Od kiedy zaczęłam prowadzić świadomą pielęgnację włosów przywiązuję wielką wagę do tego, jakich produktów używam, aby je wspomagać. Wzoruję się głównie na blogach, które prawią głównie o kosmykach, o które naprawdę warto walczyć. Zgodnie z poleceniem wielu dziewczyn kupiłam ziołowy eliksir do włosów łamliwych, zniszczonych i farbowanych firmy Green Pharmacy. Stosuję go już dość długo i myślę, że powinnam wypowiedzieć się na jego temat :)
Eliksir zamknięty jest w opakowanie stworzone w stylu identycznym jak pozostałe kosmetyki Green Pharmacy. Stanowi je wykonana z cienkiego plastiku butelka z atomizer przykrytym przezroczystą nakładką. Można ją łatwo zdjąć, ale po nałożeniu samoistnie nie spadnie. Psikacz działa dość sprawnie, jednak u mnie po kilkunastu użyciach kompletnie się zepsuł i w żaden sposób nie da się używać jako sprayu.
Opakowanie posiada dwie klimatyczne naklejki wykonane z mocno przyklejonego papieru, który nie odkleja się, nie pęcherzykuje ani nie zadziera. Szata graficzna w porządku, aplikacja przedstawia naturę, a babcina butelka sprawia, że przykuwa wzrok. Całość wygląda dobrze, schludnie, jedynie biały atomizer wygląda na trochę z innej bajki.
Konsystencja jest identyczna w porównaniu z wodą. Nic więc dziwnego, że jest bardzo rzadka i lejąca. Przetworzona przez atomizer zmienia się w cienki strumień z delikatną mgiełką. Stosowany w ramach wcierki wymaga sporej precyzji, gdyż można go wylać zbyt dużo i zmarnować. Bardzo dobrze się rozprowadza po włosach i skórze głowy, a także dość szybko wchłania.
Zapach produktu jest mocno ziołowy z wyczuwalną nutą rumianku, który uwielbiam. Utrzymuje się na włosach przez jakiś czas, ale w tym czasie słabnie. Kompletnie nie przeszkadza, nie drażni, chociaż wiem, że niektórych może uczulać. Mnie jednak jak najbardziej się podoba i z przyjemnością wącham go przy aplikacji.
Produkt ograniczył łamanie się włosów i w pewnym stopniu także ich rozdwajanie. Nie spowodował szybszego przetłuszczania, mam nawet wrażenie, że odrobinę je zmniejszył. Nie nawilżył, nie wysuszył, nie obciążył, nie zregenerował. Nie wywołał podrażnień ani łupieżu, chociaż przyznaję, że skalp od czasu do czasu mocniej mnie zaswędzi odkąd zaczęłam używać eliksiru jako wcierki.
Opakowanie - 7 - bardzo ładne, chociaż pompka szybko się zepsuła, a otwór mały nie jest. Konsystencja - 8 - typowo wodnista, rzadka, mocno chlapiąca. Zapach - 8 - przyjemny, ziołowy, utrzymuje się na włosach przez jakiś czas. Działanie - 7 - ogranicza łamliwość i rozdwajanie, nie nawilża i nie regeneruje, ale nie wysusza. Ocena ogólna - 6/10. Całkiem przyjemny produkt, który mogę polecić :-)
wtorek, 6 listopada 2012
poniedziałek, 5 listopada 2012
Śliwkowe zauroczenie, czyli Essence Wild Craft Lipstick Mystic Lilac ♥
Wraz z jesienią naszła mnie ochota na mocne kolory mazideł do ust. Nic dziwnego więc, że gdy tylko zobaczyłam Essence Wild Craft Lipstick Mystic Lilac, serce zabiło mocniej :-) Na dzień dzisiejszy jest najlepszym kosmetykiem kolorowym do ust, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia i czuję, że pozostanie tak na zawsze!
Szminka zapakowana jest w bardzo ładne i estetyczne opakowanie. Wykonane z wytrzymałego, twardego plastiku w czarnym kolorze i z matowym wykończeniem wygląda bardzo porządnie. Nakrętka dobrze przylega, a przy zakładaniu rozlega się ciche "klik". Sztyft wykręca się z łatwością, nie zacina się ani nie wypada. Znajduje się on w plastikowej osłonce przy końcu produktu, który wygląda na gładki i myślę, że nie będzie ranił warg.
Opakowanie posiada dwie niewielkie naklejki - jedną z producentem, a drugą z odcieniem. Mimo że są wykonane z papieru nie zadzierają się, a druk nie zostaje na opuszkach palców. Szata graficzna jest prosta i skromna, ale ładna. Kilka srebrnych, nie ścierających się napisów nie daje wrażenia, ze mamy do czynienia z nisko półkowym produktem.
Pomadka jest dość miękka, trzeba więc nieco uważać, aby jej złamać przy przezroczystym plastiku. Z łatwością sunie po ustach, ale nie pokrywa ich w pełni. Przez swą konsystencję nie radzi sobie całkowicie z udźwignięciem tak mocnego koloru. Nie spływa z warg, ale od czasu do czasu warto skontrolować jej wygląd :)
Najważniejszy punkt programu, czyli kolor. Jest on bardzo przyjemny, idealnie śliwkowy, jesienny, adekwatny do obecnej pory roku. Intensywny, ciemny fiolet, pasujący zarówno na pochmurną, jak i na słoneczną pogodę. Przyznaję, że szalenie mi się podoba i nie mogę się na niego napatrzeć ♥.
Zapach jest lekki, neutralny, w żaden sposób nie przypomina starodawnych, babcinych mazideł. Na ustach jest niewyczuwalny, co bardzo mnie cieszy.
Szminka nadaje ustom ponętnego wyglądu, o ile potrafimy nią operować. Nie wysusza, ale też nie nawilża. Kolor utrzymuje się około dwóch godzin, zjada się równomiernie, nie pozostawiając ciemnej obwódki zwanej też wąsami. Sprawia, że wargi wyglądają na pełne, nie daje efektu zmniejszenia.
Opakowanie - 10 - proste, bardzo ładne, matowe opakowanie ze zwyczajną szatą graficzną. Konsystencja - 8 - nieco zbyt miękka, ale idealnie rozprowadza się po ustach. Kolor - 10 - intensywna, modna śliwka węgierka! Zapach - 10 - niemal niewyczuwalny, obojętny dla nosa. Działanie - 10 - nie wysusza, nadaje kształtu i ponętności. Ocena ogólna - 9/10. Kosmetyk idealny!
Szminka zapakowana jest w bardzo ładne i estetyczne opakowanie. Wykonane z wytrzymałego, twardego plastiku w czarnym kolorze i z matowym wykończeniem wygląda bardzo porządnie. Nakrętka dobrze przylega, a przy zakładaniu rozlega się ciche "klik". Sztyft wykręca się z łatwością, nie zacina się ani nie wypada. Znajduje się on w plastikowej osłonce przy końcu produktu, który wygląda na gładki i myślę, że nie będzie ranił warg.
Opakowanie posiada dwie niewielkie naklejki - jedną z producentem, a drugą z odcieniem. Mimo że są wykonane z papieru nie zadzierają się, a druk nie zostaje na opuszkach palców. Szata graficzna jest prosta i skromna, ale ładna. Kilka srebrnych, nie ścierających się napisów nie daje wrażenia, ze mamy do czynienia z nisko półkowym produktem.
Pomadka jest dość miękka, trzeba więc nieco uważać, aby jej złamać przy przezroczystym plastiku. Z łatwością sunie po ustach, ale nie pokrywa ich w pełni. Przez swą konsystencję nie radzi sobie całkowicie z udźwignięciem tak mocnego koloru. Nie spływa z warg, ale od czasu do czasu warto skontrolować jej wygląd :)
Najważniejszy punkt programu, czyli kolor. Jest on bardzo przyjemny, idealnie śliwkowy, jesienny, adekwatny do obecnej pory roku. Intensywny, ciemny fiolet, pasujący zarówno na pochmurną, jak i na słoneczną pogodę. Przyznaję, że szalenie mi się podoba i nie mogę się na niego napatrzeć ♥.
Zapach jest lekki, neutralny, w żaden sposób nie przypomina starodawnych, babcinych mazideł. Na ustach jest niewyczuwalny, co bardzo mnie cieszy.
Szminka nadaje ustom ponętnego wyglądu, o ile potrafimy nią operować. Nie wysusza, ale też nie nawilża. Kolor utrzymuje się około dwóch godzin, zjada się równomiernie, nie pozostawiając ciemnej obwódki zwanej też wąsami. Sprawia, że wargi wyglądają na pełne, nie daje efektu zmniejszenia.
Opakowanie - 10 - proste, bardzo ładne, matowe opakowanie ze zwyczajną szatą graficzną. Konsystencja - 8 - nieco zbyt miękka, ale idealnie rozprowadza się po ustach. Kolor - 10 - intensywna, modna śliwka węgierka! Zapach - 10 - niemal niewyczuwalny, obojętny dla nosa. Działanie - 10 - nie wysusza, nadaje kształtu i ponętności. Ocena ogólna - 9/10. Kosmetyk idealny!
niedziela, 4 listopada 2012
Koko, koko, całkiem spoko :D Yves Rocher Noix De Coco Coconut Scented Lip Balm
Moje uwielbienie dla mazideł do ust można podpiąć już pod sporą pasję, która wciąż nieprzerwanie się rozwija. Szukałam więc dobrych sztyftów i natrafiłam na ofertę Yves Rocher, którego w mojej okolicy uświadczyć się nie da. Z pomocą przyszła mi Monika vel Aaliyah, która poświeciła trochę czasu na zakup Noix De Coco Coconut Scented Lip Balm, którego używałam intensywnie i wczoraj zobaczyłam dno :-) Niniejszym ogłaszam, że czas na recenzję!
Balsam zapakowany jest w opakowanie typowe dla pomadek ochronnych, mianowicie sztyft. Jest dość estetyczny, gdyż nakładana niewielka nakrętka świetnie trzyma się dłuższej części. Nie ma siły, aby samoistnie spadła w torebce czy kieszeni. Wykręca się nieźle, jednak od czasu do czasu potrafi się porządnie zaciąć, ale można temu zaradzić. Produkt "siedzi" w plastikowej końcówce, która pod koniec niesowicie drze po wargach i pozostałości trzeba wybierać palcami.
Opakowanie zostało oklejone dwoma naklejkami, które przykrywają niemal całą jego powierzchnię. Naklepka z aplikacją po dłuższym użytkowaniu odrobinę się zadziera, ale nie przerywa. Brązowa folia okrywająca nakrętkę po pewnym czasie zaczyna spadać. Szata graficzna w porządku, wakacyjna, bez zbędnych informacji, nieprzesadzona.
Produkt nie jest bardzo twardy, ale jak na sztyft - idealny. Nie rozpływa się, ale też nie rani ust z powodu kamienistej konsystencji, której rzecz jasna nie posiada. Bardzo dobrze rozprowadza się na wargach, pozostawiając lekki film, niezaliczający się ani pod tłusty, ani lepki. Utrzymuje się całkiem długo, bo około godziny, może nawet więcej.
Zapach nie jest powalający, ale całkiem przyjemny. Liczyłam co prawda na intensywny aromat kokosa, a otrzymałam słodkawą, typowo pomadkową woń z niewielką nutą wyżej wymienionego owocu. Nie przeszkadza mi on, gdyż praktycznie się nie liczy. Utrzymuje się na wargach do czasu zniknięcia z nich balsamu, ale w tym czasie słabnie, co wcale a wcale nie jest dla mnie minusem.
Balsam nawilża i natłuszcza usta, jednak niezbyt mocno. Jego działanie jest w sam raz na dzień. Nie wywołuje podrażnień, krostek ani stanów zapalnych, co niezmiernie mnie cieszy. Zauważalnie chroni przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. Wargi są miękkie, gładkie i ładne. Nie odnotowałam żadnych negatywnych skutków.
Opakowanie - 8 - całkiem w porządku, jedyne co mnie denerwuje to spadająca folia z nakrętki. Konsystencja - 9 - bardzo przyjemna, czuć, ze ma się produkt na ustach. Zapach - 5 - średni, słodkawy, nie przeszkadza mi. Działanie - 8 - chroni, lekko nawilża i wygładza wargi. Ocena ogólna - 7/10. Niezły produkt nawet dla dość wymagających ust :)
Balsam zapakowany jest w opakowanie typowe dla pomadek ochronnych, mianowicie sztyft. Jest dość estetyczny, gdyż nakładana niewielka nakrętka świetnie trzyma się dłuższej części. Nie ma siły, aby samoistnie spadła w torebce czy kieszeni. Wykręca się nieźle, jednak od czasu do czasu potrafi się porządnie zaciąć, ale można temu zaradzić. Produkt "siedzi" w plastikowej końcówce, która pod koniec niesowicie drze po wargach i pozostałości trzeba wybierać palcami.
Opakowanie zostało oklejone dwoma naklejkami, które przykrywają niemal całą jego powierzchnię. Naklepka z aplikacją po dłuższym użytkowaniu odrobinę się zadziera, ale nie przerywa. Brązowa folia okrywająca nakrętkę po pewnym czasie zaczyna spadać. Szata graficzna w porządku, wakacyjna, bez zbędnych informacji, nieprzesadzona.
Produkt nie jest bardzo twardy, ale jak na sztyft - idealny. Nie rozpływa się, ale też nie rani ust z powodu kamienistej konsystencji, której rzecz jasna nie posiada. Bardzo dobrze rozprowadza się na wargach, pozostawiając lekki film, niezaliczający się ani pod tłusty, ani lepki. Utrzymuje się całkiem długo, bo około godziny, może nawet więcej.
Zapach nie jest powalający, ale całkiem przyjemny. Liczyłam co prawda na intensywny aromat kokosa, a otrzymałam słodkawą, typowo pomadkową woń z niewielką nutą wyżej wymienionego owocu. Nie przeszkadza mi on, gdyż praktycznie się nie liczy. Utrzymuje się na wargach do czasu zniknięcia z nich balsamu, ale w tym czasie słabnie, co wcale a wcale nie jest dla mnie minusem.
Balsam nawilża i natłuszcza usta, jednak niezbyt mocno. Jego działanie jest w sam raz na dzień. Nie wywołuje podrażnień, krostek ani stanów zapalnych, co niezmiernie mnie cieszy. Zauważalnie chroni przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. Wargi są miękkie, gładkie i ładne. Nie odnotowałam żadnych negatywnych skutków.
Opakowanie - 8 - całkiem w porządku, jedyne co mnie denerwuje to spadająca folia z nakrętki. Konsystencja - 9 - bardzo przyjemna, czuć, ze ma się produkt na ustach. Zapach - 5 - średni, słodkawy, nie przeszkadza mi. Działanie - 8 - chroni, lekko nawilża i wygładza wargi. Ocena ogólna - 7/10. Niezły produkt nawet dla dość wymagających ust :)
sobota, 3 listopada 2012
Włosowe aktualizacje - początek
Już od kilku miesięcy przymierzałam się do rozpoczęcia tworzenia włosowych aktualizacji, ale nie mogłam się za to zabrać. Uważam, że nadszedł czas na wcielenie tego planu w życie i dzisiejszy post będzie tego dowodem. Akurat teraz, kiedy idzie zima, powinnam dbać o nie bardziej, gdyż nie jest to najlepsza pora dla nich, męczenie czapką, elektryzowanie, łamanie i inne niespodzianki. Mam nadzieję, że uda mi się robić te aktualizacje co miesiąc wraz ze stanem, długością i używanymi produktami. Dzisiaj jednak zapraszam na notatkę początkową.
Czego według Was brakuje w mojej pielęgnacji? Co polecacie, a co odradzacie?
Aktualny wygląd włosów:
kolor włosów jest nieco przekłamany, w rzeczywistości bardziej przypomina ten z prawego zdjęcia
włosy nigdy nie były farbowane
Długość z tyłu - 40cm
Zatrudniłam też niewielką armię w postaci różnorodnych kosmetyków, które mają wspomagać pielęgnację i dążenie do jak największego i najzdrowszego piękna włosów. Obecnie znajduje się w niej dziewięć produktów z różnych kategorii, które opisałam poniżej.
- Oriflame, HairX, Volume Boost, Leave - In Conditioner - używam jej dość rzadko, maksymalnie kilka razy w tygodniu i tylko wtedy, gdy włosy potrzebują zmiękczenia, są bardzo suche, szorstkie i sztywne. Ułatwia rozczesywanie, nadaje lekkości, zabezpiecza ze względu na silikony i substancje nawilżające.
- Isana, Hair, Odżywka wygładzająca - obecnie używam jej bardzo rzadko, gdyż zostala wycofana i bardzo boleję z tego powodu. Świetnie spisuje się do laminowania, a także w OMO. Nieźle wygładza i nawilża, niweluje puszenie i elektryzowanie. Nie zawiera silikonów, jest bardzo lekka i przyjemna.
- Alterra, Granat & Aloes, Szampon nawilżający - póki co najlepszy szampon jaki kiedykolwiek miałam. Nie zawiera SLS ani SLES, ale mimo to naprawdę dobrze oczyszcza. Jest łagodny dla moich włosów, nie wysusza ich ani skalpu. Świetnie zmywa olej i nie pozostawia na nich ani grama tłuszczu. Idealny do częstego mycia.
- Joanna, Naturia, Odżywka bez spłukiwania z miodem i cytryną - używam jej głównie do pierwszego O w OMO, gdyż nadaje kłakom gładkości i sprawia, że nie plączą się podczas mycia. W drugim O sprawdza się całkiem nieźle, minimalnie nawilża i ogranicza szorstkość. Ponadto nie obciąża ani nie przetłuszcza.
- Isana, Hair, Odżywka "Połysk jedwabiu" - całkiem przyjemny produkt. Dobrze sprawdza się do obu O w OMO. Lekko wygładza i w tym samym stopniu nawilża. Ogranicza puszenie i elektryzowanie, nie obciąża i nie skleja. Ponadto przepięknie pachnie różami.
- Elfa, Green Pharmacy, Eliksir ziołowy do włosów łamliwych, zniszczonych i farbowanych - stosuję go na drugi dzień po umyciu jako wcierkę, ponieważ zepsuła mi się pompka. Produkt zmniejsza łamliwość włosów, szorstkość i sztywność. Nie zauważyłam szybszego przetłuszczania ani wysuszania skalpu, co bardzo mnie cieszy.
- Alterra, Granat & Aloes, Maska nawilżająca - używam jej raz lub dwa razy w tygodniu i naprawdę widać efekty! Bardzo dobrze nawilża, sprawia, że włosy są miękkie i błyszczące, gładsze niż przed użyciem. Nie obciąża i nie skleja włosów, nie powoduje tworzenia się kołtunów ani tzn. stogu siana.
- Dabur, Vatika, Enriched Hair Oil - dość przyjemny olej. Nieźle nawilża, nabłyszcza i wygładza włosy. Całkiem łatwo się spłukuje, nie oblepia ani nie obciąża. Nie powoduje szybszego przetłuszczania, wysuszenia ani innych niespodzianek.
- Bingo Spa, Szampon borowinowy i 7 ziół - używam go naprawdę bardzo rzadko, gdyż bardzo mocno oczyszcza. Wiąże się to ze sporym przesuszeniem, bo zabiera ochronne działanie olei oraz masek. Nadaje się do stosowania co kilka tygodni metodą kubeczkową.
Czego według Was brakuje w mojej pielęgnacji? Co polecacie, a co odradzacie?
czwartek, 1 listopada 2012
Październikowe zakupy
Po raz kolejny przybywam do Was z zakupowym postem, który wcale a wcale nie będzie przeładowany. Udało mi się zapanować nad kosmetycznym chciejstwem i kupić tylko to, co uważałam za potrzebne. W związku z tym wydatków sporo nie było, ponieważ kilka produktów dostałam do przetestowania. Aby nie przedłużać, zapraszam do dalszej części lektury.
Jak widać nie wydałam dużo, zaledwie 80 złotych polskich. Większość kosmetyków dobrze mi służy, a już na pewno nie mam zamiaru żadnego wyrzucać ani oddawać. Ponadto bardzo się cieszę, że udało mi się opanować :D
- Alterra, Granat & Aloes, Szampon nawilżający - 6,99
- Isana, Odżywka do włosów zniszczonych "Połysk jedwabiu" - wymiana
- Eva Natura, Herbal Garden, Pielęgnacyjny tonik do twarzy - 7,49
- BingoSpa, Maska do twarzy ze 100% olejem sojowym
- BingoSpa, Mandarynkowa kąpiel do skórek i paznokci
- BingoSpa, Palmowy balsam do dłoni z zieloną herbatą
- Rival de Loop, Pure Skin, Krem nawilżający z efektem matującym - 5,49
- Alterra, Dezodorant w kulce z balsamem z melisą lekarską i szałwią - 5,99
- Lovely, Liquid Lip Balm, Smoothes, heals and protects your lips - 3x 4,49 = 13,47
- Nivea, Pearly Shine, Pomadka ochronna - 5,99
- Yves Rocher, Noix de Coco, Balsam do ust - 9,90
- Essence, Wild Craft, Lipstick, Mystic Lilac - 8,99
- Tisane, Balsam do ust - 7,70
- Essence, Wild Craft, Nail Polish, Out The Forest - 7,99
- Naklejki wodne na paznokcie w kształcie suwaczków - wymiana
- Avene, Łagodne mleczko do demakijażu - próbka 25ml
- Avene, Cold Cream, Krem do cery bardzo suchej - próbka 5ml
- Avene, Hydrance Optimale Legere, Krem nawilżający do skóry normalnej i mieszanej - próbki 2x 2ml
- Goldwell, Dual Senses, Ultra Volume, Gel-Shampoo 3x 10ml + Gel-Conditioner - 3x 10ml
- Goldwell, Dual Senses, Color Shampoo 2x 10ml + Conditioner 2x 10ml
- Goldwell, Dual Senses, Rich Repair, Shampoo 3x 10ml + Conditioner 3x 10ml
Jak widać nie wydałam dużo, zaledwie 80 złotych polskich. Większość kosmetyków dobrze mi służy, a już na pewno nie mam zamiaru żadnego wyrzucać ani oddawać. Ponadto bardzo się cieszę, że udało mi się opanować :D
środa, 31 października 2012
Październikowe zużycia
Przyszedł czas na comiesięczny post denkowy. Mimo iż nie jestem zbyt dumna z ilości zużytych kosmetyków, postanowiłam nie narzekać, gdyż po raz pierwszy udało mi się powstrzymać manię kupowania. W mijającym dzisiejszej nocy miesiącu "wyszło" kilka produktów z mało różnorodnych kategorii, ale myślę, że w następnym będzie ich więcej. Niniejszym zapraszam na tradycyjną notatkę z pustymi opakowaniami :-)
- BabyDream, Szampon dla dzieci - moje włosy bezapelacyjnie go uwielbiają. Naprawdę dobrze oczyszcza, nie wysusza kosmyków ani skóry głowy. Bardzo porządnie zmywa oleje do ostatniej kropli, pozostawia je lekkie, miękkie i przyjemne w dotyku. Nie obciąża, ale trochę plącze kłaki. Ze względu na rzadką konsystencję jest niezbyt wydajny, ale przy tak niskiej cenie można pozwolić sobie na jego częstszy zakup.
- Isana, Hair, Odżywka do włosów "Połysk koloru" - używałam jej do pierwszego O w OMO, mimo że nie farbuję włosów i muszę przyznać, że była niczego sobie. Rzeczywiście przydawała blasku, lekko wygładzała i nie powodowała puszenia. Nie zauważyłam wysuszenia ani podrażnienia skóry głowy. Ogólnie rzecz biorąc nie była zła, do tej metody mycia w sam raz.
- Goldwell, Dual Senses, Rich Repair Conditioner - próbka - użyłam jej tylko na końce, ponieważ moje włosy niekoniecznie lubią silikony na całości. Muszę przyznać, że dość dobrze zabezpiecza, w pewnym stopniu zmniejsza szorstkość i zapobiega puszeniu, ale nie jest to oznaka regeneracji. Mam jeszcze kilka takich probek, więc myślę, że pozwoli mi to na ocenienie produktu w pełni.
- Eva Natura, Herbal Garden, Pielęgnacyjny tonik do twarzy - zużyłam już kolejne opakowanie, świadczy to więc go prawdziwym uwielbieniu. Bardzo dobrze oczyszcza, łagodzi podrażnienia, likwiduje uczucie ściągnięcia. Ponadto lekko nawilża skórę, przywraca odpowiednie pH i przygotowuje na przyjęcie kremu. Myślę, że znalazłam to, czego chciałam i to w całkiem znośnej cenie.
- Lirene, Oczyszczające mleczko do demakijażu - dość porządny produkt, który niestety nie zagości u mnie ponownie. Zmywał nieźle, nie podrażniał, jednak lekko zapychał i nie domywał w pełni. Miał przyjemny zapach i konsystencję, jednak nie pokochałam go na tyle, aby kupić raz jeszcze.
- Eveline, Pure Control S.O.S, Antybakteryjny krem nawilżający - początkowo był całkiem dobry, później spowodował atak wyprysków. Niemniej jednak dobrze nawilżał i lekko wygładzał skórę. Jego zapach należał do przyjemnych, niedrażniących. Ostatecznie zużyłam go do stóp, gdzie na pewno nie zaszkodził.
- Original Source, Seasonal Edition Shower Gel, British Strawberry - zupełnie przeciętny, nie spodobał mi się. Butelka nie miała niekapka jak w tradycyjnych opakowaniach i rzadką, mocno lejącą konsystencję. Ponadto zapach zalatywał dość intensywnie sztucznością. Pienił się dość dobrze, jednak nie była to wielka piana. Niemniej jednak nie można odmówić mu ładnej szaty graficznej.
- Bentley Organic, Calming Body Lotion, Lawenda i rumianek - naprawdę porządny produkt. Dobrze nawilżał, lekko wygładzał, nie pozostawiał tłustego filmu. Mimo rzadkości rozprowadzał się idealnie, szybko wchłaniał. Zapach miał całkiem ładny, specyficzny, kwaskowato-kwiatowo-ziołowy.
- Dairy Fun, Jogurtowy balsam do ciała o zapachu kokosa - średni kosmetyk o mało ciekawym działaniu. Mimo przyjemnej konsystencji i szybkiego wchłaniania nie przypadł mi do gustu całkowicie. Nawilżał i wygładzał dość lekko, a jego zapach na skórze oscylował pomiędzy zepsutą zieloną herbatą a dymem papierosowym. Jak łatwo sie domyślić, nie pokochałam go.
- Rival de Loop, Krem nawilżający z efektem matującym - uwielbiam! Świetnie matuje, dobrze nawilża, pomaga zagoić się i przeciwdziałać wypryskom. Jest wydajny, ma ładny zapach i dobrą wydajność. Zdecydowanie nie wyobrażam sobie bez niego życia!
- Asa, Acnefan, Krem do pielęgnacji cery trądzikowej - bardzo lubię za działanie. Rozjaśnia cerę, pomaga zapobiegać wypryskom oraz goić się tym, które już powstały. Ponadto bardzo dobrze matuje i idealnie wtapia się w skórę, wiec można używać go także na dzień.
- Alterra, Nawilżane chusteczki oczyszczające z aloesem - świetne! Idealnie zmywały, nie podrażniały, mam nawet wrażenie, że nawilżały. Substancje w nich zawarte nie spowodowały zapychania. Nadawały się też do odświeżania skóry w ciągu dnia.
- Caterine, Płatki kosmetyczne - zwyczajne, dość nieciekawe. Lubiły się rozwarstwiać, ale nie zostawiały włókien na twarzy ani na paznokciach. Były też mało chłonne, gdyż nawet niewielka ilość toniku przeciekała. W związku z tym wydajnością nie grzeszyły.
- Lovely, Liquid Lip Balm, Smoothes, heals and protects your lips x2 - moj ulubiony balsam do ust. Nawilża, natłuszcza, odświeża i odżywia wargi. Pozostawia warstewkę ochronną ze wzgledu na parafinę, która w mazidłach do ust mi nie przeszkadza.
- Isana, Zmywacz do paznokci bez acetonu - przyjemny, póki co ulubiony. Świetnie zmywa, nie wysusza, jest dość wydajny. Ponadto niezbyt śmierdzący i łatwo dostępny. Bardzo go polubiłam :-)
- Wibo, Crocodile Skin, 4 - wprawdzie nie zużyłam go, ale dołączyłam do denka jako wyrzutka. Dawał piękny efekt skóry krokodyla, a i kolor miał świetny - burgund. Niestety porobiły się w nim grudki, a to znak, ze czas się rozstać.
- Bell, Sun Bronzer - używałam na ramiona i dekolt. Był całkiem przyjemny, jednak nieco za ciemny. Nie robił plam, dobrze się rozprowadzał. Zawierał masę rozświetlających drobinek, a to lubię. Wydajnością nie grzeszył, toteż szybko się zużył.
Nie zużyłam wpradzie masy kosmetyków, ale nie narzekam. Lepsze to, niż nic, chociaż trzy produkty zużyte były trochę na siłę :)
Etykiety:
alterra,
asa,
babydream,
bell,
bentley organic,
dairy fun,
eva natura,
eveline,
goldwell,
isana,
lirene,
lovely,
original source,
rival de loop,
wibo,
zużycia
poniedziałek, 29 października 2012
Ogórek, ogórek, ogórek! Zielony ma garniturek! Bi-es Love Forever Green EDP
Uwielbiam perfumy, wody toaletowe, perfumowane, mgiełki zapachowe i inne pachnące cuda. Szczególnie mocno wabią mnie pozycje z wyższej półki, ale z powodu niezbyt grubego portfela skusiłam się na kilkadziesiąt razy tańszy dupe jabłuszka Donny Karan, którego niestety nie dane było mi powąchać. Jest nim Bi-es Love Forever Green EDP, który zostanie bohaterem dzisiejszego posta :-)
Wodę zapakowano w szklany flakonik przypominający kształtem spłaszczoną kulę, a właściwie jabłko. Nie ma zbyt potężnych rozmiarów, nie mieści się jednak całkowicie w dłoni. Nie jest też specjalnie zmyślne, nie razi w oczy przesadnością. Zwieńczone aplikatorem z nakładaną, plastikową, spadającą przy byle okazji nakrętką. Atomizer nie zacina się, dozuje odpowiednią ilość produktu.
Produkt został uraczony małą, okrągłą nakleją na spodzie opakowania, która nie odkleja się ani nie pęcherzykuje. Szata graficzna jest dość brzydka, ale nie zwracam na nią uwagi. Mimo marnej jakości nie ścierają się. Uszkodzeniom ulega jednak "złotko przy nakrętce, odpadające niewielkimi płatkami co kilka użyć, co muszę przyznać, wygląda nieciekawie i nieestetycznie. Całość wygląda średnio, niezbyt pięknie.
Woda ma konsystencję wody, która po rozpyleniu zamienia się w delikatną mgiełkę z minimalnym deszczykiem. Promień zasięgu atomizera nie jest zbyt wielki, można bezproblemowo trafić w wybrane miejsce na skórze. Wchłania się dość szybko, ale przez kilka minut jest odrobinę lepki.
Według producenta zapach jest połączeniem amerykańskiego jabłka, ogórka, magnolii, grejpfruta, tuberozy, drzewa sandałowego i ambry. Mój nos wyczuwa tutaj głównie dwie pozycje wymienione na samym początku. Jest lekki, świeży, kobiecy, dość charakterystyczny. Nie otumania, nie powoduje bólu głowy, może jednak troszkę przytłaczać.
Produkt orzeźwia i odświeża bez uczucia nadmiernej przesady. Nie zalatuje środkami do czyszczenia toalet ani specyfikami tego typu. Utrzymuje się na skórze przez kilka godzin, więc jak na wodę tego pokroju jest naprawdę dobrze. Sprawia, że czuję się kobieco, trochę przyciężkawo :D
Opakowanie - 6 - zgrabny flakonik z nieciekawej jakości powleczeniem szyjki. Konsystencja - 8 - szybko się wchłania, dobrze rozpyla, ale nieco lepi i daje tępy efekt. Zapach - 8 - całkiem przyjemny, ogórkowo-jabłkowy, minimalnie przyciężkawy. Działania - 7 - odświeża i daje uczucie niezbyt lekkiej kobiecości :-) Ocena ogólna - 6/10. Przeciętny produkt, który zniechęcił mnie do tak tanich pachnideł!
Wodę zapakowano w szklany flakonik przypominający kształtem spłaszczoną kulę, a właściwie jabłko. Nie ma zbyt potężnych rozmiarów, nie mieści się jednak całkowicie w dłoni. Nie jest też specjalnie zmyślne, nie razi w oczy przesadnością. Zwieńczone aplikatorem z nakładaną, plastikową, spadającą przy byle okazji nakrętką. Atomizer nie zacina się, dozuje odpowiednią ilość produktu.
Produkt został uraczony małą, okrągłą nakleją na spodzie opakowania, która nie odkleja się ani nie pęcherzykuje. Szata graficzna jest dość brzydka, ale nie zwracam na nią uwagi. Mimo marnej jakości nie ścierają się. Uszkodzeniom ulega jednak "złotko przy nakrętce, odpadające niewielkimi płatkami co kilka użyć, co muszę przyznać, wygląda nieciekawie i nieestetycznie. Całość wygląda średnio, niezbyt pięknie.
Woda ma konsystencję wody, która po rozpyleniu zamienia się w delikatną mgiełkę z minimalnym deszczykiem. Promień zasięgu atomizera nie jest zbyt wielki, można bezproblemowo trafić w wybrane miejsce na skórze. Wchłania się dość szybko, ale przez kilka minut jest odrobinę lepki.
Według producenta zapach jest połączeniem amerykańskiego jabłka, ogórka, magnolii, grejpfruta, tuberozy, drzewa sandałowego i ambry. Mój nos wyczuwa tutaj głównie dwie pozycje wymienione na samym początku. Jest lekki, świeży, kobiecy, dość charakterystyczny. Nie otumania, nie powoduje bólu głowy, może jednak troszkę przytłaczać.
Produkt orzeźwia i odświeża bez uczucia nadmiernej przesady. Nie zalatuje środkami do czyszczenia toalet ani specyfikami tego typu. Utrzymuje się na skórze przez kilka godzin, więc jak na wodę tego pokroju jest naprawdę dobrze. Sprawia, że czuję się kobieco, trochę przyciężkawo :D
Opakowanie - 6 - zgrabny flakonik z nieciekawej jakości powleczeniem szyjki. Konsystencja - 8 - szybko się wchłania, dobrze rozpyla, ale nieco lepi i daje tępy efekt. Zapach - 8 - całkiem przyjemny, ogórkowo-jabłkowy, minimalnie przyciężkawy. Działania - 7 - odświeża i daje uczucie niezbyt lekkiej kobiecości :-) Ocena ogólna - 6/10. Przeciętny produkt, który zniechęcił mnie do tak tanich pachnideł!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























