady. Szkoda, że były to tylko moje wyobrażenia. W rzeczywistości produkt pachnie lekko i nie tym, co zasugerował producent.  Czuć kwaskowatą woń z połączeniu z bardzo niewyraźnymi, nikłymi przebłyskami czekolady. Nie utrzymuje się na skórze. Żałuję, że nie jest to mój wymarzony zapach, ale właściwości mi to wynagradzają.

 
Działanie kremu mogę określić jako naprawdę dobre. Przyjemnie odżywia wysuszoną skórę dłoni i pomaga się jej zregenerować. Daje też zauważalny efekt wygładzenia. Po użyciu ręce są miękkie. Przy regularnym stosowaniu nawilżenie i inne wymienione efekty utrzymują się bardzo długo. Ponadto nie odnotowałam podrażnień, świądu ani pieczenia w miejscach, gdzie skóra została skaleczona podczas świątecznych porządków.

Opakowanie - 9 - tradycyjne, średnio miękkie, nieprzezroczyste, z niewielkim otworem wylotowym, o ładnej szacie graficznej. Konsystencja - 10 - bardzo gęsta, dobrze się rozprowadza, szybko wchłania, nie pozostawia filmu. Zapach - 2 - lekki, niekojarzący się ze słodyczami, kwaskowaty. Działanie - 9 - nawilża, odżywia, regeneruje wysuszoną skórę. Ocena ogólna - 9/10. Bardzo porządny krem w sam raz na zimę!

wtorek, 25 grudnia 2012

Merry Christmas!

Piszę do Was z nadzieją, że spędzacie Święta w rodzinnym gronie, przy pięknych zapach i oszałamiających prezentach. Chciałabym, aby atmosfera Bożego Narodzenia nie opuściła ani Was, ani mnie przez cały rok, więc składam życzenia tutaj, na łamach bloga.

Życzę Wam, kochane dziewczyny, wszystkiego najlepszego!
Dużo zdrowia, miłości, znalezienia sensu życia lub pracy,
abyście miały siłę i - rzecz jasna - pieniądze na spełnianie swoich marzeń.
Życzę Wam tylu kosmetyków, ile tylko możecie sobie wyobrazić,
wygranych w rozdaniach, mocy uczciwych współprac, 
wymian, zużyć i zakupów, 
oraz co najważniejsze - zapału do pracy!

  źródło                                                   
 Mam nadzieję, że po Świętach wrócicie z naładowanymi akumulatorami i zapałem do pracy!

niedziela, 23 grudnia 2012

Dziecinnie proste oczyszczanie, czyli BabyLove Mildes Shampoo

Całkiem niedawno, bo dokładnie dziesięć dni temu dotarła do mnie paczka z niemieckimi zakupami, w której znajdował się także BabyLove Mildes Shampoo, czyli bohater dzisiejszego posta. Użycie go pięć razy zdecydowanie wystarczyło mi na wystawienie ostatecznej oceny i pełnej recenzji, na którą szczerze zapraszam.


Opakowanie zawiera 250ml szamponu. Jest nieprzezroczyste, ale pod światło da się zobaczyć poziom zużycia. Należy do wygodnych, chociaż nie ma wcięcia jak jego Rossmannowski brat BabyDream oraz jest twardsze, jednak tak samo porządne. Nakrętka na klik otwiera się łatwo, na szczęście niesamoistnie. Używanie nie grozi połamaniem paznokci. Pod klapką kryje się niewielki otwór, który dobrze radzi sobie z dozowaniem produktu.

Na butelce znajdują się dwie średniej wielkości naklejki. Wykonane z papieru i świetnie przyklejone nie odklejają się. Nie widać też pęcherzyków ani zacieków. Szata graficzna przypadła mi do gustu, choć nie należy do najpiękniejszych wytworów. Wizerunek zadowolonego dziecka zdecydowanie zachęca do użycia. Ponadto zamieszczono wszelkie potrzebne informacje, takie jak działanie, skład, datę ważności oraz przeznaczenie.


Szampon ma konsystencję podobną do BabyDream'a, ale jeszcze  rzadszą i bardziej lejącą. Przecieka przez palce, a przy zbyt mocnym naciśnięciu na opakowanie wydobywa się zbyt duża ilość produktu. Mimo tej małej wady sprawdza się bardzo dobrze. Pieni się lepiej niż wspomniany wyżej kolega, a także szybciej. Wypłukuje się bardzo łatwo, nie zostaje przy skórze.

Pachnie lekko i rumiankowo, typowo dla szamponów dziecięcych. Zapach ten jest delikatny i wyczuwalny tylko podczas mycia. Po spłukaniu całkowicie ulatnia się z włosów. Należy do przyjemnych, ale nie tych, które można wąchać godzinami i zachwycać się. Należy wspomnieć, że nie jest to woń drażniąca czy sztuczna, mimo iż zawiera substancję zapachową na ostatnim miejscu w składzie.


Szampon spełnia swoją rolę znakomicie. Doskonale oczyszcza włosy z kurzu i sebum. Dokładnie zmywa oleje - zarówno bezsilikonowe, jak i te do zabezpieczania końcówek. Nie pozostawia na nich ani grama tłuszczu. Nie wysusza kosmyków, nie podrażnia skóry głowy. Nie powoduje wypadania, nie przyspiesza przetłuszczania. Dzięki zawartości rumianku łagodzi podrażnienia. W porównaniu z BabyDream'em nie plącze kłaków.

Opakowanie - 9 - dość ładne, poręczne, nieprzezroczyste, z łatwą w obsłudze nakrętką. Konsystencja - 6 - bardzo płynna i rzadka, lejąca, przecieka przez palce, ale tworzy dużą pianę. Zapach - 9 - lekki, dziecięcy, przyjemny, nieduszący. Działanie - 10 - porządnie oczyszcza, zmywa oleje i silikony, nie wysusza i nie podrażnia. Ocena ogólna - 9/10. Naprawdę dobry szampon o zbyt rzadkiej konsystencji oraz niedostępny w Polsce. Poza tym nie mam mu nic do zarzucenia.

sobota, 22 grudnia 2012

Moje pierwsze rozdanie! ZAMKNIĘTE/ZAKOŃCZONE

Postanowiłam nie czekać do Nowego Roku i zrobić rozdanie już dziś! Chcę nagrodzić Was za poświęcenie i zapał, z jakim prowadzicie własne blogi i wspieracie mój. Nie znam innego sposobu, aby podziękować, więc zapraszam do wzięcia udziału w konkursie. Nagrody są dość skromne, ale - mam nadzieję - kuszące. Wszelkie informacje na ten temat poniżej.


Rozdanie dzieli się dwie nagrody - główną oraz pocieszenia. Pierwsza z nich zawiera kosmetyki pożądane i z dodatkiem kolorówki, druga - pielęgnacyjne. Zasady oraz bliższe ujęcia poniżej.

Nagroda główna


BingoSpa, Maska do twarzy ze 100% olejem sojowym
Balea, Young, Dusche, Huttenzauber
Essence, Like a First Day In Spring, Eau de toilette 10ml
My Secret, Nail Polish, 148 Mint
Essence, Home Sweet Home, Volume & Gloss Lip Maximizer, 01 Mugs & Kisses
Avene, Hydrance Optimale Legere, Krem nawilżający - próbka 2ml

Nagroda pocieszenia


Ziaja, SopotSun, Krem "Cera fotowrażliwa" SPF 25
Andia, Krem do rąk, Glicerynowo - cytrynowy
Kallos, Serical, Crema Al Latte, Odżywka do włosów - odlewka 100ml
Lovely, Liquid Lip Balm, Smoothes, heals and protects your lips
Sudomax, Krem hipoalergiczny - próbka
Ziaja, Maseczka oczyszczająca
Vichy, Normaderm, Krem do twarzy - próbka  

Warunki wzięcia udziału w rozdaniu:
1. Musisz być publicznym obserwatorem bloga Hikki Beauty (warunek konieczny).
2. Możesz wkleić pierwsze zdjęcie z posta w pasek boczny (warunek niekonieczny).
3. Możesz dodać mój blog do blogrolla (warunek niekonieczny).
4. Możesz napisać notatkę na temat rozdania - oddzielną lub przy okazji innego posta (warunek niekonieczny).
5. Możesz odpowiedzieć na poniższe pytanie (warunek niekonieczny).

Co lubisz w moim blogu, a co Ci przeszkadza?

Regulamin konkursu:
 
1. Rozdanie trwa od 22.12.2012 do 22.01.2013 do godziny 23.59, czyli dokładnie miesiąc.

2. Organizatorem rozdania jestem ja.

3. Fundatorem nagród jestem ja oraz poniekąd firmy, które udostępniły mi produkty do testów.
4. Zgłoszenia mogą wysyłać tylko publiczni obserwatorzy tego bloga. Osoby niepełnoletnie muszą posiadać zgodę rodziców/prawnych opiekunów.
5. Zwycięzcy zostaną wyłonieni za pomocą maszyny losującej.
6.  Zwycięzcę ogłoszę do 7 dni od zakończenia zabawy, następnie będzie on miał 3 dni na skontaktowanie się ze mną.
7.  Zgłaszając chęć udziału w rozdaniu akceptujesz warunki tego Regulaminu i wyrażasz zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą o Ochronie Danych Osobowych (Dz.U.Nr.133 pozycja 883). 10. Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).
8. Blogi typowo rozdaniowe nie mogą brać udziału w konkursie.
 .
Zgłoszenie:
Obserwuję jako:
Adres e-mail:
Baner w pasku bocznym: tak (link do bloga)/nie
Notatka o rozdaniu: tak (link do posta)/nie
Blogroll: tak (link do bloga)/nie
Odpowiadam na pytanie: tak/nie    
Odpowiedź na pytanie: Co lubisz w moim blogu, a co Ci przeszkadza? 
.
Mam nadzieję, że nagrody się podobają. Zachęcam do udziału! 

czwartek, 20 grudnia 2012

Wiadro mleka na głowę wyleję, wtedy całkiem się rozpromienię. Kallos Serical Crema Al Latte

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją produktu, znany przez większość włosomaniaczek. Mowa o kremie pielęgnującym Kallos Serical Crema Al Latte, który zawitał w moich skromnych progach kilka tygodni temu i całkowicie skradł moje serce. Powodów ku temu jest jednak zbyt wiele, aby mówić o nich na wstępie, więc zapraszam Was na pełną recenzję prawdziwego kolosa nazywanego też Latte Hair Mask!
 

Produkt zapakowany jest w gigantyczne opakowanie o pojemności jednego litra. Wykona z dość miękkiego plastiku sprawuje się nadzwyczaj dobrze - stabilnie stoi na wielkim dnie, ale jest średnio poręczne. Stosuję go więc stawiając na półce i wyjmując porcję. Oczywiście nie trzymam wiaderka w dłoniach, gdyż mogłoby to grozić upadkiem. Nakrętka jest idealnie dopasowana, nie wpuszcza powietrza do wnętrza opakowania. Łatwo się odkręca, lecz nie samoistnie. Plastik, z którego wykonano pudło należy do cienkich, ale bardzo porządnych.

Na opakowaniu znajdujemy trzy naklejki, w tym dwie o sporych rozmiarach. Trzymają się dobrze, jednak gdzieniegdzie zdarła się wierzchnia (niebieska) warstwa papieru, odsłaniając biel. Szata graficzna jest całkiem w porządku, na przedniej niewiele treści, z tyłu - bardzo dużo. Informacje w języku polskim zawarto na maleńkiej, łatwo rozmaczającej się nalepce. Podano skład i działanie, a więc nie mam zastrzeżeń co do treści.

 
Konsystencja produktu jest bardzo przyjemna - śliska pomimo braku silikonów, gęsta. Łatwo nabiera się na dłoń i jeszcze prościej aplikuje. Rozprowadza się błyskawicznie, wprost idealnie nakłada na każdy kosmyk z rzędu. Nie spływa, świetnie się spłukuje, bez żadnych problemów. Wymywa się całkowicie, nie skleja włosów pozostałościami.

Zapach jest wprost obłędny! Maskę czuć waniliowym budyniem, ale po chwili wyłania się z tego lekko chemiczna nuta. Nie jest nieprzyjemna, ale wyczuwalna. Całość da się wywąchać nie tylko podczas aplikacji, ale również po zmyciu produktu z włosów. Oczywiście wtedy woń jest dużo lżejsza i delikatna, mimo to nadal przyjemna. Biorąc pod uwagę fakt mojego uwielbienia dla wanilii można wyciągnąć prosty wniosek - pokochałam zapach mlecznego Kallosa!


Działanie maski jest wprost wspaniałe! Idealnie wygładza włosy, nadając im sypkości i śliskości. Ogranicza puszenie w kilkudziesięciu procentach, co jest naprawdę dobrym wynikiem. Ponadto po użyciu moje kłaki błyszczą jak szalone, są bardzo miękkie, sprężyste i elastyczne. Nie zauważyłam najmniejszego obciążenia po nałożeniu nawet na godzinę. Na plus brak silikonów.

Opakowanie - 10 - ogromne, litrowe, dość wygodne, przeciętnie urodziwe, miękkie. Konsystencja - 10 - śliska, przyjemna, łatwo się rozprowadza i spłukuje. Zapach - 9 - wspaniały, waniliowy z nutką chemii, ale nadal cudowny. Działanie - 10 - idealne wygładzenie, nadanie śliskości i miękkości. Ocena ogólna - 10/10! Tania (15 - 21zł) odżywko - maska o świetnym działaniu i bez silikonów.  Szczerze polecam!   

środa, 19 grudnia 2012

Blask wampira, co w słońcu się wygina. Essence Vamipre's Love Shimmer Powder 01 Lil' Vampire

Całkiem niedawno ukazała się edycja limitowana Essence, zapowiadająca ostatni film sagi Zmierzch. Podobnie było rok temu, kiedy to dopiero zaczynałam przygodę z produktami tejże firmy. Udało mi się wtedy upolować puder rozświetlający w odcieniu 01 Lil' Vampire, który pokochałam od pierwszego użycia i moje uczucia nie zmieniły się przez te dwanaście miesięcy. Jeśli jesteście ciekawe opinii na temat ulubionego kosmetyku, to zapraszam do do przeczytania dzisiejszej notatki :-)


Puder o objętości 8,5g zamknięto w bardzo porządnym opakowaniu wykonanym z twardego, odpornego i przezroczystego plastiku. Nie otwiera się samoistnie, jednak z łatwością otworzymy je bez łamania paznokci. Rozświetlacz przymocowany jest to dna naprawdę mocno i mimo upadków nie odkleił się, a plastik nie doznał żadnej szkody. Klapka, która w kosmetykach typu pielęgnacyjnego nazwana byłaby nakrętką, przylega idealnie, nie ma żadnych nieróności.

Na opakowaniu znajdują się dwie naklejki, obie papierowe, ale znacząco różniące się jakością. Jedna z nich, zawierająca polskie informacje, zadziera się i brudzi. Druga natomiast nie doznaje żadnych uszczerbków i wygląda dokładnie tak, jak rok temu. Szata graficzna całego pudełeczka jest bardzo w porządku, gdyż zawiera tylko kilka napisów. Nietandetnie nadrukowane litery sprawiają wrażenie eleganckich.


Rozświetlacz jest bardzo przyjemny w użyciu i z łatwością nabiera się na pędzel, a ten nie pozostawia na nim dziurek. Minimalnie pyli, co jednak jest na tyle znikome, że prawie niezauważalne. Aplikacja nie sprawia problemów, puder ląduje dokładnie w wybranym przez nas miejscu.  Nie kruszy się, szybko rozprowadza, nie robi plam. Nie roluje się ani nie znika razem z kremem. Zazwyczaj używam go na dekolt i ramiona, gdyż nie podoba mi się efekt na twarzy.

Zapach produktu jest delikatny, ale bardzo przyjemny. Kojarzy się z białymi liliami, jednak ledwo wyczuwalnymi. W żadnym stopniu nie przypomina duszącego smrodku wychodzącego z babcinych puderniczek. 

Kolor pudru bardzo przypadł mi do gustu. Jest to dość jasny, ciepły  beż z masą mikroskopijnych drobinek w kolorze złotym. Na szczęście nie przypominają one wielkich grud brokatu dającego jarmarczny efekt. Pyłek w nim zawarty subtelnie, ale widocznie rozświetla ciało, nadając mu promienności.

   
Puder nadaje skórze zdrowego wyglądu i niweluje oznaki zmęczenia. Nałożony nie jest w żaden sposób wyczuwalny, mimo że po pewnym czasie drobinki zaczynają minimalnie migrować. Na moje ciało działa obojętnie - nie zauważyłam podrażnień ani wysuszenia. Ponadto nałożony w kącikach oczu przydaje kuszącego blasku.

Opakowanie - 10 - porządne, z niewielką ilością nieścierających się napisów i idealnie przylegającą nakrętką. Konsystencja - 9 - łatwo nabiera się na pędzel, prawie w ogólnie nie pyli, nie zbija się w grudki. Zapach - 9 - lekki, liliowy, przyjemny, nieduszący. Kolor - 9 - jasny bez z milinami mikroskopijnych, złotych drobinek. Działanie - 9 - rozpromienia ciało, niweluje zmęczenie. Ocena ogólna - 9/10. Świetny, wydajny rozświetlacz świetnie spełniający swoją rolę.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Paczko, paczuszko, ja Ciebie dziewuszko całować chcę! Zakupy z iperfumy.pl

Jakiś czas temu napisała do mnie pani Martyna z propozycją współpracy, która miała polegać na zrecenzowaniu produktu, który dostępny jest na iperfumy.pl, ale jeszcze nieopisany na blogu. Chcę jednak zaznaczyć, że nie zostałam zmuszona do napisania pozytywnych recenzji. W zamian za  efekty mojej pracy otrzymałam kupon o wartości 110zł do wykorzystania w wyżej wymienionym sklepie. Nie mogłam nie skorzystać z okazji, toteż jak najszybciej złożyłam zamówienie i przedstawiam Wam zawartość dzisiaj odebranej paczki.


Zamówienie złożyłam 12.12.12, a następnego dnia paczka została spakowana i nadana. Jej droga z Legnicy trwała pięć dni, jeśli wliczymy 13 grudnia. Dostałam także numer przesyłki, dzięki czemu mogłam śledzić trasę, którą przebyła. Ponadto dzisiaj zostałam poinformowana drogą telefoniczną o znalezieniu się paczki w mojej miejscowości. Kurier dzwonił trzy razy, aby upewnić się o miejscu zamieszkania. Dostałam pokwitowanie, a paczka była dobrze zabezpieczona. W środku oprócz zamówionych produktów znalazł się także rachunek.

Przejdźmy jednak do meritum sprawy, czyli zawartości przesyłki. Zamówiłam polecaną przez włosomaniaczki szczotę TT w wersji kompaktowej, ekologiczny żel pod prysznic oraz próbkę kremu do twarzy.

 Tangle Teezer, Compact Styler, Shaun the Sheep - 51,65zł
Sanflore, Gelee De Douche Apaisante - 48,03zł
 Ainhoa Luxe Cellular Complex Hydro-Nutritive Cream with Caviar Extract - próbka - 0,00zł


Muszę przyznać, że nie zdecydowałabym się na zakup Tangle Teezera czy żelu Sanflore bez kuponu. Ceny wprawdzie nie są najwyższe, ale szczerze mówiąc byłoby mi szkoda wydanych groszy, gdyby produkty się nie sprawdziły. Dzięki bonowi zapłaciłam 20,58zł za przesyłkę, co daje bardzo znośną kwotę, po której straceniu nie zbiednieję ;)


Kolejny żel pod prysznic w ciągu ostatnich kilkudziesięciu dni. Obecnie mam ich aż sześć, z czego trzy w użyciu. Mimo to jestem pewna, że się nie zmarnuje, bo kosmetyki tego typu idą u mnie jak woda, a więc przyda się koło początku marca. Ponadto jest ekologiczny i w dużej, mieszczącej 400ml butelce z pompką posiadającą blokadę.


O słynnym TT marzyłam od dawna, a już szczególnie o tej wersji. Kompakt bardzo mi się przyda zarówno w domu, jak i w podróży. Posiada ergonomiczny kształt, nakładkę chroniącą "kolce" oraz naprawdę dobrze wyglądający, dokładny motyw Baranka Shaun'a! Mam nadzieję, że wkrótce dołączę do zachwycających się szczotą blogerek!

Próbka kremu Ainhoa na pewno się przyda do wysmarowania dekoltu i szyi. Nigdy nie słyszałam o tej marce, czas więc ją poznać. 

Współpraca ze sklepem w żaden sposób nie wpłynęła na mój stosunek do produktów, sposobu doręczania oraz kwoty, którą musiałam zapłacić.

Macie któryś z wymienionych produktów? Jaka jest Wasza opinia na jego temat?