Dairy Fun Body Balm Coconut jest kosmetykiem kupionym tylko ze względu na opakowanie. Przyznaję, że słodka etykieta z krówką kompletnie mnie zaćmiły i takim oto sposobem stałam się posiadaczką niezbyt wspaniałego balsamu. Niemniej jednak jest produktem używanym codziennie, a to znaczy, ze recenzja być musi zanim wyrzucę butlę :-)
Balsam zamknięty jest w dużej, 400 mililitrowej butli, przypominającej tę, w której często można spotkać na dziale z nabiałem. Wykonana z dość grubego, białego plastiku pokrytego folią nie przepuszcza światła i niestety nie widać, ile pozostało. Nakrętka na "klik" nie utrudnia wydobywania produktu, a dzięki niewielkiemu otworowi z opakowania nie wypłynie nawet kropla balsamu, jeśli nie naciśniemy lub nie potrząśniemy.
Butelka została opatrzona w jedną, naprawdę wielką naklejkę, która zajmuje całą powierzchnię oprócz szyjki. Wykonana z szeleszczącej folii przyklejonej w maksymalnie dwóch miejscach lubi się miąć, ale na szczęście nie pęcherzykuje. Szata graficzna bardzo mi się spodobała i głównie dlatego kupiłam balsam. Krówka w połączeniu z ładnym kolorem i rysunkiem całkowicie mnie ujęła swoją słodkością!
Konsystencja balsamu średnio przypadła mi do gustu, mimo że zaraz po wyciśnięciu przypomina gęsty jogurt. Niestety później nie ma tak różowo. Podczas nakładania staje się bardzo śliski i potrzeba chwili, żeby porządnie go wsmarować. Całe szczęście, że wystarcza naprawdę niewielka ilość do pokrycia całego ciała. Wchłania się około dwóch minut, a więc bardzo szybko i nie pozostawia po sobie nawet śladu filmu, co mnie cieszy.
Zapach w opakowaniu jest bardzo ładny, mocno kokosowy i całkiem naturalny. Po rozsmarowaniu jednak zaczyna przeradzać się w niekoniecznie piękną woń. Czuć wtedy coś pomiędzy papierosami a długo stojącą, nienadającą się już do spożycia zieloną, zjełczałą herbatą. Nie jest zbyt mocny, ale przez minimum pół godziny wyczuwalny. Jak łatwo się domyślić, nie przypadł mi do gustu.
Działanie balsamu jest bardzo przeciętne i nie zadowala mnie nawet w połowie. Pojawia się dopiero kilka godzin po aplikacji, co oczywiście nie podoba mi się. Nawilża on tak minimalnie, że niemal niewyczuwalnie. Lekko wygładza i zmiękcza skórę, ale jest to efekt doraźny i chwilowy, a ja takowego nie potrzebuję.
Opakowanie - 9 - ładne, wygodne, nic nie kapie itd. Konsystencja - 6 - przyjemna, choć zbyt śliska. Zapach - 2 - początkowo piękny kokos, później papierosy i zgniła herbata. Działanie - 4 - lekkie, minimalne nawilżenie i wygładzenie. Ocena ogólna - 4/10. Dość słaby produkt dla niewymagających :)
środa, 10 października 2012
poniedziałek, 8 października 2012
Tag: Dziesięć pytań, czyli kolejna część opowieści :)
Uwielbiam tagi. Kocham je czytać i na nie odpowiadać, więc szczególnym uczuciem darzę te, do których każdy może się dołączyć. Do tej grupy należy także dzisiejszy, czyli dziesięć pytań, które podpatrzyłam u Kamili, z którą niedawną przeprowadziłam miłą wymianę :-)
Które kolory preferujesz w ubiorze, a które w kolorówce?
Jak długo prowadzisz bloga i co zmotywowało Cię do jego założenia?
Kosmetycznego bloga prowadzę od listopada minionego roku, czyli około jedenastu miesięcy. Motywacją była chęć dzielenia się z innymi kosmetycznym nałogiem, który jest tak dobrze odbierany w blogosferze. Przyznaję, że początkowo szło mi bardzo źle i dopiero zazdrość o to, że inne osoby mają tak dużo ciekawych postów sprawiła, że zaczęłam przykładać się do pracy, którą naprawdę mocno polubiłam :-)
Wolisz zakupy w sklepach stacjonarnych czy internetowych?
Zdecydowanie preferuję sklepy stacjonarne, gdyż mam szansę obejrzenia produktu na żywo, aniżeli tylko na obrazku. Wiadomo, że często to, co widzimy w sieci odbiega od tego, co widzimy w tradycyjny sklepie. Ponadto nie ma problemów z płatnością i oczekiwaniem na paczkę.
Jakiej zagranicznej firmy kosmetycznej najbardziej brakuje Ci w Polsce?
Po dłuższym zastanowieniu oznajmiam, że najbardziej brakuje mi Alverde. Zaraz za nim jest Balea, a oczko niżej p2 i Kiko. Widok ich produktów sprawia, że ślinka mi cieknie. Myślę, że te firmy zrobiłyby furorę w Polsce i dobrze by się przyjęły.
Dbasz jakoś szczególnie o swoje włosy? (olejowanie, maski, odżywki itp.)
Oczywistym jest, że tak. Przy suchych i łatwo niszczących się kudełkach trudno nie poświęcać czasu na ratowanie ich. Używam głównie łagodnych szamponów bez SLS i SLES, odżywek i masek bez parabenów i innych konserwantów. Staram się wykluczyć silikony w kosmetykach pielęgnacyjnych, ograniczając się do tych rozpuszczających się w wodzie. Używam też olejów na długość i skalp, wcierek i co jakiś czas laminuję żelatyną. Silikony przydają mi się jednak w serach regenerujących do końcówek.
Czy Twoi znajomi wiedzą o tym, że prowadzisz bloga?
Niektórzy tak, ale głównie grono najbliższych znajomych. Fakt, że prowadzę bloga jest im znany, tematyka i adres już nie. Wolę mieć choćby jeden kąt, gdzie nie zaglądają osoby znane mi ze szkoły itd.
Poleć jakiś kosmetyk, z którego jesteś wyjątkowo zadowolona.
Balsam do ust w tubce Lovely Liquid Lip Balm z mentolem i kamforą oraz lakier do paznokci Catrice Beam Me Scotty z limitowanki Out Of Space. Bardzo lubię też wiele innych kosmetyków, których recenzje znajdziecie na blogu.
Które kolory preferujesz w ubiorze, a które w kolorówce?
Ubieram się w bardzo różnych barwach, najbardziej lubię jednak brąz, czerń, beż, szarość, czerwień, biel i granat.
Podobnie jest z kolorówką, wybieram głównie beże i delikatne brązy w połączeniu z niebieskością.
Co Twoja rodzina i przyjaciele myślą o tym, że prowadzisz blog?
Proponuje odnieść się do punktu piątego. Uważają, że powinnam robić to co lubię i że każda praca, która nie hańbi wymaga wysiłku, który popełniam na własną odpowiedzialność jest dobrą sprawą. Ogólnie mówiąc nie mieszają się do moich spraw związanych z blogowaniem, nie biorąc pod uwagę mamy, którą dziwią często otrzymywane przeze mnie przesyłki :D
Moje pytania:
1. Co, Twoim zdaniem, denerwuje czytelnika na blogach?
2. Czy nałóg kosmetyczny ogranicza Twój budżet do tego stopnia, że nie możesz pozwolić sobie na zachcianki związane z jedzeniem, domem itd ?
3. Czy pozostaniesz blogerką także, gdyż przestaniesz go prowadzić, o ile podejrzewasz, że w pewnym czasie uznasz, że nie potrzebujesz blogosfery?
4. Czy ogarnia Cię prawdziwa, niepohamowana zazdrość, gdy widzisz rzeczy, na które nie możesz sobie pozwolić?
5. Największy błąd popełniony za młodu, którego konsekwencje odczuwasz do dziś.
6. Jesteś osobą kreatywną, pełną pomysłów, z milionem pomysłów na minutę, która nie marnuje czasu na błahostki?
7. Jakie uczucia wywołuje w Tobie trwająca teraz jesień?
8. Czy podążasz za modą, porzucają w niepamięć dawne trendy, zarówno w kosmetykach, jak i ciuchach oraz życiu?
9. Wierzysz w siły nadprzyrodzone?
10. Jaki rodzaj książek sprawia, że odpływasz i zapominasz o świecie?
Taguję:
A jeśli ktoś miałby ochotę odpowiedzieć poza osobami wyznaczonymi to informuję, że można i chętnie poczytam wasze wywody :)
niedziela, 7 października 2012
Październik miesiącem maseczek - Średniaczek! BingoSpa Maska do twarzy z proteinami kaszmiru i jedwabiu
Mniej więcej pod koniec lipca dostałam paczkę od firmy BingoSpa, która zawierała trzy kosmetyki do przetestowania. Serum do ciała oraz szampon już zrecenzowałam, a dziś czas na ostatni produkt, mianowicie maskę do twarzy z proteinami kaszmiru i jedwabiu. Długo zwlekałam z postem na ten temat, gdyż dawałam jej wiele szans na wykazanie się i niestety nie udało się. O moim wrażeniach poczytacie w dalszej części notki.
Produkt zamknięty jest w typowy dla firmy słoiczek o kształcie walca. Wykonany z plastiku jest dość wygodny, gdyż dobrze trzyma się w dłoni i łatwo odkręca. Duża, płaska nakrętka nie wymaga łamania paznokci, ale nie ma mowy o samoistnym otwarciu. Pudełeczko od nowości nie posiadało zabezpieczenia w formie srebrnej folii czy też plastikowej osłonki, co oceniam niestety na minus.
Opakowanie urodą nie grzeszy, a dzieje się tak z powodu wielkiej naklejki okalającej niemal całą jego powierzchnię. Wykonana z papieru bardzo szybko się niszczy i wygląda nieestetycznie. Błyskawicznie powstają na niej zadarcia i plamy, a także oblepione klejem miejsca, gdzie papier już zszedł. Szata graficzna jest zwyczajnie brzydka, zamieszczono skład i nazwę, a właściwości pominięto.
Konsystencja maski to dość gęsty żel o przezroczystej barwie. Bardzo łatwo wydobywa się z opakowania i równie prosto nakłada na skórę. Wystarcza niewielka ilość, aby pokryć całą powierzchnię np. twarz czy dekolt. Cały czas trzyma się na wybranym miejscu, nie spływa i nie zasycha. Dobrze się zmywa, gdyż nie pozostawia na skórze klejącego filmu czy resztek.
Zapach jest trudny do dokładnego zidentyfikowania, bo pachnie raczej neutralnie. Dokładniej mówiąc - kosmetycznie. Nie jest to niestety najpiękniejsza i upojna woń, jednak nie wyzwala odruchu wymiotnego. Muszę przyznać, że na skórze jest niemal niewyczuwalna. Ponadto nie dusi, nie przytłacza i z łatwością możemy zapomnieć, że została nałożona :-)
Działanie maseczki jest naprawdę przeciętne. Minimalnie nawilża skórę i sprawia, że jest nieco jędrniejsza. Niestety nie zaobserwowałam większej ilości pozytywów. Rzuciły mi się w oczy działania uboczne, czyli małe, bolesne pryszcze na szyi i dekolcie w niedużej ilości kilka godzin po zastosowaniu produktu. Stosowałam ją tylko na wymienione miejsca, gdyż podejrzewałam, ze może zrobić mi kataklizm na twarzy.
Opakowanie - 5 - duże, bardzo zwyczajne, brzydka szata graficzna. Konsystencja - 9 - gęsta, żelowa, łatwo się nakłada. Zapach - 3 - kosmetyczny, lekki, jednak nieciekawy. Działanie - 3 - lekkie nawilżenie i ujędrnienie, ale naprawdę minimalne. Ponadto bolesne pryszczyki wyskakujące po aplikacji. Ocena ogólna - 4/10. Produkt bardzo przeciętny, który niestety nie zdobył mojego serca.
sobota, 6 października 2012
Wrześniowe zakupy
Po raz kolejny postanowiłam zaprezentować Wam moje comiesięczne zakupy. Czynię to tym chętniej, że nie wydałam na łupy fortuny ani nie wykupiłam połowy drogerii. Udało mi się zdobyć całkiem przyjemne kosmetyki, których większością jest pielęgnacja. Zrezygnowałam z dużej ilości kolorówki, której i tak nie używam za często. Tak więc pełna zadowolenia zapraszam do obejrzenia wrześniowych zakupów :)
Wszystkie zakupy kosztowały mnie 128,93. Myślę, że to całkiem dobry i nieduży wynik. Jestem bardzo zadowolona z tak małej ilości produktów i mam nadzieję, że będą się dobrze sprawowały aż do dna!
- w7, Pin Up Lip Balm Slider, Saucy Strawberry - 6,79
- Essence, Black&White, Nail Polish, White Hype - 5,00 (sale u Greatdee)
- Catrice, Cucuba, Brozning Powder, Brown - 8,99
- Catrice, Ultimate Colour, 150 Lovely Lilac - 11,99
- Green Pharmacy, Eliksir ziołowy do włosów łamliwych, zniszczonych i farbowanych - 6,99
- Joanna, Naturia, Odżywka bez spłukiwania do włosów zniszczonych - 3,79
- Alterra, Granat i Aloes, Maska nawilżająca do włosów suchych - 9,69
- Eva Natura, Herbal Garden, Pielęgnacyjny tonik do twarzy - 8,99 + 7,49
- Alterra, Nawilżane chusteczki oczyszczające z aloesem - 2,79
- La Roche-Posay, Effaclar Duo, Krem eliminujący zmiany trądzikowe o podwójnym działaniu - 10,00 (sale u Greatdee)
- Rival de Loop, Pure Skin, Żel do mycia twarzy z peelingiem - 8,49
- Isana, Bezacetonowy zmywacz do paznokci - 2,49
- Nivea, Deodorant, Pure&Natural Action, Jasmine Deo Spray - 8,99
- Bentley Organics, Calming Body Lotion with Lavender and Chamomile 7,00
- Lovely, Liquid Lip Balm, Smoothes, heals and protects your lips - 3 x 4,49 = 13,47
- Lovely, Natiral Lip Stick, Smoothes, heals and protects your lips - 3,99
Wszystkie zakupy kosztowały mnie 128,93. Myślę, że to całkiem dobry i nieduży wynik. Jestem bardzo zadowolona z tak małej ilości produktów i mam nadzieję, że będą się dobrze sprawowały aż do dna!
czwartek, 4 października 2012
Błyszczykowe KWC! Max Factor Max Effect Gloss Cube 01 Soft Rose
Produkty do ust są moją wielką miłością i małym uzależnieniem. Ich używanie wiąże się oczywiście z szukaniem ideału, który dzisiaj opiszę. Max Factor Max Effect Gloss Cube 01 Soft Rose jest błyszczykiem tak wspaniałym, że recenzja bezapelacyjnie mu się należy! Nigdy nie spotkałam się z tak dobrym mazidłem do nakładania na wargi w kategorii kolorówkowej. Zapraszam na dalszą część posta naładowanego pochwałami!
Błyszczyk zapakowany jest w bardzo profesjonalnie wyglądające opakowanie. Niespecjalnie długi prostopadłościan to duża wygoda - nie ślizga się nie wypada z dłoni. Umieszczony jest na niedużej zakrętce, łatwo odkręcającej się nakrętce aplikator to typowa gąbeczka. Jej gabaryty są naprawdę małe, ale mimo to dobrze się nim maluje. Nabiera odpowiednią ilość do pokrycia połowy wargi, ale wbrew pozorom nie trzeba się wiele namachać, aby usta wyglądały reprezentacyjnie.
Opakowanie produktu zostało uraczone trzema naklejkami o minimalnych rozmiarach. Nie zadzierają się ani nie brudzą, a tylko jedna wykonana jest z papieru. Szata graficzna wygląda świetnie. Przejrzysta, profesjonalna, nienachalna 'aplikacja' w połączeniu z czarną nakrętką bardzo mi się podoba. Całość sprawia wrażenie bardzo porządnego produktu - nie jest to w sumie dziwne, gdyż błyszczyk właśnie taki jest.
Konsystencja błyszczyku - ideał. Produkt jest gęsty, ale świetnie się rozprowadza. Aplikacja nie sprawia żadnych problemów, jest szybka i równomierna. Porządnie trzyma się warg, nie rozmazuje poza kontur ust. Nie zbija się w grudki ani nie pozostawia smug. Ponadto jest bardzo wydajny, gdyż na pomalowanie całości nie potrzeba zbyt dużej ilości produktu.
Zapach również bardzo mi się spodobał. Jest lekki, kwaskowaty, owocowy. Nawet w najmniejszym stopniu nie czuć go typowym, kosmetycznym smrodkiem, ale jeżeli już, to są to niemal niewyczuwalne nuty. Czuć w nim świeżość kompletnie nie kojarzącą się z błyszczykiem. Pierwszy raz spotykam się z tak ciekawą wonią, która nie dusi i nie przyprawia o mdłości czy bóle głowy.
Kolor, który produkt posiada całkowicie mnie zachwycił i zniewolił! Jest to naprawdę bardzo jasny odcień różu, kojarzący się z opakowaniami niektórych prezentów w romantycznym stylu. Można porównać go też do maksymalnie rozbielonego, truskawkowego shake'a. Na ustach staje się niemal transparentny, ale nadaje im mlecznej barwy. Podbija naturalny kolor warg i nadaje im powabu.
Błyszczyk wyrównuje kolor ust i nadaje im pełniejszego kształtu. Sprawia, że wyglądają ponętnie i bardzo przyjemnie. Delikatnie je zmiękcza i wygładza. Nie wysusza, ale też nie nawilża. Optycznie przydaje wargom sprężystości i bardzo mnie to cieszy. Nie powoduje pieczenia, swędzenia, uczuleń. Nie likwiduje suchych skórek, ale to nie należy do jego zadań.
Opakowanie - 10 - bardzo profesjonalne, wygodne, naprawdę ładne. Konsystencja - 10 - lekka, gęsta, dobrze się rozprowadza. Zapach - świeży, kwaskowaty, nieduszący, idealny. Kolor - 9,5 - mleczny, delikatny, śliczny. Mógłby być odrobinę bardziej intensywny. Działanie - 9 - wyrównuje kolor ust, nie wysusza, dodaje powabu. Ocena ogólna - 9,5/10. Błyszczykowe KWC!
Błyszczyk zapakowany jest w bardzo profesjonalnie wyglądające opakowanie. Niespecjalnie długi prostopadłościan to duża wygoda - nie ślizga się nie wypada z dłoni. Umieszczony jest na niedużej zakrętce, łatwo odkręcającej się nakrętce aplikator to typowa gąbeczka. Jej gabaryty są naprawdę małe, ale mimo to dobrze się nim maluje. Nabiera odpowiednią ilość do pokrycia połowy wargi, ale wbrew pozorom nie trzeba się wiele namachać, aby usta wyglądały reprezentacyjnie.
Opakowanie produktu zostało uraczone trzema naklejkami o minimalnych rozmiarach. Nie zadzierają się ani nie brudzą, a tylko jedna wykonana jest z papieru. Szata graficzna wygląda świetnie. Przejrzysta, profesjonalna, nienachalna 'aplikacja' w połączeniu z czarną nakrętką bardzo mi się podoba. Całość sprawia wrażenie bardzo porządnego produktu - nie jest to w sumie dziwne, gdyż błyszczyk właśnie taki jest.
Konsystencja błyszczyku - ideał. Produkt jest gęsty, ale świetnie się rozprowadza. Aplikacja nie sprawia żadnych problemów, jest szybka i równomierna. Porządnie trzyma się warg, nie rozmazuje poza kontur ust. Nie zbija się w grudki ani nie pozostawia smug. Ponadto jest bardzo wydajny, gdyż na pomalowanie całości nie potrzeba zbyt dużej ilości produktu.
Zapach również bardzo mi się spodobał. Jest lekki, kwaskowaty, owocowy. Nawet w najmniejszym stopniu nie czuć go typowym, kosmetycznym smrodkiem, ale jeżeli już, to są to niemal niewyczuwalne nuty. Czuć w nim świeżość kompletnie nie kojarzącą się z błyszczykiem. Pierwszy raz spotykam się z tak ciekawą wonią, która nie dusi i nie przyprawia o mdłości czy bóle głowy.
Kolor, który produkt posiada całkowicie mnie zachwycił i zniewolił! Jest to naprawdę bardzo jasny odcień różu, kojarzący się z opakowaniami niektórych prezentów w romantycznym stylu. Można porównać go też do maksymalnie rozbielonego, truskawkowego shake'a. Na ustach staje się niemal transparentny, ale nadaje im mlecznej barwy. Podbija naturalny kolor warg i nadaje im powabu.
Błyszczyk wyrównuje kolor ust i nadaje im pełniejszego kształtu. Sprawia, że wyglądają ponętnie i bardzo przyjemnie. Delikatnie je zmiękcza i wygładza. Nie wysusza, ale też nie nawilża. Optycznie przydaje wargom sprężystości i bardzo mnie to cieszy. Nie powoduje pieczenia, swędzenia, uczuleń. Nie likwiduje suchych skórek, ale to nie należy do jego zadań.
Opakowanie - 10 - bardzo profesjonalne, wygodne, naprawdę ładne. Konsystencja - 10 - lekka, gęsta, dobrze się rozprowadza. Zapach - świeży, kwaskowaty, nieduszący, idealny. Kolor - 9,5 - mleczny, delikatny, śliczny. Mógłby być odrobinę bardziej intensywny. Działanie - 9 - wyrównuje kolor ust, nie wysusza, dodaje powabu. Ocena ogólna - 9,5/10. Błyszczykowe KWC!
środa, 3 października 2012
Tag: Październik miesiącem maseczek
Wszem i wobec chciałabym ogłosić, że październik będzie u mnie miesiącem maseczkowym! Stanie się tak dzięki nowemu tagowi, do którego każdy może przystąpić. O co w ogóle chodzi w tej akcji? Należy raz w tygodniu nałożyć maseczkę i zrobić jej recenzję. Proste? Bardzo proste, jednak normalnie mobilizacji mi brak a teraz na pewno się uda!
Czas trwania: PAŹDZIERNIK
Zasady tagu:
- umieść baner z linkiem do inicjatora tagu
- umieść zasady tagu w poście na swoim blogu
- dopisz się do listy obserwatorów pomysłodawczyni tagu
- napisz kto Cię otagował
- zamieść raz w tygodniu recenzję co najmniej jednej testowanej maseczki
- otaguj minimum 5 osób
Inicjatorką tagu jest Malina (klik-klik), jednak ja podejrzałam go u Pigeon's Beauty. Autorka drugiego bloga pozwoliła tagować się każdemu, co też uczyniłam. Ze swej strony chciałabym, aby do akcji przyłączyły się:
Bella z bella-beauty-bella.blogspot.com
Natalia z moje-kosmetyki-byn.blogspot.com
xkeylimex z xkeylimex.blogspot.com
jamapi z wchwililuzu.blogspot.com
Panna-Kokosowa z panna-kokosowa.blogspot.com
Cosmetics Freak z cosmeticsfreak.blogspot.com
Mam nadzieję, że to da mi motywację do używania maseczek, gdyż jestem pewna, że skóra byłaby mi wdzięczna!
wtorek, 2 października 2012
Mleczkiem go! Lirene Dermoprogram Oczyszczające mleczko do demakijażu twarzy i oczu
Makijaż na mojej twarzy pojawia się niezwykle rzadko, ale jak wiadomo nawet najlepszy trzeba kiedyś zmyć i to najlepiej przeznaczonym do tego produktem. Bardzo ułatwiającym tę czynność preparatem jest oczyszczające mleczko do demakijażu twarzy i oczu Lirene Dermoprogram. Mam swoje powody by tak twierdzić, więc chętnie się nimi z Wami podzielę :-)
Mleczko zamknięte jest w typowe dla produktów Lirene opakowanie, które jest spłaszczone i lekko rozszerzające się ku górze. Nakrętka na "klik" otwiera się wyśmienicie i bezproblemowo, gdyż posiada wgłębienie umożliwiające łatwe korzystanie z produktu bez uszczerbku na paznokciach. Niemal całkowicie spłaszczony aplikator jest prosty w obsłudze i dozuje odpowiednią ilość mleczka. Nic nie wylewa się nadmiernie i uważam to za wielką wygodę. Niestety jest nieprzezroczyste i nie widać poziomu zużycia.
Opakowanie produktu dostało dwie naklejki. Są tak dobrze przyklejone, że dopiero po dokładnym przyjrzeniu się widać ich kontury czy też granice. Nie zaobserwowałam żadnych pęcherzyków, pęknięć czy zadrapań na ich powierzchni. Nadruk całkiem ładny, w przyjemnej dla oka barwie i z delikatnym, kwiatowym wzorem. Całość prezentuje się lekko i nienachalnie i bardzo mi to odpowiada.
Konsystencja jest typowa dla tego typu produktów, a więc lejąca i całkiem sporo gęstsza od wody. Świetnie rozprowadza się po skórze i równie łatwo zmywa. Ponadto bardzo szybko się wchłania i należy zmyć go wodą i żelem, gdyż w przeciwnym razie kosmetyki makijażowi wchłoną się zamiast być usunięty, co może skutkować zanieczyszczeniami i innymi niespodziankami.
Zapach mleczka jest naprawdę przyjemny. Bardzo lekki, przyjemny aromat lipy połączonej z wonią migdałów tworzy miłą dla nosa otoczkę. Dzięki niemu demakijaż nie nastręcza trudności z powodu nieprzyjemnego smrodku. Wręcz przeciwnie - umila tę czynność. Myślę jednak, że na lato byłby zbyt ciężki i zapychający.
Lewa strona - przed użyciem mleczka. Prawa strona - po kilkukrotnym przetarciu wacikiem z produktem Lirene.
Jak widać na powyższym zdjęciu (prawa strona) działanie mleczka jest bardzo dobre. Po pierwszym przetarciu całkowicie zmywa bronzer, cienie i kredkę. Eyeliner poddał się natomiast po trzech. Lipstain osłabł już za drugim razem. Oprócz tego lekko nawilża i minimalnie natłuszcza skórę. Wiąże się to z zapychaniem, gdyż zmywak zawiera parafinę, więc myję nim tylko oczy, a następnie myję cerę żelem. Ponadto lekko wygładza i nadaje efekty satyny.
Opakowanie - 9 - lekkie, poręczne, świetna nakrętka. Konsystencja - 10 - lejąca, dobrze się rozprowadza, szybko wchłania. Zapach - 9 - przyjemny, odrobinę za ciężki na lato, teraz w sam raz. Działanie - 8 - dobrze zmywa, nawilża, odrobinę zapycha, dlatego nie myję nim twarzy, a jedynie oczy. Ocena ogólna - 9/10. Bardzo dobrej jakości produkt, zdecydowanie warty uwagi!
Mleczko zamknięte jest w typowe dla produktów Lirene opakowanie, które jest spłaszczone i lekko rozszerzające się ku górze. Nakrętka na "klik" otwiera się wyśmienicie i bezproblemowo, gdyż posiada wgłębienie umożliwiające łatwe korzystanie z produktu bez uszczerbku na paznokciach. Niemal całkowicie spłaszczony aplikator jest prosty w obsłudze i dozuje odpowiednią ilość mleczka. Nic nie wylewa się nadmiernie i uważam to za wielką wygodę. Niestety jest nieprzezroczyste i nie widać poziomu zużycia.
Opakowanie produktu dostało dwie naklejki. Są tak dobrze przyklejone, że dopiero po dokładnym przyjrzeniu się widać ich kontury czy też granice. Nie zaobserwowałam żadnych pęcherzyków, pęknięć czy zadrapań na ich powierzchni. Nadruk całkiem ładny, w przyjemnej dla oka barwie i z delikatnym, kwiatowym wzorem. Całość prezentuje się lekko i nienachalnie i bardzo mi to odpowiada.
Konsystencja jest typowa dla tego typu produktów, a więc lejąca i całkiem sporo gęstsza od wody. Świetnie rozprowadza się po skórze i równie łatwo zmywa. Ponadto bardzo szybko się wchłania i należy zmyć go wodą i żelem, gdyż w przeciwnym razie kosmetyki makijażowi wchłoną się zamiast być usunięty, co może skutkować zanieczyszczeniami i innymi niespodziankami.
Zapach mleczka jest naprawdę przyjemny. Bardzo lekki, przyjemny aromat lipy połączonej z wonią migdałów tworzy miłą dla nosa otoczkę. Dzięki niemu demakijaż nie nastręcza trudności z powodu nieprzyjemnego smrodku. Wręcz przeciwnie - umila tę czynność. Myślę jednak, że na lato byłby zbyt ciężki i zapychający.
Lewa strona - przed użyciem mleczka. Prawa strona - po kilkukrotnym przetarciu wacikiem z produktem Lirene.
Jak widać na powyższym zdjęciu (prawa strona) działanie mleczka jest bardzo dobre. Po pierwszym przetarciu całkowicie zmywa bronzer, cienie i kredkę. Eyeliner poddał się natomiast po trzech. Lipstain osłabł już za drugim razem. Oprócz tego lekko nawilża i minimalnie natłuszcza skórę. Wiąże się to z zapychaniem, gdyż zmywak zawiera parafinę, więc myję nim tylko oczy, a następnie myję cerę żelem. Ponadto lekko wygładza i nadaje efekty satyny.
Opakowanie - 9 - lekkie, poręczne, świetna nakrętka. Konsystencja - 10 - lejąca, dobrze się rozprowadza, szybko wchłania. Zapach - 9 - przyjemny, odrobinę za ciężki na lato, teraz w sam raz. Działanie - 8 - dobrze zmywa, nawilża, odrobinę zapycha, dlatego nie myję nim twarzy, a jedynie oczy. Ocena ogólna - 9/10. Bardzo dobrej jakości produkt, zdecydowanie warty uwagi!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















