Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do twarzy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 lutego 2014

Weteran w pielęgnacji twarzy / Acnefan Krem do pielęgnacji cery trądzikowej

Acnefan jest jednym z dwóch kosmetyków (drugim jest Tisane w słoiczku), które kupuję ponownie, gdy tylko skończy mi się jedno opakowanie. Dla mnie nie ma lepszego kremu, jak ten do pielęgnacji cery trądzikowej od Asa. Używam go niezmiennie od półtora roku i nie zamienię na żaden inny. Zacznę może jednak od początku, coby się nie pogubić w bałaganie. Krem umieszczono w miękkiej, plastikowej tubie o pojemności 25ml, nieprzezroczystej, jednak nie sprawia mi to problemu podczas użytkowania. Kosmetyk łatwo wycisnąć, nie jest ani za gęsty, ani za rzadki. Konsystencja jest lekka, trochę tępa, aplikuje się w porządku, chociaż należy wypracować sobie technikę, gdyż trochę zasycha i należy go szybko rozsmarować po skórze, a następnie wklepać, aby nie pozostały smugi ani nie powstał efekt maski. Krem błyskawicznie stapia się ze skórą. Kolor produktu jest biały, przez co optycznie rozjaśnia skórę. Nie zawiera pigmentów poprawiających wygląd cery, nie jest tonujący. Idealnie i na długo matuje, na szczęście nie jest to płaski, "plastikowy" mat. Wygładza, zmiękcza i przyspiesza gojenie wyprysków, a także ogranicza ich ilość, łagodzi podrażnienia. Nie nawilża, może minimalnie wysuszać. Dla mnie to produkt idealny, nie ma nic lepszego i nawet nie szukam zamiennika.


Produkt dostępny w aptekach w cenie ok. 15zł. Jest dość wydajny, jedno opakowanie wystarcza mi na około półtora miesiąca. Polecam, krzywdy zrobić nie powinien, jest naprawdę łagodny :)


Czy któraś z Was go zna? :)

czwartek, 14 listopada 2013

Czy naprawdę musisz mnie tak ranić? Sylveco Lekki krem nagietkowy

Niedawno na urodowych blogach trwał, a może i nadal trwa szał na kosmetyki marki Sylveco. Nie ukrywam, że słysząc, iż u dziewczyn sprawdził się znakomicie, a na Wizażu posiada ocenę 4.19/5, dałam się porwać. Polowałam na niego długo, lecz niestrudzenie, a że ciężko było mi wydać na niego około trzydzieści złotych, zaczekałam i ostatecznie ponad miesiąc temu udało mi się kupić go za całe dwanaście polskich złotówek. Zacznę może od spraw technicznych, coby nie przedłużać już wstępu. Krem dostajemy zapakowany w kartonik, w którym mieści się walcowata buteleczka o pojemności 50ml. Zamiast tradycyjnej nakrętki mamy plastikową osłonkę, skrywającą pompkę. Opakowanie jest typu air - less, najbardziej higieniczne z możliwych, za co oczywiście ogromny plus. Pompka nie zacina się, całość jest stabilna, wytrzymała, a do tego ładnie wygląda na półce. Naciśnięcie pompki do końca serwuje nam odpowiednią ilość, aby pokryć  całą twarz. Konsystencja kremu jest lekka i puszysta, dobrze się rozsmarowuje i szybko wchłania. Pozostawia delikatny, satynowy film, na szczęście nie tłustość ani tępy mat. Zapachu zidentyfikować nie potrafię, jest delikatny i przyjemny. Produkt świetnie nawilża i odżywia skórę w niedługim czasie, nadając jej zdrowego kolorytu. W tym momencie proszę o zdjęcie z nosa różowych okularów.  Owszem, krem jest cudowny, ale do czasu. U mnie już po kilku dniach spowodował pojawienie się większej liczby wyprysków. Postanowiłam jednak stosować go przez miesiąc, aby sprawdzić, czy skóra się uspokoi. Cera wróciła do normalnego stanu, jednak dwa razy zaatakowała mnie armia nieprzyjaciół, a przedwczoraj moje czoło pokrył ogromny wysyp maleńkich, lekko zaczerwienionych krostek z płynem w środku. Na policzkach również zauważyłam kilka wyprysków. Nie muszę chyba wspominać, że mojej skórze do gładkości bardzo daleko. Nie używam poza nim niczego oprócz Acnefanu, który działa kojąco, przeciwbakteryjnie i nigdy nie zrobił mi krzywdy, a stosuję go od ponad roku. Krem oddałam mamie, zobaczymy, jak zadziała u niej. Mi został po nim ogromny niesmak i rozczarowanie, więcej po niego nie sięgnę. Myślę, że trudno będzie mi się skusić na inne mazidła tej marki.

Skład: Aqua, Vitis Vinifera Seed Oil, Glycine Soja Oil, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Fruit, Glyceryl Stearate, Argania Spinosa Kernel Oil, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Benzyl Alcohol, Betulin, Tocopheryl Acetate, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Allantoin, Xanthan Gum, Dehydroacetic Acid, Calendula Officinalis Flower Extract, Saponaria Officinalis Root Extract, Lupeol, Oleanolic Acid, Betulinic Acid.

Oczekiwałam, że znajdę świetny nawilżacz, co zresztą jest prawdą. Szkoda, że po kilku dniach powoduje takie ekscesy. 

Znacie kremy Sylveco? Jak sprawdziły się u Was? 

piątek, 18 października 2013

Bywało lepiej - Garnier Hydra Adapt Cera sucha i bardzo sucha Odżywczy krem - balsam 24h Nawilżenia

Jako posiadaczka cery tłustej w kierunku mieszanej nie myślałam nawet, że może przytrafić mi się wysuszenie i bolesne ściągnięcie skóry. Niestety, dopadło mnie ono w lipcu, a wybawieniem miał być Garnier Hydra Adapt Cera sucha i bardzo sucha Odżywczy krem - balsam 24h Nawilżenia, szeroko reklamowana wtedy nowość. Dałam się skusić, bo jakby to było, gdybym nie uległa. Bardzo spodobał mi się fakt, że produkt dostajemy w kartoniku opatrzonym mnóstwem informacji, w którym znajduje się tubka. Opakowanie dość tradycyjne, średnio miękkie, urocze pod względem koloru. Krem wydobywa się w miarę bezproblemowo, dopóki jest go więcej niż połowa. Później jest trochę trudniej, ale nadal znośnie. Sam krem jest bardzo gęsty, łatwo rozprowadza się po twarzy. Nie jest tłusty, ale pozostawia na skórze otulającą powłoczkę, który niestety mi przeszkadza. W sumie trudno mi stwierdzić jak długo się wchłania. Zapach przypadł mi do gustu, jak dla nie z lekka melonowy. Co do działania - po kilku dniach codziennej aplikacji zaczęłam wyczuwać lekkie nawilżenie, zbyt małe jednak dla mojej przesuszonej w tym okresie skóry. Mogłabym to jeszcze przeboleć, jednak nie mogłam pozostać obojętna na - żeby to ładnie ująć - kataklizm, jaki rozpętał się na mojej twarzy. Pojawiły się podskórne grudki, ropne krostki i bolące gule. Krem zwyczajnie mnie zapchał, dodatkowo szczypał po nałożeniu na podrażnione miejsca, a miał przecież koić.    



Z jednej strony cieszę się, że go kupiłam, ponieważ czuję, że jeśli bym tego nie zrobiła, to kusiłby mnie nadal. Z drugiej, żałuję, że się nie sprawdził bo pokładałam w nim spore nadzieje. Na szczęście w porę zorientowałam się, że grudki i inne niespodzianki to wina tego kremu, i po około tygodniu stosowania go odstawiłam.


Znacie kremy Garniera z serii Hydra Adapt? Co o nich sądzicie?

poniedziałek, 16 września 2013

Dobry smalec. BabyDream Sonnencreme LSF 50+

Należę do osób, które naprawdę nie lubią się opalać. Lekko przybrązowione ciało mi nie przeszkadza, ale mojej opalonej twarzy nie zniosę. Nie tylko dlatego, ale też ze względów zdrowotnych, coby nie doznać poparzeń słonecznych zakupiłam BabyDream Sonnencreme LSF 50+. Filtra zaczęłam używać już w kwietniu, kiedy słońce zaczęło przygrzewać i przez te cztery - pięć miesięcy zdążyłam wyrobić sobie opinię o nim. Ogólnie go polubiłam, jednak ma parę wad, które bardzo mi przeszkadzają w używaniu i noszeniu na skórze. Krem zapakowano do miękkiej tuby o pojemności 75ml. Przy jego wydajności taka ilość wystarczy mi na całą wieczność! Produkt wydobywa się bardzo łatwo, wystarczy bardzo delikatnie przycisnąć i wypływa o wiele za dużo. Nakrętka z klikającą klapką jak najbardziej na plus. Konsystencja kremu jest dość gęsta, ale lejąca. Rozprowadza się dość dobrze, nie pozostawia smug, ale trochę bieli i zdarzało mi się zauważyć granicę pomiędzy nieposmarowaną skórą a fragmentem z kremem. Do nasmarowania całej twarzy potrzeba ilości wielkości ziarnka zielonego groszku, dzięki czemu jest niezwykle wydajny, o czym zresztą już pisałam. Krem jest dość ciężki i wyczuwalny na skórze, pozostawia tępy film. Do tego bardzo mocno się błyszczy i trochę klei. Co do ochrony przeciwsłonecznej - naprawdę daje radę! Używałam go zarówno w kwietniu, jak i w letnich upałach, kiedy słońce świeciło i grzało niemiłosiernie. Moja cera nie stała się kilka tonów ciemniejsza i to najbardziej mnie cieszy. 


Krem ma intensywny zapach, mocno czuć mieszankę alkoholowo - orzechową. Niestety nie jest to zapach moich marzeń, nie podoba mi się fakt, że jest wyczuwalny na skórze po nałożeniu. Cieszę się, że dzięki niemu nie opaliłam twarzy, jednak nie planuję powrotu do niego, kiedy już wykończę to opakowanie. Zostało mi go jeszcze bardzo dużo, około 3/4 tubki. Nie mam zamiaru używać go w zimie, więc pewnie zużyję do stóp albo na wiosnę. Dodam jeszcze, że nie zapchał mojej skóry, a obawiałam się tego najbardziej. Niestety podkreśla suche skórki.


Krem polubiłam za działanie, za właściwości znienawidziłam. Codzienna aplikacja to mordęga, gdyż nie mogę wytrzymać z tępą, lekko klejącą się warstwą na skórze. Postaram się go zużyć, ale łatwo nie będzie.

środa, 27 marca 2013

Też Cię lubię, Eff. La Roche - Posay Effaclar Duo

Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o serii Effaclar od La Roche-Posay. Krem Duo znany jest już w blogosferze od dawna i choć nie we wszystkich przypadkach zachwalany, to i tak musiał się znaleźć w mojej kosmetyczce. Przyznam, że przez dość długi czas, bo prawie pół roku leżał na półce gdyż obawiałam się masakry na twarzy. Przekonałam się do niego dopiero na początku lutego i od tej pory używam go codziennie, ale nie na całą twarz, a na same wypryski. Ciekawe mojej opinii? W takim razie zapraszam do czytania. ;)

 La Roche - Posay Effaclar Duo

Seria Effaclar zawiera wiele produktów:
żel do mycia twarzy, płyn micelarny, Effaclar A.I., K, M, H oraz Duo, tonik i MAT. Przeznaczone są do cery tłustej i trądzikowej, ich zadaniem jest usuwanie wyprysków oraz zapobieganie powstawaniu nowych.
Effaclar Duo, który jest bohaterem dzisiejszego postu, ma likwidować zapalne zmiany trądzikowe, odblokowywać pory, eliminować martwe komórki. Ogólnie rzecz biorąc to krem wycelowany prosto w moje potrzeby skóry tłustej. Jak się sprawdził? 
O tym napiszę nieco niżej! ;)

Krem mieści się w tubie o pojemności 40ml, wcześniej jednak zapakowany jest w kartonik. Na tubie nie ma składu. Wykonana ze średnio twardego plastiku jest całkiem poręczna. Jak dla mnie jest nieprzezroczysta, może ktoś zdoła ją przejrzeć. Posiada zdejmowaną nakrętkę skrywającą precyzyjny dzióbek, który umożliwia  wydobycie odpowiedniej ilości. Nie ma żadnych naklejek, napisy są nadrukowane i nie ścierają się. Wygląda bardzo profesjonalnie, aptecznie, w moim odczuciu bardzo ładnie. 
.

Krem jest bardzo śliski i półprzezroczysty, ma też rzadszą od kremu konsystencję. Do pokrycia całej twarzy nie trzeba wylewać pół tubki, a do nasmarowania kilku wyprysków dosłownie wystarczy kropla! Świedczy to o jego wydajności. Nie pozostawia tłustego filmu, ale przy nałożeniu zbyt dużej ilości czuć powłoczkę. Nie jest to nieprzyjemne, ale dla niektórych może stanowić mały dyskomfort.  
                                               
Produkt pachnie lekko, jak dla mnie jest to mieszanka alkoholowo-cytrynowa. Nie jest nieprzyjemna, na twarzy jej nie czuć. Nie jest to aromat apteczny ani naturalny.                                      
Czas powiedzieć o działaniu. Zacznę jednak od minusu. Jeśli nasmarujemy wyprysk, to jego okolica staje się czerwona, ciepła i czuć lekkie pieczenie. Nasmarowanie zdrowej skóry tym nie grozi. Ten mankament jest jednak prawie nieznaczący, jeśli weźmiemy po uwagę działanie na pryszcze. Wysusza je bardzo szybko i zapobiega powstawaniu nowych. Nie zatyka porów. Jeszcze jednym problemem jest dla mnie fakt, że bardzo wysusza skórę i mój obecny peeling oraz żel nie dają sobie rady ze zwalczeniem tego.

Podsumowując, ja ten krem bardzo polubiłam, ale stosuję tylko na wypryski. Weźcie to pod uwagę, gdyż nie wystąpił u mnie wysyp spowodowany smarowaniem całej twarzy, bo tego nie robiłam. Produkt polecam i oceniam na 9/10. Myślę, że kupię go ponownie jeśli znajdę w promocji.                                 

wtorek, 25 września 2012

Ewelino, nie jesteś mi przeznaczona! Eveline Pure Control SOS Antybakteryjny krem nawilżający

Moją słabość do kosmetyków antybakteryjnych można podsumować w kilku słowach, mianowicie - rozczarowanie niemal za każdym razem. Do tej pory udało mi się wyłapać pięć produktów, które naprawdę dobrze działają. Niestety nie zalicza się do nich antybakteryjny krem nawilżający firmy Eveline z serii Pure Control SOS. Co jest przyczyną braku buchających obłoków gorącej miłości? O tym w dalszej części posta.


Krem został zapakowany w bardzo przyjemne w użytkowaniu opakowanie. Wykonane z bardzo miękkiego plastiku łatwo trzyma się w dłoni i nie wypada. Nie mnie się i nie pęka na bokach, więc nie musimy się martwić o uszkodzenia. Nakrętka na "klik" to wręcz konieczne rozwiązanie przy kremowych tubach i producent zadbał o to, abyśmy nie musiały odkręcać. Aplikator dozuje odpowiednią ilość produktu. Opakowanie nie sprawia problemów przy wyciskaniu i myślę, że w razie potrzeby szybko rozetniemy miękki plastik. 

Tuba nie została opatrzona żadnymi naklejkami i dzięki temu producent ma u mnie duży plus! Nadrukowane napisy nie ścierają się, cały czas są równie wyraźne i proste. Zdarzało się już, że kupowałam produkt z krzywymi informacjami, podwójnie odbijającymi się i mało czytelnymi. Szata graficzna  w porządku, utrzymana w tradycyjnej dla antybakteryjnych produktów niebieskiej barwie. Całość wygląda dość młodzieżowo i myślę, że to celowe. Mi nie przeszkadza, a nawet się podoba.


Krem ma bardzo przyjemną konsystencję. Jest bardzo lekki, ale gęsty. Mimo to wydajność oceniłabym na bardzo dobrą, gdyż wystarcza ilość minimalnie większa od ziarnka grochu do pokrycia całej twarzy. Wchłania się około dwóch minut, czyli stosunkowo szybko. Nie pozostawia tłustej warstwy, błysku też nie. Całkowitego matu nie uda się przy jego pomocy uzyskać, ale świecenie jest zredukowane. Matuje lekko i nadaje zdrowego wyglądu.

Zapach produktu jest dość ładny, trudny do zidentyfikowania. Niewątpliwie kojarzy mi się ze świeżością i czystością, ale nie taką, jaką czujemy po umyciu ubikacji ;) Jest on specyficzny, ale przyjemny. Nie utrudnia używania, spokojnie da się z nim wytrzymać - nie śmierdzi. Nie utrzymuje się na skórze zbyt długo i chwała mu za to - wolę bezzapachowe produkty do twarzy.


Krem całkiem nieźle nawilża skórę twarzy i minimalnie pomaga zasłonić blizny, ale jest to złudzenie. Pomaga wyjść wypryskom do wierzchu i powierzchownie je zagoić. Niemniej jednak nie zwalcza pryszczy, a podczas stosowania wyskakują kolejne i następne. Sprawia, że powstają dość duże i zazwyczaj podskórne, co jest obrzydliwe i bolesne. Po jego odstawieniu zmiany zniknęły i moja cera nie cierpi z powodu smarowania tym produktem :)

Opakowanie - 9 - miękkie, bardzo przyjemne w użytkowaniu. Konsystencja - 8 - gęsta, szybko się wchłania, nie daje intensywnego matu. Zapach - 7 - świeży, lekki, specyficzny. Działanie - 3 - całkiem nieźle nawilża, jednak nie pomaga pozbyć się wyprysków, nasila ich wysyp. Ocena ogólna - 4/10. Średniaczek, który mnie nie porwał. A szkoda, bo wiązałam z nim duże nadzieje.

czwartek, 13 września 2012

Jeden krem, dwa oblicza. Ziaja Tintin Krem antybakteryjny

Od dawna miałam zaufanie do Ziai, więc praktycznie każdy kosmetyk pielęgnacyjny, który posiadałam był naszej rodzimej firmy. Używałam szamponów, balsamów i innych, więc około listopada ubiegłego roku zakupiłam pierwszą tubkę dzisiejszego bohatera. Spisywał się świetnie, więc używałam go z przerwami i całkiem niedawno zaopatrzyłam się w trzecie opakowanie. Czy antybakteryjny krem Ziaja Tintin, bo tak się w pełni nazywa, sprawdził się na mojej skórze? O tym dowiecie się w dalszej części posta. 


Opakowanie kremu jest nieszczególnie wygodne, gdyż mniej więcej  po zużyciu połowy bardzo trudno go wycisnąć i trzeba rozciąć tubę, a to z kolei wiąże się z dostaniem się powietrza do zawartości. Sam plastik jest średnio twardy, ugina się, ale nie pęka. Nakrętka na "klik" z lekko wypukłym aplikatorem pod spodem otwiera się łatwo, raczej nie samoistnie.


Produkt posiada dwie idealnie przyklejone naklejki. Nic się nie odkleja ani nie pęcherzykuje. Szata graficzna bardzo mi się podoba - jest nieprzesadzona, estetyczna, młodzieżowa. Brak na niej obrazków czy pogmatwanych treści - akurat to bardzo przypadło mi do gustu.


Konsystencja bardzo trafiona. Uwielbiam kremy o takiej gęstości. Świetnie się rozprowadza i błyskawicznie wchłania ze względu na lekką żelowość. Nie pozostawia tłustej, lepkiej i świecącej warstwy, za co darzyłam ją uwielbieniem.

Zapach jest trudny do zidentyfikowania. Przede wszystkim to, co najbardziej rzuca się w nos to niezwykła świeżość. Jest to woń bardzo lekka i niedrażniąca. Nadaje cerze uczucia braku ciężkiej warstwy nieprzyjemnego smrodku. Mnie bardzo się spodobała i umilała codzienne używanie.


Krem początkowo bardzo dobrze nawilżał. Pozbyłam się potwornego uczucia suchości i za to jestem mu wdzięczna. Łagodził też zmiany trądzikowe, lekko je podsuszał nie pozostawiając uczucia ściągnięcia. Niestety po pewnym czasie zaczęło się pojawiać naprawdę dużo wyprysków, a dodam, że nie dodałam innych kosmetyków.

Opakowanie - 6 - ładne, jednak dość nieporęczne. Konsystencja - 10 - lekka, nietłusta, szybko się wchłaniała. Zapach - 9 - świeży i bardzo przyjemny. Działanie - 7 - ładnie nawilżał i łagodził, jednak później spowodował większy wysyp wyprysków. Ocena ogólna - 7/10. Bardzo dobrze nawilża, jednak po pewnym czasie wzmaga wysyp pryszczy.

poniedziałek, 5 marca 2012

Antybakteryjny mat, czyli Rival de Loop Pure Skin Mattierende Feuchtigkeitspflege

Wczoraj pisałam o bardzo dobry żelu rossmannowskiej firmy Rival de Loop w wersji Pure Skin. Czas wiec na recenzję kremu matującego z tej samej serii , czyli Rival de Loop Pure Skin Mattierende Feuchtigkeitspflege.


Tak samo jak w przypadku żelu produkt zapakowany jest w plastikowe biało-turkusowe opakowanie - tym razem w formie średnio miękkiej tubki o pojemności 50ml. Trudno dozować z niej odpowiednią ilość kremu, zazwyczaj wyduszamy zbyt dużo. Gdy produkt się kończy trzeba rozcinać opakowanie, a co się z tym wiąże - krem gęstnieje.

W tym przypadku polskie informacje mamy na mocno przyklejonej nalepce, która nie zasłania składu. Niemieckie napisy mówiące nam, czym mazidło jest są wydrukowane na tubce. Dzięki temu całe opakowanie wygląda porządnie i estetycznie.

Mazidło ma typową, kremową konsystencję - nie spływa ani z ręki, ani z twarzy. Łatwo się rozprowadza, wchłania bardzo szybko. Pozostawia lekki, nietłusty film na skórze, ale tylko na chwilę. Jak żel ma lekko alkoholowy zapach, aczkolwiek mi on nie przeszkadza.

Krem ma podobne działanie do żelu - pomaga zapobiegać powstawaniu wyprysków, wysusza je i sprawia, że nie świecą się tak bardzo.
Brak świecenia związany jest z tym, że krem bardzo dobrze matuje bez zatykania porów. Nie jest to całodzienny mat, ale wytrzymuje spokojnie kilka godzin.

Aqua, Alcohol Dent., Glycerin, Cetaryl Alcohol, Sorbitol, Dicaprylyl Ether, Cetearyl Isononanoate, Dicaprylyl Carbonate, Caprylic/Capric Triglyceride, Glyceryl Sterate, Myristyl Alcohol, Panthenol, Licorice (Glycyrrhiza Glabra) Extract, Lactic Acid, Salicylic Acid, Distarch Phosphate, Hellabthus Annus (Sunflower), Seed Oil, Potassium Palmitoyl Hydrolyzed Wheat Protein, Kaolin, Xanthan Gum, Tocopherol, Sodium Hydroxide, Parfum, Cl 77891

Opakowanie 6,5/10, zapach 8/10, konsystencja 9/10,  cena 10/10, działanie 9/10. Ocena ogólna - 8,5/10.

Polecam, jestem pewna, że będę do niego wracać.


Przepraszam za możliwe błędy w składzie, ponieważ musiałam go przepisywać z tubki.

środa, 29 lutego 2012

Lutowe zużycia

Mija kolejny miesiąc, więc pochwalę się mizernymi efektami wprowadzonego niedawno "projektu denko".


 Be Beauty, Spa! Peeling do ciała - mango - przeciętny peeling, działanie średnie, wydajność kiepska. Więcej możecie poczytać tutaj - klik!

Rival de Loop, Pure Skin, Washgel mit Peeling-Effekt - świetnie oczyszcza, peelinguje i wygładza. Nie podrażnia, nie wysusza. Pomaga pozbyć się wyprysków i zapobiega ich powstawaniu. Ciągle kupuję nowe opakowania, bo nie wyobrażam sobie czymś innym myć twarzy!

Ziaja Oliwkowa - krem do twarzy lekka formuła - nie lubię tłustych kremów do twarzy, więc używałam go po depilacji nóg. Całkiem dobrze nawilża, ale pozostawia tłusty film na skórze.

Colo, Ziołowy zmywacz do paznokci - średnio zmywał, ale nie był najgorszy. Śmierdział jak większość zmywaczy, lekko wysuszał paznokcie.

Wibo, Lovely, Liquid Lip Balm, with aloe vera and mentol - zużyłam już wiele tubek tego balsamu i zdecydowanie jest bezkonkurencyjny! Wspaniale nawilża, chroni i wygładza usta. Nie ma mowy o suchych skórkach i zaczerwienieniach.

Ziaja Tintin, krem antybakteryjny - bardzo lubię ten krem, bo ma świetne antybakteryjne działanie. Ogranicza powstawanie wyprysków i czerwonych plamek. Nie zostawia tłustego filmu na skórze. Zdecydowanie polecam!

sobota, 28 stycznia 2012

Styczniowe zużycia

Mamy już prawie koniec miesiąca, więc zużycia czas przedstawić :)

Nie prowadzę "projektu denko", bo zwyczajnie nie mam czego zużywać. Jednak jak co miesiąc trochę mi ubyło, więc ze wszystkim Was zapoznam.

Malwa, luksusowy zmywacz do paznokci - zmywacz jak zmywacz. Wysusza skórki, paznokcie i skórę pod i wokół paznokcia. Nie zauważyłam żadnych efektów nawilżających ani regenerujących. Butla dosyć duża, sto mililitrów, tania (około czterech złotych). Nie polecam i nie kupię ponownie.

Marion, termoochronna mgiełka do włosów - świetna, lekka mgiełka. Świetnie sprawdza się zarówno w duecie z suszarką, jak i z prostownicą. Dzięki niej włosy się nie elektryzują, są w sam raz pod czapkę. Przyjemnie pachnie, nie nachalnie, delikatnie. Zapach bardzo krótko utrzymuje się na włosach, oczywiście na plus. Atutem jest także niska cena, bo około siedem złotych! Polecam i na pewno kupię ponownie.

Bambino, krem ochronny - wszystkim znany krem do stosowania od pierwszego dnia życia. U mnie sprawdza się na niewielkie przesuszenia, dłonie i powieki. Doceniam jego delikatność, dzięki której nie podrażnia i nie natłuszcza aż tak, ze leje się z nas olej. Polecam.

Classics, Charming 61 - lakierowy bubel. Miałam ochotę na cielaka i wzięłam ten. Początkowo był całkiem dobry - ładnie się rozprowadzał i wyglądał. Niestety, od listopada zdążył zglucieć. Źle się rozprowadza i słabo kryje. Wygląda plastikowo, szczerze nie polecam. Zdążyłam zużyć połowę, tj. około 3,5ml i muszę się z nim pożegnać (bez wyrzutów sumienia).

Sensique, Perfect Lip Care - najzwyklejsza pomadka do ust. Jedynym atutem jest zapach, w tym przypadku waniliowy. Dla mnie jest zbyt twarda, a do tego się łamie. Nie daje żadnego efektu. Usta są nawilżone w chwili, gdy jest na ustach. Nie polecam i nie kupię ponownie.

Oriflame, Tea Tree Corrective Stick - świetny korektor, bardzo go polubiłam. Stosowałam wprawdzie tylko zieloną stronę, beżowa była zbyt pomarańczowa. Herbaciana część sprawdza się świetnie - wysusza wyprysk i zmniejsza jego rozmiary. Nakładałam na noc, a rano budziłam się tylko z prawie niewidoczną kropeczką! Polecam i na pewno kupię ponownie.

Clobaza, krem tłusty - dobry krem tłusty, świetnie sprawdza się na większe i przesuszenia. Zostawia na skórze tłusty film, dlatego stosowałam go wyłącznie na noc. Raczej polecam, zapewne kupię ponownie.

Wibo, Lovely, Liquid Lip Balm (aloe vera/mentol) - Bardzo dobry, tani i wydajny balsam do ust.. Chłodzi, nawilża i chroni przed mrozem. Sprawdza się też na zajady. Polecam i kupię ponownie.

sobota, 31 grudnia 2011

Grudniowe zużycia

Były zakupy, teraz czas na mniej przyjemną część - zużycia! Udało mi się zużyć (prawie) wszystko, co chciałam i zrobiłam miejsce na następne owoce mojego kosmetykoholizmu.


Z tonikiem antybakteryjnym Ziaja Nuno męczyłam się dobre dwa i pół miesiąca, mimo że bardzo go lubię. Straciłam ochotę i zaufanie do niego, gdy konsultantka Oriflame poleciła mi stosować przegotowaną wodę.
Bardzo polubiłam ten tonik, zużyłam już czwarte lub piąte opakowanie. Dobrze oczyszcza i tonizuje twarz, przyjemnie pachnie, jest bardzo tani. Czy kupię ponownie? Zapewne tak, ale nie w najbliższej przyszłości.

Razem z mamą wymęczyłam piankę do włosów Proffesional Style Hair Mousse. Mnie się kompletnie nie spodobała, mama jest przeciwnego zdania.
Pianka skleja włosy w nieestetyczne strąki i kluski, usztywnia (czego nie lubię w piankach!) i lekko pachnie czymś dziwnym, nieładnym. Nie kupię ponownie.

Zużyłam też mój ulubiony krem antybakteryjny Ziaja Tintin. Wahałam się przy kupnie ale ostatecznie kupiłam i przeżyłam miłe zaskoczenie! Krem naprawdę nieźle pomaga zwalczać wypryski, w pewnym stopniu zapobiega ich powstawaniu i działa antybakteryjnie. Zdecydowanie jest to perełka wśród niektórych bubli Ziaji. Zakupiłam sobie w grudniu już drugie opakowanie.

Kolejny krem - tym razem Ziaja HerbikaPlant z czarnym bzem zużyłam w czasie braku opisywanego już Tintina. Zużywałam go razem z mamą, sama dla siebie go nie kupiłam.
Spodobał mi się, nieźle wygładza, nieźle pachnie. Nie kupię go,bo nie jest mi potrzebny (mam mojego Tintina).

Ciągle używam i zużywam mnóstwo pomadek ochronnych i balsamów, ponieważ pękają i pierzchną mi usta. Zazwyczaj kupuję coraz to inne i w grudniu kupiłam pomadkę Sensique Sweet Raspberry. Wybór był jak zwykle spontaniczny, i jak się okazało - niezbyt dobry. Pomadka nie spełniła moich oczekiwań, ponieważ bardzo krótko się trzymała na ustach i mało co działała.

Wcześniej jednak skusiłam się na Isana Pflegebalsam Lippen Vanille&Menthol, o którym pisałam tutaj. Zaskoczył mnie bardzo swoim działaniem, bo spodziewałam się raczej tłuszczyku o zapachu wanilii. Jednak balsam jest inny - lepki, świetnie pachnie i  dobrze działa. Długo trzyma się na ustach, zdecydowany faworyt!

W sumie zużyłam sześć produktów. Mam nadzieję, że w styczniu będzie ich więcej - zarówno zużyć, jak i nowości.

środa, 28 grudnia 2011

Grudniowe zakupy

W związku z kończącym się miesiącem postanowiłam zaprezentować wszystkie grudniowe łupy :)


                                                                       Zacznijmy od...

Usta dostały aż cztery produkty : dwa do malowania i dwa do pielęgnacji.
Balsamik z Isany, szminkę In the nude Essence i waniliowy błyszczyk z H&M przedstawiałam tutaj.

Zawartość żółtego słoiczka już zniknęła, pomadka z Sensique Sweet Raspberry jest  już na wykończeniu a Myszka Miki na spółkę z nudziakiem czasami goszczą na mych ustach :)

                                   


Dwa kremy z Ziaji - Oliwkowy oraz Tintin.
Oliwkę dostałam pod choinkę jako niezbyt trafiony prezent.
Tintin kupiłam wczoraj przy okazji końcoworocznego wypadu, ponieważ krem ten jest moim ulubionym.











Efekt małego lakierowego szaleństwa :)
Od lewej :
- Lemax 'kulka' 
- Mollon Matt Beauty
- Essence Nail Art Circus Confetti  
- Essence Vampire's Love 02 Into the dark

Lemax to przezroczysty, delikatny, fioletowy lakier nawierzchniowy, Mollon - kryjący, matowy brąz (brak numerka), cyrkowy Essence to bardzo brokatowy brat Lemaxu a wampirzy Essence przedstawiałam wcześniej :)


Bubel miesiąca, prosto z szesnastego katalogu Oriflame z  roku 2011.

Kupiłam go do maskowania wyprysków. Kolor jest okropny, pomarańczowy, nie dopasowuje się do skóry.
Niewiele pomaga, wypróbowałam go na opryszczkę i w tej kwestii działa tak 6/10.

Postaram się dać mu jeszcze szanse w walce z trądzikiem i opryszczką 
:)


Ulubiony żel do mycia twarzy Rival de loop Pure Skin Washgel Peeling-Effekt. 
Delikatnie peelinguje, pomaga w walce z trądzikiem.
Aktualnie mój numer jeden pod każdym względem - ma świetne opakowanie z pompką, estetyczne naklejki i dobra zawartość :)

Zachwyt roku 2011? Zdecydowanie tak!                                                                                                                       f   



Balsam do ciała z Rossmanna, Synergen Body-Lotion [...] mit Koffein.
Kupiony przy okazji pierwszych grudniowych zakupów.

Lekko pachnie, lekko nawilża.                                                                                                                                                 






Szampon oczyszczający artiste.

Przezroczysty, dobrze się pieni, łatwo spłukuje.
Włosy podczas wysychanie są bardzo sypkie, co mnie cieszy (szkoda, że efekt nie utrzymuje się po wyschnięciu).
Bardzo tani, niecałe pięć złotych, w promocji około trzech.





Osławiony puder rozświetlający Essence Vampire's Love Shimmer Powder 01 Lil'vampire.

Był moim pragnieniem i oczekiwaniem. Obecnie jego prestiż zmniejszył się, ale wciąż pozostaje hitem.


                                                                  






                              
                     
                                                    I to byłby już koniec moich grudniowych zakupów.
   Jestem z siebie dumna, kupiłam dużo i o to mi chodziło! Mam nadzieję, że w styczniu będzie tego więcej!