wtorek, 9 kwietnia 2013

Zapomnij o stresie z Nivea Anti-Perspirant Stress Protect Stick

Stresowe sytuacje zdarzają się często i niespodziewanie. Oprócz kołatania serca dochodzi jeszcze nieprzyjemny zapach potu. A właściwie już nie dochodzi, ponieważ zwalcza go mój nowy przyjaciel :) Najnowszy antyperspirant Nivea od razu przypadł mi do gustu i odkąd go mam jesteśmy nierozłączni. Chętnie podzielę się z Wami opinią na temat obiektu mojego uwielbienia.

 Nivea Anti-Perspirant Stress Protect Stick

Nivea wyprodukowała w sumie sześć produktów z linii Stress Protect - antyperspirant w sztyfcie, sprayu i w kulce, a każdy z nich ma wersję męską i damską. Ja wybrałam sztyft, ponieważ bardzo nie lubię kulek, a spraye powiększają dziurę ozonową :D Może te z Nivea nie, ale nie będę wypowiadać się na temat zawartości freonów. A tak na serio - łatwiej mi się aplikuje sztyft niż aerozol. Przejdźmy jednak do właściwej części recenzji.

Sztyft ma wygodne opakowanie, łatwe do utrzymania w dłoni, a jednocześnie porządnie wykonane. Pod plastikową nasadką znajduje się druga, mniejsza, dzięki której widać, że nikt się wcześniej nie dobrał do naszego egzemplarzu. 
U dołu natomiast mamy pokrętło, które służy do wysuwania produktu. Działa bez zarzutu, co bardzo mnie cieszy. Używam go każdego ranka i nie mam czasu na użeranie się z niedziałającym opakowaniem. Ponadto wygląda naprawdę ładnie. Ma trzy naklejki, dobrze przyklejone i niezadzierające się. Jedna z nich jest ukryta pod drugą. Nic się nie ściera ani nie odkleja. Dodatkowo dobrze prezentuje się na półce, lubię, gdy design jest z niewielką ilością napisów i biały. Plus za pomarańczowe elementy.  


Sztyft ma kremową konsystencję, jest jednak na tyle twardy, że nie rozpływa się w kontakcie z skórą. Aplikuje się bardzo przyjemnie, wystarczy jedno pociągnięcia do pokrycia całej pachy. Pozostawia lekki film, jednak aksamitny, nie m to nic wspólnego z tłustością. Mogę przyczepić się tylko do jednego - pozostawia lekki, biały pyłek na skórze, który mi nie przeszkadza teraz, w zimie (wiośnie), ale może stanowić niewielki problem w lecie przy bluzkach na ramiączkach.

Antyperspirant ślicznie pachnie, lekko kwiatowo. Zapach utrzymuje się na skórze cały dzień, jest jednak bardzo dyskretny i nie konkuruje z perfumami.
Nałożony rano utrzymuje ochronę do zmycia, w moim przypadku jest to około piętnastu godzin, ale wytrzymałby dłużej. Nie wychodzi ani kropla potu, skóra jest sucha. Nie powstają podrażnienia ani przesuszenia. Przy wysokiej temperaturze i zmęczeniu pachy zaczynają wilgotnieć, ale nie czuć nieprzyjemnego zapachu, nie ma też plam na ubraniach.
Produkt zawiera aluminium, co mi nie przeszkadza. Toleruję ten fakt, gdyż produkty bez tego składnika nie działają na mnie. 

Antyperspirant dostaje ode mnie ocenę 9/10, uwielbiam go :) Znalazłam prawie ideał. 

Dziękuję firmie Nivea za udostępnienie mi kosmetyku do testów. Fakt, że dostałam go za darmo nie wpływa na moją opinię.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Hikki fotografuje

Założyłam bloga o fotografii. Wszystko opisałam w pierwszej notatce. Zapraszam!

Marcowe zakupy

W marcu nie dałam się ponieść zakupowemu szałowi i nie przygarnęłam pod swoje skrzydła wiele. Faktycznie jest tego więcej niż zużyć, ale większość pochodzi z wymian, także nie będę panikować. Szczerze mówiąc, taka ilość to u mnie norma i nie widzę w tym nic złego. Z prawie wszystkich jestem bardzo zadowolona, więc chętnie przybliżę Wam każdy z nich :)

  
Jak widać, nie ma tego tak dużo. Powstrzymałam się od kupowania nowości Essence, wzięłam tylko matowy błyszczyk. Także moja włosomania i żelomania nie uzyskała wielu nowych przyjaciół.


Prawdziwą kąpiel z mnóstwem piany i innych dodatków biorę bardzo rzadko, więc płyny pojawiają się w moim domu niezbyt często. Zaskoczeniem jest dla mnie fakt, iż w marcu przygarnęłam aż dwa - Luksja Caramel Waffle (7,99zł) oraz Avon - Choinka, który dostałam w ramach wymiany. Oba pięknie pachną, póki co użyłam karmelowego razy dwa :] Dalej mamy Kamill Wellness Shower Rhabarber-Limette (2,99zł), który powiększył moje żelowe zasoby. Następnie Olej z avocado Fitomed, również z wymiany. Nakładam na włosy, ale świetnie zmywa makijaż. Ostatnim produktem w tej grupie jest Ziaja Naturalny oliwkowy krem do rąk i paznokci (5,99zł), do którego nie pałam szczególną miłością.

 
Tutaj mamy grupkę całkowicie bezpłatną :D W ramach wymiany dostałam dwa mydła Tso Moriri - Kibica i Glicerynowe Liść Grapefruita. Póki co mam do zużycia żel, ale tym drugim już raz się umyłam. Dalej znajduje się próbka mydełka firmy nieznanej. Antyperspirant Nivea Stress Protect dostałam od firmy, gdyż można było się zgłosić i jak wiele zostałam wybrana. Sprawdza się świetnie, recenzja za dwa tygodnie. O kremie na noc Niszcz Pryszcz DLA marzyłam od dawna i wreszcie mam! Będę nakładać punktowo, bo boję się wysypu.


Wreszcie mam kosmetyk wysokopółkowy :D A właściwie jego miniaturkę, mianowicie Clinique Up-Lighting Liquid Illuminator, czyli po prostu płynny roświetlacz. Skusiłam się na Essence Stay Matt Lip Cream 01 Velvet Rose (8,99), który niestety trochę mnie rozczarował. Udało mi się zdobyć upragniony Essence Marble Mania Blush Swirlpool (7zł). Już kiedyś go miałam, ale potłukł się i oddałam innej blogerce. Kupiłam też balsam do ust Tisane (9,2zł) oraz dostałam Oriflame Pure Nature Organic Red Apple & Oat Nourishing Lip Balm. Oba sprawdzają się bardzo dobrze.


Oszalałam na punkcie My Secret Hot Colors Nail Polish 164 Pearl Glow (4,99zł), więc musiałam go przygarnąć. Avon Color Trend Ice Sheers Refreshing Pear jest dla mnie jednocześnie i ładny, i brzydki :P Editt Lakier do paznokci szybkoschnący Bezbarwny służy mi jako baza pod kolorowe emalie.
  


Dostałam też kilka różnych próbek, w tym box od Vichy :) Z wymiany mam kolejną próbkę delikatnego peelingu Jadwiga, który uwielbiam!

A jak tam Wasze łupy? Upolowałyście coś ciekawego?

sobota, 6 kwietnia 2013

Włosowe aktualizacje - po 5. miesiącu

Zacznę od tego, że choć wiem, jak głupio to brzmi - uwielbiam pielęgnować swoje włosy. Kocham dostarczać im potrzebnych składników, masek, odżywek, różnych innych kosmetyków. Dodam jeszcze, że są mi wdzięczne, gdyż coraz lepiej wyglądają i daje mi to wielką motywację do dalszych działań. 3 kwietnia minęło pięć miesięcy, od kiedy naprawdę mocno zaczęłam przykładać się do pielęgnacji czupryny. Sama się dziwię, że to już tak długo. Zapraszam na aktualizację :)

 05.03.13                                                             06.04.13                    


 Długość z tyłu - 41,5cm, najkrótsze - ok. 40, zebrane razem - ok. 41cm

Moje włosy rosną, chociaż akurat w porównaniu tych dwóch zdjęć nie bardzo to widać. Ich średni miesięczny przyrost to około jednego centymetra, a więc niewiele. Przyzwyczaiłam się do tego i szybko zauważam , że są dłuższe, choćby podczas czesania lub po związaniu w kucyk. Jak można ujrzeć na zdjęciu, ich końcówki nie są rzadkie, a tak samo gęste jak reszta włosów. Całość staje się coraz bardziej miękka, gładka, błyszcząca, aż mam ochotę ciągle je głaskać i mruczeć z zadowolenia ^^.

W marcu używałam głównie oleju BabyDream, szamponu tej samej marki na zmianę z serum BingoSpa. Zawsze po myciu nakładałam którąś ze zużytych już i wczoraj opisanych odżywek. Bardzo często zabezpieczałam końce serum Balea oraz spryskiwałam sprayem Alverde. Zauważyłam spore wygładzenie po olejku z avocado od Fitomed.


Mój zestaw pielęgnacyjny składa się obecnie ze sprayu Alverde i Oriflame, serum BingoSpa, odżywki Enliven, oleju BabyDream i Fitomed oraz serum na końcówki Balea. Muszę przyznać, że te siedem produktów w pełni zaspokaja potrzeby moich włosów, jedyne, czego mi brak to łagodniejszy szampon. Czuprynę poddaję myciu, olejowaniu i odżywkowaniu co drugi dzień. W pozostałych na przemian nakładam serum, dwa razy w tygodniu spray. 

I to byłby koniec aktualizacji na marzec. Następna za miesiąc :) A co Wy polecacie, co stosujecie?

piątek, 5 kwietnia 2013

Marcowe zużycia

Czas na trzecią z pięciu notek podsumowujących marzec. Na dzisiaj przygotowałam zużycia, ponieważ puste opakowania nie mieściły się już w przeznaczonej na nie szufladzie a potrzebne mi było miejsce na kwietniowe. Tym razem jestem bardziej zadowolona niż poprzednio, gdyż zdenkowałam więcej produktów, ale raczej takich, które były w użyciu na co dzień. Najbardziej dziwi mnie ilość pustych pudełek po kosmetykach do włosów - tyle chyba jeszcze nigdy mi nie "wyszło"!


Joanna Argan Oil Odżywka do włosów z olejkiem arganowym
Jeszcze do niedawna byłam przeciwniczką silikonów w odżywkach, jednak jako że kobieta zmienną jest to składniki określane tym mianem znalazły się na mych włosach za pomocą tej odżywki właśnie. W życiu bym nie przypuszczała, że mogę się tak bardzo polubić z tego typu kosmetykiem. A jednak się udało i co ważne - bardzo mnie to cieszy. Odżywka Joanny okazała się być naprawdę dobra. Spodobał mi się to, jak włosy wyglądały po jej użyciu. Były miękkie, gładkie, łatwe do rozczesania i ułożenia, zero szorstkości ani matu, tylko ładny, zdrowy połysk. Ponadto gęsta konsystencja, wygodne opakowanie i niezwykle niska, śmieszna cena (około 5-6 złotych). Myślę, że jeszcze się spotkamy.

Garnier Ultra Doux Sekrety Prowansji Odżywka do włosów olejek eteryczny z lawendy i róża z regionu Grasse
Lubię zapach lawendy, jednak w większości kosmetyków mogę co najwyżej wyczuć kulki na mole. Aby uniknąć rozczarowania dyskretnie niuchnęłam odżywkę w sklepie i jak widać przygarnęłam :] Woń jest dość intensywna, naturalna, zero chemii. Utrzymuje się na włosach do zmycia, później już krótko, ale nie jest źle. Jeśli zaś o działania chodzi, to jestem jak najbardziej zadowolona. Czupryna wyszła z tych zabiegów miękka, błyszcząca, lekka, nawilżona i bardzo przyjemna w dotyku. Konsystencja dość rzadka, ale w porządku się aplikowała. Podejrzewam powrót, ale najpierw przetestuję dwie kolejne z tej serii.

     Kallos Serical Crema Al Latte
Sławna odżywka była moim ulubieńcem i nadal nią zostanie, kiedy się odkuję po niemieckim zamówieniu. Ogromne, litrowe opakowanie dostarczało mi rozkoszy przez cztery miesiące, a więc bardzo długo! Moje włosowe zapasy kończą się bardzo szybko, więc dwa miesiące 'usług" to już sukces. Co mogę powiedzieć o tym kolosie? Przede wszystkim - zapach! Budyń waniliowy w najlepszym wydaniu, mniam! Utrzymywał się na włosach całkiem długo, dając przy tym prawdziwą przyjemność zmysłom. Działanie równie wspaniałe, jeszcze nigdy nie czułam takiego wygładzenia. Do tego dochodzi jeszcze ograniczenie puszenia, lekkie nawilżenie, miękkość, połysk... Zdecydowanie najlepiej zainwestowane 20 złotych w historii.


Nivea Lip Butter Raspberry Rose
Jestem ustomaniaczką, a masełka goszczą u mnie od stycznia. Malinowe kupiłam w lutym i niedawno wykończyłam. Uwielbiam tę aksamitną konsystencję, dzięki której nie dość, że dobrze się aplikuje to jeszcze jest wydajne. Działanie ma dobre, nawilża, odżywia i chroni przed mrozem, ale mimo to stosowałam je na zmianę z Tisane. Czemu? Moim zdaniem ust nie uzależnia, ale nie daje sobie rady stosowane na okrągło. Dwa, trzy razy dziennie to maksimum. Co do zapachu - śliczny, niczym malinowa Mamba. Miałam kiedyś wersję karmelową i jakoś bardziej lubiłam, nie wiem, od czego to zależy.
  
 Avon Podwójny cień w kremie + eyeliner Sailor
Wprawdzie nie zużyłam go w całości, ale chętnie się go pozbyłam. Nawet dla osoby bardzo początkującej ten kosmetyk nie jest dobry. Eyeliner ma zupełnie nieprecyzyjny pędzelek, a sam produkt maże się, nakłada nierówno, powstają prześwity, a nałożenie dwóch jest niemal niemożliwe. Kolor całkiem w porządku, ciemny przykurzony granat. Cień natomiast posiada błyszczykową gąbeczkę, rozprowadza się nierówno, robi plamy. Nie nadaje się do rozświetlania kącika ani jako baza. Z chęcią wyrzuciłam go do kosza.

Essence Lash & Brow Gel Mascara
Używałam do utrwalania brwi, z czym żel radził sobie dobrze, nie nadawał sztucznej sztywności. Jako odżywki do rzęs nie stosowałam, ale po pewnym czasie dolałam oleju rycynowego i taką mieszanką pokrywałam rzęsy. Efekt był lepszy niż po samym olejku, ale niewiele. Szczoteczka ładnie rozczesywała, więc wymyłam ją i zostawiłam, przyda się.  

Tisane Balsam do ust
To kolejne opakowanie z rzędu, nowe oczywiście już zakupione i w użyciu. Naprawdę dobrze odżywia i nawilża, wszystkie obietnice producenta są spełnione. Wargi są miękkie, suchych skórek brak. Stanowi dobrą bazę pod szminki i błyszczyki. Małe opakowanie jest mniej wygodne niż w puszeczkach Nivea, ale mogło być gorzej.

  
Himalaya Herbals Nourishing Hand Cream
Muszę przyznać, że nie kupiłabym go z własnej woli, ale skoro był w komplecie z żelem do mycia twarzy, to bez wahania wzięłam. Nawilżał nawet nieźle, trochę odżywiał, nie podrażniał, zmiękczał i wygładzał skórę. Zimą oczekuję od kremu czegoś mocniejszego, ale ten sprawdzał się dobrze. Konsystencja średnio gęsta, śliska i przyjemna, szybko się wchłaniała. Jedynym mankamentem była zbyt miękka tuba.

Isana Winter Seife Kaminzauber
Od mydła do rąk oczekuję oczyszczenia i braku wysuszenia. Nie lubię rzadkich, mocno lejących oraz zbyt galaretowatych. Najlepiej byłoby, gdyby przyjemnie pachniało, dobrze się pieniło, było tanie i wydajne. Akurat to spełniało wszystkie moje wymagania. Jego konsystencja była w sam raz, a ono samo nie wysuszyło mnie na wiór, jednak mimo to zawsze po użyciu nakładałam krem. Ponadto miało piękną, ciepłą, korzenną woń, która krótko utrzymywała się na dłoniach. Niestety to edycja limitowana, może za rok wróci :]

Anida Krem do rąk Glicerynowo-aloesowy
Nie lubię tego kremu ani jego cytrynowego brata, ale w zapasach posiadam na wszelki wypadek, gdy wszystko inne się skończy. Rzadka i śliska konsystencja, początkowo tępe uczucie, bardzo słabe nawilżenie i niezbyt wygodna tuba to przepis na katastrofę. Nie lubiłam go używać i mam nadzieję, że już nie będę musiała robić tego ponownie.

    
Dabur Vatika Pure Coconut Enriched Hair Oil
Osławiony już olej sprawdził się także u mnie. To mój drugi olej tej firmy i drugi kokosowy, ale ten uważam za lepszy. Przede wszystkim na plus oceniam fakt, że nie zawierał parafiny, a dużą ilość pozytywnie działających składników - olej kokosowy na pierwszym miejscu, miodlę indyjską, brahmi, amlę oraz wiele innych. Dodatkowo nie musiałam obawiać się o rozlanie, gdyż miał stałą konsystencję i wymagał rozgrzania. Nawilżał, lekko odżywiał i nabłyszczał włosy, ale nie wiem, jak działa na dłuższą metę, bo miałam tylko ok. 1/3 opakowania.

BabyDream Shampoo 
Nie znam blogerki, której nazwa tego produktu chociaż nie obiłaby się o uszy. Większość na pewno przetestowała. W moim przypadku jest to już któreś opakowanie z kolei. Bardzo dobrze oczyszcza włosy bez wysuszania. Jest bardzo łagodny dla skóry głowy. Po umyciu czupryna jest nieco splątana, ale wystarczy nałożyć odżywkę, aby pozbyć się problemu.

   
 Asa Acnefan Krem do pielęgnacji cery trądzikowej
Bardzo go lubię, to już kolejne zużyte opakowanie. Nakładam go dwa razy dziennie na całą twarzy cieniutką warstwą. Nie dość, że nie wysusza, to pomaga pozbyć się wyprysków i zapobiega powstawaniu nowych. Ponadto daje bardzo ładny efekt czystej, rozjaśnionej, zdrowo wyglądającej skóry. Mimo, że nałożony w zbyt dużej ilości bieli to roztarty i wklepany daje świeży efekt bez kiczowatej maski. 

Zmywacz do paznokci z odżywką
Ot, zwykły, przeciętny zmywacz. Zmywa wszystkie lakiery, jedne szybciej, drugie wolniej. Nie wysusza. Nie przywiązuję większej wagi do tego typu produktów także nie wrócę do niego.


Allerco Balsam do ciała
Zawierał aluminium. Nawilżył szybko, ale tylko na chwilę. Tak samo było z wygładzeniem. 
  


Jestem zadowolona z ilości zużyć. A jak u Was?

czwartek, 4 kwietnia 2013

FotoMix #1

Postanowiłam pójść śladem innych blogerek i wprowadzić w życie podsumowania w obrazkach nazywane mixami z telefonu, aparatu, instagramu itd. Ja będę mówić na to FotoMix :] Jeszcze nie wiem, czy będą co miesiąc, czy co dwa tygodnie, ale dzisiaj zaprezentuję kilkudniowy. Mam nadzieję, że podoba Wam się taki pomysł.
1. Wielkanocna zima. Tak, to niestety Wielki Piątek, 29 marca. Aż trudno uwierzyć, prawda? Warunki do jazdy nieciekawe, nawet jeśli tak jak ja jest się pasażerem.
2. Znajome już kurczaki, wytrzymały trzy dni a w niedzielę zaczęły się ścierać, więc się ich pozbyłam. Marti, dziękuję za wsparcie :D
3. Na parę stron książki zawsze znajdzie się czas :] Tu kłania się Dziewczyna w czerwonej pelerynie.
4. Były kurczaki, pora na renifery. Ciepła bluza to podstawa.
5.  Wstążkowe kurczę wielkanocne, ujęcie od spodu. 
6. Oswajam się z różem. Essencowe marble to najlepszy sposób :D


1. W Biedronce byłam i ja. Miałam nic nie brać, ale skusił mnie żel w nowym opakowaniu a serum do rąk tak do mnie wołało, że musiałam je przygarnąć. Przeznaczeniu się nie odmawia :]
2. Nowy błyszczyk w moich zbiorach, więc malujemy usta...
3. ...i oczy. Pierwsza w życiu prosta krecha eyelinerem, whoah :D Do kompletu diabelski pazur cieniem.
4. Jadę dalej.
5. Skrzydlata różnorodność zawitała do mojego ogrodu.
6. Natalie z 30DS Jillian. Nadal ćwiczę, nie poddałam się, aż sama się sobie dziwię :O

Właśnie tak wyglądały moje ostatnie dni :) Zapewne będę zamieszczać FotoMixy często, więc mam nadzieję, że się podoba :P

środa, 3 kwietnia 2013

Kulturowe podsumowanie miesiąca marca

Nie wiem jak Was, ale mnie koniec Świąt bardzo cieszy. Nie żebym miała coś przeciwko, ale niekoniecznie lubię rodzinne spotkania i obecna pogoda też nie nastrajała mnie zbyt pozytywnie. Wróciłam jednak i jak zawsze w pierwszych dniach miesiąca będzie się tu roiło od różnorodnych podsumowań. Na dzisiaj przygotowałam post kulturowy, a w ciągu kilku następnych zmierzycie się ze zużyciami, zakupami oraz włosową aktualizacją. Nie przedłużam jednak, zapraszam dalej :)


Uwielbiam fantastyczne książki o charakterze tajemniczym, dlatego z Dziewczyną w czerwonej pelerynie Sarah Blakley-Cartwright wiązałam spore nadzieje. Chociaż - przyznaję - Zmierzch lubię, to nie chciałam powtórki z rozrywki. I nie zawiodłam się, bo powieść opowiada o Valerie, nastolatce, która w dzieciństwie przyjaźniła się z Peterem. Już wtedy wiedziała o Krwawym Księżycu, który zwiastuje nadejście Wilka, który zabiera ofiarę ze zwierzęcia. Dziewczyna trafi wtedy ukochaną kozę, a kilka lat później siostrę. Kilka dni wcześniej jednak Peter wraca do wsi, skąd wyniósł się już dawno. Valerie, która jest w odpowiednim wieku do małżeństwa, zostaje zaręczona z kimś, kogo nie kocha. Chce uciec z dawnym przyjacielem, ale rodzinna tragedia nie pozwala na to. Zjeżdżają się różne osobistości, chcą zabić Wilka, którego mową rozumie tylko główna bohaterka. Jej losy mocno się zmieniają, a mordercą okazuje się ktoś, kogo żadna z nas by nie podejrzewała... Jedyne co mogę dodać ze swojej strony to fakt, iż nie jest to jakaś filozoficzna lektura, a proste, lekkie czytadło :)

Jeszcze nie jestem maniaczką Apple, nie mam żadnego urządzenia z przedrostkiem "i", ale o geniuszu Jobsa wiedziałam od dawna, dlatego postanowiłam przeczytać jego biografię. Steve Jobs autorstwa Waltera Isaacsona to najlepsza książka, jaką w życiu przeczytałam! Dzięki niej poznałam tajemnice życia założyciela firmy Apple, dowiedziałam się wielu innych rzeczy i choć wiem, że nie ma ludzi niezastąpionych, to drugiego takiego człowieka jak Steve już nie będzie. Nie będę opisywać całości, to po prostu trzeba przeczytać, a te 700 stron da się przełknąć :D

Halo, halo, czy jest tu ktoś, kto nie czytał Małego Księcia Antoine de Saint-Exupery? Nie sądzę. Zachwalana historia chłopca jest dla mnie jedną wielką katastrofą. Wiem, że może znajdą się tu osoby, które to dziwi, ale akurat ta książka całkowicie mi się nie spodobała. Rozumiem, że ukazuje ona wartości - miłość, przyjaźń, odpowiedzialność - jednak mimo to nie jestem w stanie postawić żadnego plusa. Jak dla mnie opowieść o dziecku spadającym z planety na planetę, gdzie istnieją niestworzone rzeczy, to okropność. Jestem na nie. Nie, nie i jeszcze raz nie.

Do przeczytania tej książki doszło w dość nietypowy sposób. Kilka dni temu siedziałam w poczekalni przychodni, a kilka miejsc dalej siedziała kobieta i czytała właśnie Żonę Piłata Antoinette May. Zakodowałam tytuł w głowie i następnego dnia miałam powieść u siebie :D Przed przeczytaniem nigdy nie słyszałam o Klaudii Prokuli. Okazało się jednak, że ta bystra dziewczyna była żoną Piłata. Powieść opowiada o jej życiu - dzieciństwie, przeprowadzkach, siostrze, rodzinie, spotkaniu przyszłego męża, dorastaniu... Bardzo spodobała mi się postać Racheli, niewolnicy i przyjaciółki głównej bohaterki. Z wyczuciem jest też ukazana wiara w Izydę, powierzanie jej swoich spraw, a także Jezus i jego śmierć, charakter Poncjusza Piłata i atmosfera państw, w których przebywała Klaudia. Z góry zapewniam, że nie jest to Biblia, nie ma nic nudnego, a przy okazji dobrze wpasowuje się w atmosferę Świąt Wielkanocnych.

Serię Dom Nocy P.C. i Kristin Cast zaczęłam czytać już dość dawno temu, ale nie skończyłam. Kolejny tom, Kuszoną, "pożarłam" w ramach odpoczynku od poważniejszych pozycji. Tak samo jak inne opowiada o losach przyszłej wampirzej kapłanki, Zoey. Jak każda nastolatka ma mnóstwo problemów z chłopakami i inne sprawy na głowie. Udaje jej się jednak rozwiązywać problemy ze światem wampirów mimo wielu niebezpieczeństw. Koniec jest bardzo zaskakujący, niesamowicie zachęca do przeczytania kolejnych tomów, co też zapewne uczynię :)    


O filmie pod tytułem Transformers też chyba każdy słyszał. Obejrzałam go głównie ze względu na muzykę, która naprawdę jest godna uwagi. O czym opowiada jednak ta produkcja? Tematem są roboty, Autoboty i ich przeciwnicy. Obie rasy szukają sześcianu, który posiada zwykły nastolatek. Zakochuje się on w dziewczynie i wojna z wrogimi robotami przy pomocy Autobotów bardzo ich zbliża. Fascynuje się przemianą samochodów w roboty, przyjaznym nastawieniem jednego gatunku, ukrywaniem nowych kolegów i miłością. Film to kompletne science-fiction, osoby nielubiące tego typu mogą sobie dopuścić, jednak mi się podobał.

Dwa miesiące temu obejrzałam i przeczytałam Romea i Julię, w marcu postawiłam jednak na film Gnomeo i Julia. O ile animowane bajki lubię, to ta nie podobała mi się. Nie będę się rozpisywać, film opowiada o losach krasnoludków z ogródka, które zamieniają się w żywe istoty. Całość oparta na losach Romea i Julii. 

Beethoven 5 to trzeci i ostatni film, jaki obejrzałam w marcu. To po prostu dalsze losy bernardyna i jego opiekunów, czyli dzieci. Tym razem jedna z dziewczynek wyjeżdża na wakacje do wujka, który przyjmuje ją po tym, jak została wyrzucona z obozu. Pewnego razu podczas wędkowania pies znajduje stary banknot, czym robi furorę w mieście. Okazuje się, że należał on do małżeństwa złodziei, którzy zginęli w wypadku. Dziewczynka, jej kolega i wujek chcą rozwikłać sprawę, ale wszyscy stają im na drodze. W końcu jednak znajdują potomka złodziejskiej pary oraz mnóstwo pieniędzy, dzięki czemu odbudowują pewien budynek. Film w sumie całkiem przyjemny, lekki i rodzinny :)

Jeśli zaś o muzykę chodzi, to nie słuchałam prawie niczego :/ Jakoś nie miałam nastroju. W ucho wpadły mi za to dwa świetne kawałki Adele.

  
I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o wzbogacanie mojej kultury w marcu :) A jak u Was? Czytałyście może którąś z wymienionych przeze mnie książek lub oglądałyście film?