Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szampon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szampon. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 października 2014

Schwarzkopf Essence Ultime Omega Repair - Conditioner / Shampoo

Typowo drogeryjne szampony czy odżywki do włosów kupuję rzadko. Jakiś czas temu przerzuciłam się na inne kosmetyki, np. szampony bez silikonów, jednak po przeczytaniu wielu pozytywnych opinii na temat linii Essence Ultime od Schwarzkopf współtworzonej z Claudią Schiffer, postanowiłam zaryzykować i nabyłam drogą kupna szampon oraz odżywkę Omega Repair. Obu kosmetyków używam od ponad miesiąca, wyrobiłam sobie o nich zdanie i myślę, że mogę o nich napisać :)


Zarówno szampon, jak i odżywka zapakowane są w profesjonalnie wyglądające, płaskie butelki o pojemności 250ml. Bardzo ładnie wyglądają na półce, połączenie bieli ze złotem bardzo mi się podoba. Umieszczone na szczycie nakrętki na "klik" sprawdzają się naprawdę dobrze, nie otwierają się samoistnie. Butelki nie są przezroczyste, pod światło też słabo widać poziom zużycia, ale nie jest to dla mnie mankament. 

Szampon ma perłowy kolor, dość gęstą, klejącą konsystencję i świetnie się pieni. Do umycia włosów potrzeba naprawdę niewielkiej ilości. Bardzo dobrze się rozprowadza i łatwo spłukuje. Porządnie oczyszcza włosy, nie wysusza ich ani nie plącze. Wręcz przeciwnie, szampon zauważalnie wygładza, co oczywiście jest sprawką silikonów, ale muszę przyznać, że efekt mi się podoba. Sprawia, że włosy są nieco bardziej sypkie i lepiej się układają. Nie przyspiesza przetłuszczania, nie podrażnia. Ponadto ma piękny, choć odrobinę duszący zapach drogich perfum, który utrzymuje się na włosach nawet do dwóch dni po umyciu. Jest bardzo wydajny. Podsumowując, jestem na tak, chociaż wolę szampony bez silikonów. Ten zużyję z przyjemnością i kto wie, może jeszcze kiedyś się na niego skuszę.

Odżywka ma biały kolor i nie jest zbyt gęsta, co ułatwia jej aplikację. Podobnie jak w przypadku szamponu, dobrze się rozprowadza. Ma lekką konsystencję. Sprawia, że włosy są gładkie, miękkie, błyszczące i dużo lepiej się układają. Wydajność nie jest zbyt powalająca, ale wybaczam :) Bardzo polubiłam jej działanie, ale szkoda, że nie dociąża włosów. Są jedynie nieco mniej spuszone niż zazwyczaj. Jeśli więc chodzi o odżywkę to moim zdaniem jest bardzo dobra i z pewnością kupię drugie opakowanie, gdy to mi się skończy.

  po lewej szampon, po prawej odżywka

Duet bardzo przypadł mi do gustu, jednak wolę używać ich oddzielnie, z inną odżywką lub szamponem. Polecam, szczególnie ze względu na gładkość i zapach.

Znacie produkty Omega Repair? Polecacie?

poniedziałek, 21 października 2013

Owocowa głowa. Balea Jeden Tag Shampoo Himbeere

Ostatnio przekonałam się, że szampony ze SLS czy SLES nie szkodzą moim włosom, jeśli używam ich racjonalnie. Oznacza to właściwie tyle, że po zastosowaniu szamponu nakładam odżywkę lub maskę. Dlatego powtarzam jeszcze raz - SLS nie jest szkodliwy, owszem, może powodować podrażnienia a jego brak na pewno nam nie zaszkodzi. Warto jednak od czasu do czasu umyć włosy takim szamponem, ponieważ pomaga to usunąć zanieczyszczenia, z którymi łagodniejszy produkt sobie nie poradzi. Nie pisałabym tego, gdybym nie miała czego przedstawić. W dzisiejszym poście opowiem Wam o przyjemnym kosmetyku, jakim jest Balea Jeden Tag Shampoo Himbeere. Na samym początku recenzji napiszę, że nie oczekiwałam od niego cudów i nie oczekiwałam ich, więc jeśli tego pragniecie - szampon może pomóc, ale nie zadziała jak olej czy maska. W tym przypadku zdecydowanie na plus dość spora butelka, mieszcząca 300ml, plastikowa. Widać poziom zużycia, co oczywiście mnie cieszy. Kolor opakowania oraz zdjęcie na naklejce zdecydowanie zachęca do użycia. Sam szampon jest całkiem rzadki, nie tak bardzo jak woda, ale jakby nie było gęsty nie jest. Świetnie się pieni i łatwo spłukuje, piana nie ukrywa się przy skórze czy za uszami. Zapach produktu jest identyczny jak malinowa Mamba. Naturalny, mocno owocowy, mniam! Nic nie zalatuje sztucznością, o nie! Co do działania - szampon usuwa zanieczyszczenia, zmywa oleje i silikony, pozostawia włosy czyste i miękkie. Nie oblepia ich, nie obciąża, nie przyspiesza przetłuszczania. Po użyciu konieczne jest użycie odżywki, ponieważ czupryna nie jest zbyt gładka, za to dość mocno napuszona (w moim przypadku dzieje się tak po prawie każdym szamponie). Ogółem jest to godny uwagi produkt, może nie rewelacyjny, po prostu dobry szampon dla kogoś, kto wymaga tylko zmycia zanieczyszczeń i braku uszkodzeń.       



Jak można wywnioskować z mojego powyższego wywodu, szampon bardzo polubiłam, nie jest to ósmy cud świata, na moich włosach dobrze się sprawdził. Ponownie raczej nie spotkamy, gdyż była to edycja limitowana a jak wiadomo, takie egzemplarze długo na półkach nie stoją. Ponadto dostępność mam mocno ograniczoną. 


Znacie Baleowe szampony? A może unikacie SLESów? Jakie polecacie, zarówno SLESowe, jak i łagodniejsze? BabyDream i BabyLove znam :)

sobota, 28 września 2013

Szampon z olejem? Czemu nie! BingoSpa Szampon bez SLES/SLS z olejem z pestek moreli

Jakiś czas temu przestałam używac łagodnych szamponów i wróciłam do SLESowych. I chociaż dobrze oczyszczają włosy, to czuję, że to był błąd. Moim kłakom wystarczy użycie mocniejszego myjadła raz w tygodniu, a nie trzy. Koniecznie muszę wrócić do delikatesów w kategorii mycia, a pomaga (właściwie pomagał, bo już się skończył) BingoSpa Szampon bez SLES/SLS z olejem z pestek moreli. Zacznę od tego, że strasznie zdziwił mnie rozmiar opakowania - mieści ono zaledwie 100ml i wystarczyło na około pięć - sześć użyć. Buteleczka mała, wygodna, wykonana z ciemnego tworzywa i oklejona papierową naklejką. Na zdjęciu widać, że się odkleja pod wpływem wody i dotykania. Sam szampon jest rzadki i przez wielki otwór wylotowy wypływa go zdecydowanie za dużo. Produkt pieni się zadziwiająco mocno jak na szampon bez SLS/SLES. Włosy myje świetnie, zmywa kurz, serum silikonowe i piankę. Nie zmywałam nim tylko oleju, wolałam nie marnować szamponu. Po umyciu zawsze nakładam odżywkę lub maskę, ale zauważyłam, że czupryna jest bardziej gładka niż po SLESowym myjadle. Co ważne - na pewno nie zauważyłam nawilżenia włosów, od tego mam oleje i odżywki, więc akurat tę sprawę całkowicie pominęłam podczas testowania. Nie wysusza, nie podrażnia skóry głowy. Pachnie przyjemnie, nie jest to powalający pięknem aromat, ale nie odrzuca.

  
Szampon jest ciekawym produktem, jednak o wiele bardziej lubię BabyDream, który swoją drogą muszę kupić. Ten ma małą pojemność i okropnej jakości naklejkę. Więcej się nie spotkamy.

 
Produkt otrzymałam w ramach testów od firmy BingoSpa, jednak nie wpływa to w żaden sposób na moją opinię.

Znacie kosmetyki BingoSpa? Lubicie? 

niedziela, 24 marca 2013

SLSy nie takie straszne. BingoSpa Kolagenowe Serum do mycia włosów

Całkiem niedawno, bo na początku lutego dostałam kolejną paczkę od BingoSpa w ramach współpracy. Zdecydowałam się na świetny peeling, o którym będzie na dniach, krem dla Was i bohatera dzisiejszego posta, czyli szampon do włosów w formie serum. Chociaż tego nie podejrzewałam, bardzo się z nim polubiłam, został moim wielkim hitem w kategorii myjadeł ze SLS/SLES. 

BingoSpa Kolagenowe Serum do mycia włosów

Na wizażu opakowanie, a właściwie część naklejki wygląda odrobinę inaczej, ale nie robi to żadnej różnicy. Uważam, iż w rzeczywistości jest ładniejsze. Po prawej zdjęcie z wizażu.
.
A jak jest naprawdę? Serum znajduje się w twardej, przezroczystej butelce o pojemności 150ml. Miałam wrażenie, że to bardzo mało i umyję nim włosy maksymalnie trzy razy, a tu wielkie zaskoczenie! Użyłam go już ponad sześć razy i wystarczy mi jeszcze na co najmniej trzy mycia.
Wracając do opakowania - nie ugina się, więc teraz jest już nieco gorzej z wydobywaniem, ale da się przeżyć. Nakrętka jest metalowa, łatwo się zagina, odkręca bez problemu. Nie rdzewieje. Niestety jest zdejmowana, a otwieranie serum mokrymi rękami nie należy do przyjemności. Naklejka jest, jak w przypadku wszystkich testowanych przeze mnie wyrobów BingoSpa papierowa, łatwo się zadziera, brudzi, odkleja. Nie mam obsesji na punkcie nalepek, ale lubię estetykę. Szata graficzna jest nie najgorsza, nie należy do najcudowniejszych, ale nie ma przesady. Są najważniejsze informacje i właśnie to się liczy. 
  

Serum jest lejące, średnio gęste, gładkie, nie zbija się w grudki. Już niewielka ilość wytwarza sporo kremowej, miękkiej piany, więc nie trzeba wylewać go dużo, aby umyć włos. Efekt taki zawdzięczamy oczywiście SLSowi, który nie robi mi krzywdy nawet przy częstszym myciu włosów właśnie tym serum. Oprócz tego zawiera kolagen i to w pierwszej części składu. Są też inne, trochę mniej przyjemne składniki, ale ogółem nie jest tragicznie.
                                                                   
Serum pachnie kosmetycznie, ale lekko i przyjemnie, adekwatnie do działania. Po pierwsze - świetnie myje, oczyszcza z kurzu, sebum, silikonów, olejów i innych tego typu substancji. Włosy po umyciu są miękkie i błyszczące oraz, co najważniejsze, niewysuszone! Jest to dla mnie ogromny plus, bo SLSowe szampony zazwyczaj robią mi z kosmyków siano już po pierwszym użyciu. Tutaj na szczęście wszystko jest w porządku, ale jak wiadomo zawsze nakładam odżywkę. Ponadto ładnie się układają, efektu snopka siana brak ;) Silikonów nie ma, ale lekko wygładza.
Na plus fakt, że nie plącze włosów i nie sprawia, że są matowe i przyklapnięte. Moje kłaki z natury mają sporą objętości i nie zauważam zmniejszenia jej po użyciu tego serum. Stosuję co drugie mycie czyli około dwa razy w tygodniu i działań niepożądanych nie odnotowałam. Biorąc pod uwagę nieszczęsną butelkę i naklejkę całość oceniam na 8/10. Włosy go polubiły, kiedyś pewnie skuszę się na następne opakowanie ale to naprawdę w dalekiej przyszłości.
                                                                  
                                                         ***                                                         
Jak już wspomniałam na facebooku, moja obecność blogowa w ciągu następnego tygodnia może być bardzo różna. Raz, że jestem chora, dwa - idzie Wielkanoc. Postaram się przygotować posty do dodawania automatycznego :)

wtorek, 5 lutego 2013

Włosowe aktualizacje - po 3. miesiącu

Cza na włosową aktualizację :) Brak czasu i niezbyt dobre oświetlenie nie pozwoliły mi na zrobienie zdjęcia kłaków, które oddałoby ich kolor, jednak dzisiejsze pokazuje lekkie, zupełnie naturalne fale. Przynajmniej tyle korzyści udało mi się wyciągnąć :D A jak z kondycją włosów? Coraz lepiej, chociaż zima trochę daje się im we znaki. Niemniej jednak z chęcią pokażę Wam wsyztko, co robiłam dla nich przez calutki styczeń.

 06.01.13                                  05.02.13


Długość z tyłu - najdłuższe 41/42cm, najkrótsze - 36/37, zebrane razem - 39/40cm

Włosy rosną, niezbyt spektakularnie, ale to i tak zawsze coś :) Myślę, że wydłużyły się o centymetr albo półtora, ale nie więcej. Stały się miększe i gładsze, ale gdy przez trzy dni nie użyję oleju, to bardzo się puszą i są szorstkie. Trochę lepiej się układają, nie wypadają nadmiernie, przy czesaniu dwa razy dziennie wylatuje mi ok. 40-60 kłaków.

Do pielęgnacji używałam głównie dwóch nowych olei, trzech odżywek, sprayu, wcierki i serum na końcówki. Nie wprowadzałam wielu zmian, wykończyłam olej i zamieniłam na inne. Zaczęłam tez używać szamponów ze SLS, ale nie częściej niż raz na dwa tygodnie. Użyłam też maski z silikonami, bardzo dobrej zresztą.


Dabur Vatika Pure Coconut Enriched Hair Oil to mój drugi olej firmy Dabur, tym razem bez parafiny. Jest niezły, ale z opinią poczekam aż do wykończenia opakowania. Dużo częściej używam jednak  BabyDream fur Mama Schwangerschafts-Pflegeöl, lekkiego i przyjemnego tłuścioszka. Od czasu do czasu myję głowę mocno oczyszczającym szamponem borowinowym i 7 ziół Bingo Spa, ale zazwyczaj sięgam po łagodny, świetny BabyDream. Aktualnie zużywam czwarte opakowanie.


 Odżywka Oriflame HairX Volume Boost Leave - In Conditioner nie była intensywnie eksploatowana, ale bardzo ją lubię do ujarzmiania niesfornej czupryny.  Alverde 2-Phasen-Sprühkur Aloe Vera Hibiskus to produkt ciekawy, lekki i cudownie pachnący. Kallos Serical Crema Al Latte uwielbiam, ale używam zbyt często. Końcówki zabezpieczam olejkiem silikonowym Balea Professional Oil Repair Haaröl.


Tę buteleczkę wcierki Jantar Farmona już kończę, ale kupię jeszcze jedną i dam mu kolejną szansę. Powód? Akcja "Mania Wcierania" organizowana przez Anwen. Wciąż można się zgłaszać, więc zapraszam. Im nas więcej, tym lepiej!

Oczywiście nadal używam Tangle Teezera - szczotki idealnej, gumek bez łączek i nie szarpię kłaków. Staram się, jak mogę, aby im pomóc.

A jak Wy dbacie o swoje włosy? Miałyście któryś z przedstawionych przeze mnie kosmetyków?  

niedziela, 23 grudnia 2012

Dziecinnie proste oczyszczanie, czyli BabyLove Mildes Shampoo

Całkiem niedawno, bo dokładnie dziesięć dni temu dotarła do mnie paczka z niemieckimi zakupami, w której znajdował się także BabyLove Mildes Shampoo, czyli bohater dzisiejszego posta. Użycie go pięć razy zdecydowanie wystarczyło mi na wystawienie ostatecznej oceny i pełnej recenzji, na którą szczerze zapraszam.


Opakowanie zawiera 250ml szamponu. Jest nieprzezroczyste, ale pod światło da się zobaczyć poziom zużycia. Należy do wygodnych, chociaż nie ma wcięcia jak jego Rossmannowski brat BabyDream oraz jest twardsze, jednak tak samo porządne. Nakrętka na klik otwiera się łatwo, na szczęście niesamoistnie. Używanie nie grozi połamaniem paznokci. Pod klapką kryje się niewielki otwór, który dobrze radzi sobie z dozowaniem produktu.

Na butelce znajdują się dwie średniej wielkości naklejki. Wykonane z papieru i świetnie przyklejone nie odklejają się. Nie widać też pęcherzyków ani zacieków. Szata graficzna przypadła mi do gustu, choć nie należy do najpiękniejszych wytworów. Wizerunek zadowolonego dziecka zdecydowanie zachęca do użycia. Ponadto zamieszczono wszelkie potrzebne informacje, takie jak działanie, skład, datę ważności oraz przeznaczenie.


Szampon ma konsystencję podobną do BabyDream'a, ale jeszcze  rzadszą i bardziej lejącą. Przecieka przez palce, a przy zbyt mocnym naciśnięciu na opakowanie wydobywa się zbyt duża ilość produktu. Mimo tej małej wady sprawdza się bardzo dobrze. Pieni się lepiej niż wspomniany wyżej kolega, a także szybciej. Wypłukuje się bardzo łatwo, nie zostaje przy skórze.

Pachnie lekko i rumiankowo, typowo dla szamponów dziecięcych. Zapach ten jest delikatny i wyczuwalny tylko podczas mycia. Po spłukaniu całkowicie ulatnia się z włosów. Należy do przyjemnych, ale nie tych, które można wąchać godzinami i zachwycać się. Należy wspomnieć, że nie jest to woń drażniąca czy sztuczna, mimo iż zawiera substancję zapachową na ostatnim miejscu w składzie.


Szampon spełnia swoją rolę znakomicie. Doskonale oczyszcza włosy z kurzu i sebum. Dokładnie zmywa oleje - zarówno bezsilikonowe, jak i te do zabezpieczania końcówek. Nie pozostawia na nich ani grama tłuszczu. Nie wysusza kosmyków, nie podrażnia skóry głowy. Nie powoduje wypadania, nie przyspiesza przetłuszczania. Dzięki zawartości rumianku łagodzi podrażnienia. W porównaniu z BabyDream'em nie plącze kłaków.

Opakowanie - 9 - dość ładne, poręczne, nieprzezroczyste, z łatwą w obsłudze nakrętką. Konsystencja - 6 - bardzo płynna i rzadka, lejąca, przecieka przez palce, ale tworzy dużą pianę. Zapach - 9 - lekki, dziecięcy, przyjemny, nieduszący. Działanie - 10 - porządnie oczyszcza, zmywa oleje i silikony, nie wysusza i nie podrażnia. Ocena ogólna - 9/10. Naprawdę dobry szampon o zbyt rzadkiej konsystencji oraz niedostępny w Polsce. Poza tym nie mam mu nic do zarzucenia.

niedziela, 9 września 2012

Czasami człowiek musi, czyli BingoSpa Szampon borowinowy i 7 ziół

Szampony należą do kosmetyków, które wybieram z wielką uwagą. Nic więc dziwnego, że zawarte w niektórych silikony i wszechobecny SLS budzi we mnie złe przeczucia. Tym razem było podobnie, a że BingoSpa Szampon borowinowy i 7 ziół dostałam w ramach współpracy, wzięłam się za testowanie. I muszę przyznać, że mnie zaskoczył. Jeśli chcecie dowiedzieć się o moich odczuciach zapraszam na dalszą część posta.


Butelka zawierająca 300ml jest dość wysoka i prosta. Wykonana z dość twardego plastiku nie wywraca się. Nie uniemożliwia dostępu do zawartości, gdyż po przyciśnięciu wypływa ze środka. Metalowa nakrętka zagina się przy niespodziewanym zderzeniem z twardą powierzchnią, np. wanną czy podłogą. Odkręca się całkiem dobrze, jednak niektóre wklęśnięcia trochę utrudniają ową czynność. Ponadto próba robienia tego mokrymi rękami kończy się niepowodzeniem.

Produkt zdobi jedna wielka naklejka, zakrywająca 3/4 powierzchni butli. Przyklejona jest nieźle, ale szybko ulega zaciekom i otłuszczeniom. Udało mi się to uwiecznić na zdjęciu szczególnie przy nazwie firmy. Szata graficzna ładna, czarno-biała, kilka listków i tym podobnych. Oczywiście zawiera ona skład szamponu, ale nie ma na niej zastosowania ani żadnych obietnic. 


Konsystencja szamponu jest bardzo przyjemna, lekko żelkowa, gęsta i nieco ciągnąca. Świetnie rozprowadza się na włosach, bez przeszkód dociera do skóry głowy. Zmywa się łatwo i szybko, nie zostaje przy skórze głowy i nie ukrywa się miedzy kosmykami. Ogólnie rzecz biorąc dokładnie wypłukuje się i nie zlepia włosów w strąki.

Zapachu szamponu byłam równie ciekawa jak działania. Nie mogę go dokładnie zidentyfikować, ale wyczuwam wiele ziół. Jest on dość mocny, czuć go podczas nakładania i zmywania. Nie przeszkadza mi, nie jest jednak najpiękniejszy. Mimo to pod żadnym pozorem nie śmierdzi. 


Najważniejsze jest jednak działanie. Mimo wcześniejszych obaw polubiłam je. Szampon bardzo dobrze oczyszcza włosy i sprawia, że są niemal skrzypiące :) Odrobinę plącze kosmyki, ale dobra odżywka niweluje ten efekt. Ponadto minimalnie wysusza czuprynę ze względu na SLS, ale coś nawilżającego daje mu radę. Ogółem jest całkiem dobry i używam go raz na trzy-cztery tygodnie do dogłębnego oczyszczania i jest w sam raz. 

Opakowanie - 6 - wysoka butla z nieciekawą nakrętką i brakiem dozownika oraz zaciekającą etykietą. Konsystencja - 8 - dość gęsta, lekko żelowa, dobrze się rozprowadza. Zapach - 8 - oryginalny, przyjemny, dość specyficzny, ale polubiłam. Działanie - 7 - dogłębnie oczyszcza, minimalnie wysusza. Ocena ogólna - 6/10. Fajny szampon do używania raz na jakiś czas.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Nie tylko dla małych! Babydream Szampon dla dzieci

Wraz z pomysłem na bezpieczną dla moich włosów pielęgnację pojawił się u mnie nieco kosmetyków ułatwiających to zadanie. Znalazł się tam także bohater dzisiejszego posta, zachwalany na blogach Babydream Szampon dla dzieci, który miał delikatnie oczyszczać, nie podrażniać i w łagodny sposób dobrze wpływać na moje włosy. Jeśli chcecie dowiedzieć się o moich spostrzeżeniach na jego temat, zapraszam do dalszej części posta :)


Szampon zamknięty jest w 250 mililitrowej butelce z dość twardego plastiku. Oprócz tego jest dość gruby i przynajmniej ja nie mogę nawet pod światło ujrzeć poziomu zużycia. Nakrętka na "klik" otwiera się bezproblemowo, niesamoistnie. Przy większym nacisku i przekręceniu można ją zdjąć w całości, ale sama nigdy nie spadnie. Minimalnym minusem jest fakt, że produkt nie posiada niekapka i przez to może nam się wylać nieco więcej niż byśmy chciały.

Kosmetyk posiada dwie naklejki o niemal niewidocznych konturach. Są przyklejone o tyle dobrze, że od częstego dotykania mokrymi rękami, przebywania w towarzystwie pary wodnej i samej płynnej cieczy nie odkleiły się ani nie spęcherzykowały. Szata graficzna jest przeurocza, szczególnie wytłoczone motylki u szczytu opakowania. Ponadto zdjęcie zadowolonego bobasa wprawia w dobry humor nie tylko myjące się nim dzieci, ale i dorosłe kobiety :)


Szampon jest dość rzadki, lejący, łatwo przecieka przez palce. Na włosach rozprowadza się jednak świetnie, dociera do wszystkich kosmyków. Pieni się wyśmienicie, naprawdę mocno. Dzięki temu nie potrzeba wylewać połowy butelki na jedno mycia. Zmywa się średnio, bo czasem lubi zostać ukryty pomiędzy splątanymi kłakami, co nie jest przyjemne ani tak nie wygląda.

Produkt ma typowy zapach dziecięcych kosmetyków, nie umiem go inaczej wytłumaczyć. Zalatuje trochę oliwką typu Bambino czy szamponami dla małych z tej firmy. Przyznaję, że mnie ten zapach nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie - podoba. Podczas mycia jest dość mocno wyczuwalny i przywołuje wspomnienia z lat, gdy byłam naprawdę małym szkrabem ^^


Wiele blogerek narzeka, że szampon plącze włosy. Niestety, jest to prawda i widać ją na zdjęciu gołym okiem, jednak dobra odżywka i kłopot znika. Mimo to warto się przemęczyć i później podziwiać efekty. Produkt bardzo dobrze oczyszcza włosy i skórę głowy nie podrażniając jej. Całkiem nieźle zmywa oleje - całkowicie przy dwukrotnym myciu. Ponadto nie zawiera silikonów ani SLSów i nie wysusza kosmyków, nie obciąża i nie ukrywa faktycznego stanu. Delikatnie pielęgnuje i sprawia, że włosy są miękkie i błyszczące.

Opakowanie oceniam na 9 - bardzo wygodne, szkoda tylko, ze nie widać poziomu zużycia. Konsystencja dostanie 9 - odrobinę zbyt rzadka, poza tym w porządku, dobrze się pieni. zapach - 9 - typowy dla dziecięcych kosmetyków, lubię go. Skład - 10 - zero SLS, SLES i silikonów! Działanie - 9 - dobre oczyszczanie, brak wysuszenia. Minus za plątanie. Ocena ogólna - 9,5/10. Świetny szampon nie tylko dla małych.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Szamponowe love, czyli Alterra Granat&Aloes Szampon nawilżający do włosów suchych

Jakiś czas temu wzięłam się na intensywną i w miarę możliwości naturalną pielęgnację włosów. W związku z tym zakupiłam szampon nawilżający Alterra Granat&Aloes, w którym zakochałam się do pierwszego użycia. Powody tego zauroczenia są proste - kosmetyk jest wprost wspaniały, a do tego nienapakowany silikonami! O pozostałych odczuciach na jego temat poczytacie w dalszej części posta :-)


Szampon umieszczono w prostej butelce wykonanej z dość twardego, białego plastiku, który, nota bene, jest całkiem gruby i nie widać zużycia - nawet pod światło. Jedynym sposobem na ujrzenie zawartości jest zdjęcie nakrętki. Otwiera się ona na "klik", bezproblemowo i niesamoistnie. Posiada niewielki otwór, dozuje odpowiednią ilość produktu, który wypływa powoli i nie ma mowy o przeholowaniu z wylanym na dłoń płynem.

Produkt został rzecz jasna oklejony naklejkami w liczbie sztuk trzech. Dwie z nich są bardzo mocno przyklejone i mnie ma możliwości pęcherzyków, odklejeń i tym podobnych. Polska naklejka jest wykonana z papieru i zdziera się tylko dzięki drapaniu jej. Szata graficzna produktu jest bardzo ładna i zachęcająca.


Szampon ma żelową konsystencję, jest gęsty i nie spływa z dłoni. Świetnie rozprowadza się na włosach mimo użycia małej ilości. Mimo braku zawartości SLS, co jest mi oczywiście na rękę, świetnie się pieni. Łatwo go jednak wypłukać, bo nie ukrywa się między kłakami. Dzięki swojej konsystencji jest bardzo wydajny.

Zapach jest obłędny! Mogłabym go wąchać godzinami i by mi się nie znudził. Jest niezwykle świeży i niezbyt mocny. Łatwo wyczuć słodką woń granata i soczystego aloesu. Rozprzestrzenia się po całej łazience w czasie mycia i zdecydowanie umila ową czynność. Niestety, znika po wypłukaniu szamponu z włosów.


Produkt naprawdę się u mnie sprawdził! Idealnie oczyszcza włosy i nadaje im zdrowego blasku. Nie powoduje szybszego przetłuszczania ani wysuszania. Wręcz przeciwnie - w całkiem dużym stopniu je nawilża, co jak dla mnie jest wielkim sukcesem. Ponadto sprawia, ze włosy są sypkie, lekkie i ładnie wyglądają. Nie obciąża stosowany z odżywką innej firmy, jak i z maską Alterra. Poza tym nie zawiera silikonów.

Opakowanie - 8 - ładne, dobry dozownik, jednak brak widoczności zużycia trochę męczy. Konsystencja - 10 - żelowa, świetnie się pieni i rozprowadza, łatwo spłukuje. Zapach - 10 - obłędny, żywy, delikatny. Działanie - 9 - spore nawilżenie, zero kołtunów. Ocena ogólna -9/10. Świetny produkt w niskiej cenie!

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Pomimo uprzedzeń... Elfa Green Pharmacy Szampon do włosów osłabionych i zniszczonych - rumianek

Kupując ten szampon nie wiedziałam o nim zupełnie nic - nie zwróciłam też uwagi na zawartość sls/sles na drugim miejscu w składnie. Moje oczy zarejestrowały butelkę typową dla produktów naturalnych, a ręce pochwyciły produkt i wepchnęły do koszyka. Pomimo kilku pierwszych nieowocnych myć i uprzedzeń zdobytych na blogach nawiązałam z nim całkiem miłą współpracę, dlatego Elfa Green Pharmacy Szampon do włosów osłabionych i zniszczonych - rumianek będzie bohaterem dzisiejszego posta :)


Szampon ma bardzo ładną, postawną butelkę przypominającą kształtem stare opakowania zielarskie :) Wykonana ze średnio twardego plastiku jest łatwa i przyjemna w obsłudze, niebyt miękka i w ogóle nie wiotka, co przy innych czasem się zdarza. Całość wieńczy zielona nakrętka z dodatkowym otwarciem na "klik" i wypustkowym aplikatorem, który nie pozwala na wypłynięcie zbytecznej ilości szamponu.

Opakowanie posiada dwie naklejki wykonane z papieru, jednak przyklejone na tyle dobrze, że nie powinny tworzyć pęcherzyków ani odklejać się, albo co gorsza zostawać na dłoni. Szata graficzna całkiem ładna - narysowany rumianek, nazwa szamponu oraz firmy. Przyjemna, nie przytłaczająca, lecz na pewno nie minimalistyczna.


Produkt ma bardzo płynną konsystencję, dość rzadką i mocno lejącą. Spływa z rąk, ale dobrze rozprowadza się na włosach i dzielnie ich trzyma. Świetnie się pieni i niestety jest to zasługa Sodium Laureth Sulfate. Równie dobrze zmywa się z czupryny i nie pozostaje w zakamarkach, co mogłoby spowodować swędzenie, a co z tego wynika - uczulenie.

Zapach szamponu jest bardzo przyjemny, lecz nie do końca określony. Dobrze czuć nie tylko zaparzony rumianek, ale także nienachalną nutę miodu. Woń jest dość intensywna, lecz niedrażniąca. Śmiało można go wąchać bez obaw o uduszenie :D

Skład: Aqua (Purified water), Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Cocamide DEA, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Polyquaternium-10, Chamomilla Recutita Extract, Parfum, Citric Acid, Methylisothiazolinone, Propylene Glycol, Diazolidinyl Urea, Methylparaben, Propylparaben, CI 19140.


Mimo uprzedzeń zdobytych na blogach odnośnie tego szamponu polubiliśmy się. Bardzo dobrze oczyszcza włosy i nie obciąża ich. Sprawia, że są miękkie, puszyste i w naturalnym ułożeniu. Ułatwia modelowanie oraz rozczesywanie. Ponadto mam wrażenie, że pomaga wnikać odżywkom wgłąb kosmyków. Niemniej jednak minimalnie podsusza moje zniszczone włosy i lekko je plącze, więc odżywka jest więcej niż konieczna.

Opakowanie oceniam na 9 - duże, ekonomiczne, wygodne i łatwe w użytkowaniu. Naklejki dobrze przyklejone, zero pęcherzyków. Konsystencja - 9. Bardzo dobrze się rozprowadza, mała ilość wystarcza na umycie całej głowy i włosów. Zapach - 9. Przyjemny, "warstwowy", prawie w ogóle niechemiczny. Skład - 5. Cztery szkodliwe składniki, a ponadto sls/sles na drugim miejscu. Działanie - 7. Dobrze myje i oczyszcza, nie obciąża, lekko podsusza. Ocena ogólna - 7/10. Całkiem dobry szampon wymagający użycia odżywki po zastosowaniu go :)

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Żółteczko naprawcze, czyli Garnier UltraDoux Szampon Odbudowujący

Niedawno wspominałam o tym, że mojej włosy nie są w najlepszej kondycji i wymagają szamponu naprawczego lub regenerującego. W związku z tym, mimo dziwnej (możliwe, że zupełnie bezpodstawnej) niechęci do marki Garnier zaopatrzyłam się w odbudowujący szampon UltraDoux z olejkiem z awokado i masłem karité.


Szampon zamknięty jest w lekko owalną, płaską butelkę o pojemności 250ml. Wykonana z nieco zbyt  miękkiego, żółtego plastiku. Jej zwieńczeniem jest porządna, twarda nakrętka na "klik" w kształcie listka, który jest bardzo uroczy, jednak nieco przekombinowany. Uniemożliwia otwarcie się butelki samoistnie, co uważam za duży plus. Niemniej jednak czasem trudno go otworzyć mokrymi palcami. Jest też lekko przezroczyste, dzięki czemu dobrze widać poziom zużycia.

Opakowanie wyposażone jest w dwie idealnie przyklejone naklejki, nie wykonane z papieru. Nie odklejają się pod wpływem pary i wilgoci. Nie zawierają zbędnych informacji, wszystko jest dobrze widoczne i rozmieszczone. Myślę, że mogą nieco przeszkadza fankom minimalizmu, ale najważniejszy jest fakt, że jest przejrzyste i nie razi oka zbyt mocno.


Kosmetyk ma postać żółtego, niejednolitego, dość gęstego płynu z wyraźnym schimmerem. Nie jest galaretowaty ani wodnisty, nie spływa z włosów, ale z rąk owszem. Bardzo dobrze się pieni i dociera do wszelkich zakamarków czupryny.

Zapach bardzo przyjemny, wyczuwalny podczas mycia, ale nienachalny. Niemniej jednak jest to zapach specyficzny, słodko-gorzki, wprawiający w dobry nastrój. Niektórych może przyduszać, ale nie mnie. Uważam, ze pachnie świetnie i chętnie po niego sięgam. Bardzo dobrze, ze nie utrzymuje się na włosach długo.


Szampon myje bardzo dobrze i nie obciąża kosmyków, nie są tłuste ani przyklapnięte. Średnio zamyka łuski, co daje efekt lekkiego wygładzenia. Oczywiście konieczna jest odżywka, ale to sprawa konieczna chyba przy wszystkich szamponach. Nie plącze włosów i nie nadaje im matowego wyglądu, a lekki, zdrowy blask. Pomaga też ograniczyć (w niewielkim stopniu, ale jednak) suche i szorstkie końcówki. Po długim czasie używania lekko wysusza.

Opakowanie oceniam na 9 - naprawdę nie ma się czego przyczepić. Zakrętka w porządku, kształt również. Miękkość absolutnie mi nie przeszkadza. Konsystencja - 9,5. Nie za rzadka, nie za gęsta, w sam raz. Zapach - 9,5. Absolutnie dla mnie nowa, dość oryginalna woń, bardzo przyjemna. Działanie 7,5 - dobrze myje i nieźle sobie radzi z odbudowywaniem. Ocena ogólna - 7,5/10.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Wanilia i migdały w roli myjącej kłaki, czyli szampon Timotei do włosów cienkich

Staram się dbać o włosy, a pierwszym krokiem do ich piękna jest mycie odpowiednim specyfikiem. Czy szampon Timotei do włosów cienkich i normalnych z serii "Delikatność" zasłużył sobie na miano szamponu idealnego? Jeśli tylko chcecie się tego dowiedzieć, zapraszam do lektury :)


Szampon zapakowany jest dużą, białą, nieprzezroczystą, dość miękką butelkę rozszerzaną w połowie. U szczytu znajduje się nakrętka na zatrzask, którą łatwo otworzyć bez obaw o paznokcie. Ma ona też swoje minusy - z niewiadomych przyczyn osadza się na niej zgęstniały, glutowaty płyn. W dodatku wylewa się przez nią zbyt dużo.

Bardzo podoba mi się szata graficzna produktu - jest niezwykle zachęcająca. Przedstawiona wanilia i migdały prezentują się niemal tak, jakby były żywe! Oczywiście są one naklejone, jak na większości produktów, ale nie odklejają się i nie tworzą pęcherzyków pod wpływem pary i wody.


Szampon ma bardzo przyjemną konsystencję - mam nawet wrażenie, że jest zbyt rzadka, bo wylewa się z butelki w trybie natychmiastowym i w dużej ilości. Tworzy dużo gęstej piany, która szybko i bezproblemowo się spłukuje.


Podeszłam do tego szamponu bardzo sceptycznie, ponieważ to kosmetyk dwa w jednym, a ja nie lubię takich produktów, gdyż często są bardzo kiepskie. Jednak ten produkt nieco zmienił moją opinię na ich temat! Jest to bardzo dobry oczyszczacz - świetnie myje włosy i lekko odżywia, ułatwia rozczesywanie. Kłaki są bardzo miękkie i przyjemne  w dotyku. Szampon nie spowodował też łupieżu, nie przyspieszył przetłuszczania, dzięki czemu włosy nie są posklejane w nieestetyczne strąki już po kilku godzinach!

Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć, jaką wspaniałą pianę tworzy przy wlaniu naprawdę dużej ilości. Używałam go również jak płynu do kąpieli i jest naprawdę niezły, bo w ogóle nie podrażnia, a do tego wspaniale pachnie! Wyraźnie czuć wanilię, która nie jest ani trochę chemiczna.

Opakowanie - 7/10, działanie - 8,5/10, cena - 8/10, dostępność 9/10, zapach 10/10. Ocena ogólna - 8,5/10.

Naprawdę polecam zarówno jako szampon, jak również płyn do kąpieli. Myślę, że jeszcze do niego wrócę :)

wtorek, 28 lutego 2012

Artiste Hair Care&Styling Szampon oczyszczający i nadający lekkość

Jeśli uważnie śledzicie mojego bloga, to na pewno widziałyście ten szampon - jeśli nie, to zapraszam tutaj - klik!


Opakowanie jest proste i estetycznie - dosyć płaska, szara butelka o pojemności 275ml. Sprawia wrażenie profesjonalnego produktu, mimo że nim nie jest.

Nigdzie nie ma naklejek, więc nie ryzykujemy nieestetycznym odklejeniem papieru. Jest to duży plus, szczególnie przy niskopółkowych produktach.

Szampon ma praktyczny aplikator ukryty pod wbudowaną nakrętką na zatrzask - raczej nie powinien się samoistnie wylać.

Kosmetyk ma konsystencję dosyć stężałej, przezroczystej galaretki. Mimo to łatwo wydobywa się z opakowania, ale nie wylewa.

Aby dokładnie umyć włosy potrzebujemy około dwóch-trzech łyżek galaretki, rozprowadza się więc średnio.

O działaniu tego szamponu możemy sobie podyskutować - dla jednych będzie cudem, dla innych - bublem.

Ja  nie zaliczam się do żadnej grupy - nie jest w moim odczuciu ani zły, ani przesadnie dobry.

Szampon rzeczywiście oczyszcza, ale nie wysusza. Zmywa brud, kurz i kosmetyki do stylizacji. Włosy są miękkie, nieobciążone, ale napuszone. Nie pasuje mi to, wolałabym, żeby szampon eliminował puszenie się moich kłaków.
Nie powoduje łupieżu, łuszczenia się skóry głowy i innych przykrych niespodzianek.

Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Cocamide DEA, Sodium Chloride, DMDM Hydantoin, Parfum, Polyquaternium-7, Disodium-7, EDTA, Methylsothiazolinone, Citric Acid, Propylene Glycol, Aloe Vera Extract, Rosemary Extract, Citrus Medica Limonum (Lemon) Fruit Extract, Citrus Grandis (grapefruit) Fruit Extract, Citrus Aurantium Dulcis Fruit Extract, Panthenol, Benzyl Salicylate, Cinnamyl Alcohol, Citronellol, Eugenol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxycitronellal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde.


Opakowanie 8/10, zapach 7/10, konsystencja 8/10, cena 10/10, dostępność 8/10. Ocena ogólna - 6/10.

Moim zdaniem jest to całkiem niezły szampon, ale raczej do niego nie wrócę.

środa, 28 grudnia 2011

Grudniowe zakupy

W związku z kończącym się miesiącem postanowiłam zaprezentować wszystkie grudniowe łupy :)


                                                                       Zacznijmy od...

Usta dostały aż cztery produkty : dwa do malowania i dwa do pielęgnacji.
Balsamik z Isany, szminkę In the nude Essence i waniliowy błyszczyk z H&M przedstawiałam tutaj.

Zawartość żółtego słoiczka już zniknęła, pomadka z Sensique Sweet Raspberry jest  już na wykończeniu a Myszka Miki na spółkę z nudziakiem czasami goszczą na mych ustach :)

                                   


Dwa kremy z Ziaji - Oliwkowy oraz Tintin.
Oliwkę dostałam pod choinkę jako niezbyt trafiony prezent.
Tintin kupiłam wczoraj przy okazji końcoworocznego wypadu, ponieważ krem ten jest moim ulubionym.











Efekt małego lakierowego szaleństwa :)
Od lewej :
- Lemax 'kulka' 
- Mollon Matt Beauty
- Essence Nail Art Circus Confetti  
- Essence Vampire's Love 02 Into the dark

Lemax to przezroczysty, delikatny, fioletowy lakier nawierzchniowy, Mollon - kryjący, matowy brąz (brak numerka), cyrkowy Essence to bardzo brokatowy brat Lemaxu a wampirzy Essence przedstawiałam wcześniej :)


Bubel miesiąca, prosto z szesnastego katalogu Oriflame z  roku 2011.

Kupiłam go do maskowania wyprysków. Kolor jest okropny, pomarańczowy, nie dopasowuje się do skóry.
Niewiele pomaga, wypróbowałam go na opryszczkę i w tej kwestii działa tak 6/10.

Postaram się dać mu jeszcze szanse w walce z trądzikiem i opryszczką 
:)


Ulubiony żel do mycia twarzy Rival de loop Pure Skin Washgel Peeling-Effekt. 
Delikatnie peelinguje, pomaga w walce z trądzikiem.
Aktualnie mój numer jeden pod każdym względem - ma świetne opakowanie z pompką, estetyczne naklejki i dobra zawartość :)

Zachwyt roku 2011? Zdecydowanie tak!                                                                                                                       f   



Balsam do ciała z Rossmanna, Synergen Body-Lotion [...] mit Koffein.
Kupiony przy okazji pierwszych grudniowych zakupów.

Lekko pachnie, lekko nawilża.                                                                                                                                                 






Szampon oczyszczający artiste.

Przezroczysty, dobrze się pieni, łatwo spłukuje.
Włosy podczas wysychanie są bardzo sypkie, co mnie cieszy (szkoda, że efekt nie utrzymuje się po wyschnięciu).
Bardzo tani, niecałe pięć złotych, w promocji około trzech.





Osławiony puder rozświetlający Essence Vampire's Love Shimmer Powder 01 Lil'vampire.

Był moim pragnieniem i oczekiwaniem. Obecnie jego prestiż zmniejszył się, ale wciąż pozostaje hitem.


                                                                  






                              
                     
                                                    I to byłby już koniec moich grudniowych zakupów.
   Jestem z siebie dumna, kupiłam dużo i o to mi chodziło! Mam nadzieję, że w styczniu będzie tego więcej!

czwartek, 1 grudnia 2011


Zakupy (wprawiające w świetny humor) sprawiają, że budzi się we mnie dzika żądza posiadania coraz większej i większej ilości kosmetyków.

Pierwszy grudnia, pierwsze zakupy, siedem kosmetyków.... Aż boję się myśleć, ile nowości trafi do mojej kosmetyczki do końca miesiąca.

Nie byłabym sobą, gdybym nie rzuciła się na szafę Essence (chociaż to moje pierwsze esencje). Przez pierwsze 10 sekund pożerałam ją wzrokiem, a później po prostu wrzuciłam dwa kosmetyki z limitowanej edycji Vampire's Love. Był to upragniony, ukochany i najpiękniejszy puder rozświetlający Essence Vampire's Love Shimmer Powder 01 lil'vampire oraz wyczekiwany lakier do paznokci w odcieniu 02 Into the dark. Czas pokaże, jak się będą sprawowały.

Koniec makijażowych zakupów? Skądże. Odebrałam moje mini zamówienie z Oriflame, czyli krem korekcyjny Pure Skin Hide&Treat. który ma pomagać w leczeniu wyprysków, maskować je i zabezpieczać (coś czuję, że to kompletny bubel).
Uwzięłam się również na disnejowski błyszczyk H&M Disney Vanilla Lipgloss. Urzekło mnie opakowanie - w domu odkryłam, że pachnie wanilią, którą kocham :)

Kupiłam też trzy kosmetyki z serii potrzebnych, więc zakup usprawiedliwiony :)