Całkiem niedawno pisałam o kremie do rąk marki Balea w wersji z olejkiem arganowym, dziś natomiast zaserwuję post o kolejnym, tyle że z mocznikiem. Podobnie jak na tamtym, na tym się nie zawiodłam, sprawdził się nawet lepiej i wydaje mi się bardziej odpowiedni na zimowe miesiące. Opakowanie jest typowe, jak na załączonym poniżej obrazku. Dosyć miękka, łatwa w obsłudze tuba o pojemności 100ml. Wizualnie również w porządku, całkiem ładna i bez naklejek. Nakrętka z klapką, która samoistnie otworzyć się nie powinna. Zapach kremu jest przyjemny, kremowy, nienachalny. Na skórze nie utrzymuje się zbyt długo, jest lekki i nie drażni nosa. Jeśli zaś o konsystencję chodzi, średnio gęsty, nie wodnisty, ale też nie maślany. Dobrze się rozprowadza i w ciągu pięciu minut wchłania, pozostawiając delikatny satynowy film, który wyczuwalny jest tylko przez kilkanaście minut. Nie należy do tłustych, nie klei się. Działa bardzo dobrze, zmiękcza i wygładza skórę, odżywia i nawilża. Efet utrzymuje się długo i nie ma potrzeby smarowania się nim co pół godziny. Balea Urea Handcreme to świetny kosmetyk na każdą porę roku, a zwłaszcza na zimę. Likwiduje uczucie ściągnięcia i wysuszenia, dając długofalowe nawilżenie.

Bardzo polubiłam ten produkt. To pierwszy od dawna krem do rąk, którego używam z wielką przyjemnością i jestem pewna, że efekty będą pozytywne.
Używałyście tej lub innej wersji kremów Balea? A może polecacie jeszcze inne? Chętnie poczytam o Waszych typach :)