sobota, 19 stycznia 2013

Coś tu nie skrzypi tfu! nie gra. Farmona Herbal Care Odżywka do włosów Skrzyp polny

Nie lubię zbytnio pisać negatywnych recenzji, a już szczególnie jeśli dotyczy to kilku kosmetyków tej samej firmy. Akurat tak się składa, że Farmonę bardzo lubię i chętnie sięgam po produkty sygnowane tym logiem mimo kilku niewypałów. Bohaterka dzisiejszego posta, odżywka do włosów Skrzyp polny niestety nie należy do najlepszych. Nie jest to też żaden koszmarny bubel, a kosmetyk, który się nie sprawdził. Bardziej obszerna opinia poniżej - zapraszam! 

 
Opakowanie jest identyczne jak w przypadku lnianej wersji - zawiera 200ml produktu, jest miękką, nieprzezroczystą tubą. Bardzo łatwo wydobyć z niej odżywkę. Akurat ta część jest porządna i nie pęka. Nakrętka na "klik" ułatwia zadanie, jednak jest wykonana bardzo nieporządnie. Po zaledwie kilku użyciach zaczęła się odłamywać, co doprowadza do dostawania się powietrza do wnętrza.

Na opakowaniu nie ma żadnych naklejek - wielki plus dla producenta. Informacje są w postaci nadrukowanych, nieścierających się napisów. Szata graficzna tej serii bardzo mi się podoba, także w tej wersji. Rośliny wyglądają jak żywe, uwielbiam takie motywy! Nie całości rozmieszczono sporą, ale nieprzytłaczającą ilość wyrazów.


Odżywka jest gęsta, jednak niewtarta może spływać. Nakłada się świetnie, szybko i dokładnie. Spłukuje się bardzo dobrze, nie skleja przy tym włosów. Wewnątrz znajdziemy:
Skład: Aqua (Water), Behentrimonium Chloride, Cetyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Propylene Glycol, Equisetum Arvense (Horsetail) Herb Extract, Glycerin, Inulin, Lauryldimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Wheat Protein, Lauryldimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Wheat Starch, Hydrolyzed Keratin, Panthenol, Lactic Acid, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Diazolidinyl Urea, Iodopropynyl Butylcarbamate,Parfum (Fragrance).

Zapach początkowo nie przypadł mi do gustu, ale już się go niego przyzwyczaiłam. Jest mocno roślinny, nieco ziemisty. Nie jest jednak na tyle mocny, aby w nieprzyjemny sposób drażnić noc. Po spłukaniu nie utrzymuje się na włosach, ale jeśli pozostanie niezmyty to czuć go na kosmykach przez pewien czas. Jest to woń bardzo naturalna, niechemiczna.


Odżywka nie zrobiła na mnie zbyt dobrego wrażenia. Jest to produkt bez spłukiwania, ale niestety nie mogę jej używać w ten sposób, gdyż nadaje włosom tępości i matowości, aż trudno je rozczesać. Są też nieprzyjemne w dotyku. Lepiej sprawdza się jako maska przed myciem, nałożona na pół godziny. Sprawia wtedy, że kłaki są śliskie i łatwiej je umyć, ładnie błyszczą i są lekkie. Póki co nie wzmocniła ich, ale poczekam z tym do końca opakowania. W tym przypadku problem nie tkwi w odżywce, a w sposobie jej używania.

Opakowanie - 8 - miękkie, poręczne, z fatalną, urywającą się klapką, bez naklejek. Konsystencja - 8 - gęsta, bardzo przyjemna, łatwo się rozprowadza i spłukuje. Zapach - 8 - roślinno - ziemisty, naturalny, po zmyciu nie utrzymuje się na włosach. Działanie - 5 - niezmywana nadaje tępości i brzydkiego matu, a spłukana - lekko nawilża, nabłyszcza i wygładza. Ocena ogólna - 6/10. Całkiem niezła odżywka, jednak nie kupię jej ponownie, gdyż nie spełniła moich oczekiwań.

czwartek, 17 stycznia 2013

Słynny kominkowy myjak - Isana Winter Seife Kaminzauber

Zapowiedzi tego mydła w płynie widziałam już ponad rok temu, jednak nie kupiłam. Będąc jednak za ostatnich zakupach natknęłam się na nie i bez wahania wzięłam. Teraz  Isana Winter Seife Kaminzauber jest moje i bardzo się z tego cieszę, gdyż ma całkiem niezłe właściwości oraz zapach. Na jego temat mówiono już wiele, jednak nie mogę powstrzymać się przed dorzuceniem swych trzech groszy :-)


Mydło ma tradycyjne opakowanie wykonane z bardzo cienkiego, łatwo uginającego się plastiku, średnio miękkiego. Ma stabilną podstawę, dzięki czemu nie ma możliwości, aby się przewróciło. Posiada wygodną pompkę, która  z łatwością, choć nie samoistnie dozuje odpowiednią ilość produktu. Nie pluje ani nie wylewa strumieniem. Można ją także zablokować, dzięki czemu w razie potrzeby nie będzie problemu z transportem w torbie podróżnej. Całość wykonana jest nie najgorzej, nic nie przecieka. Zawiera 300ml produktu, co na pewno będzie skutkowało sporą wydajnością.

Na opakowaniu naklejki są trzy, wszystkie papierowe, jednak tylko dwie z nich zrobione są ze śliskiej materii, a trzecia już nie. Ta ostatnia niestety zaczyna się zadzierać, ścierać i rozmaczać, co pięknie nie wygląda. Szata graficzna bardzo mi się podoba. Obrazek ukazujący górski domek o zachodzie słońca jest niezwykle kuszący i zachęcający. Dzięki niemu z jeszcze większą przyjemnością sięgam po mydło!

 
Mydło ma konsystencję żelową połączoną z stężałą w 80% galaretką. Łatwo się rozprowadza i szybko spienia tworząc rzadką, delikatną piankę otulającą całe dłonie. Nie ślizga się zbytnio i idealnie spłukuje. Nie pozostawia tłustego filmu, a wręcz przeciwnie - nadaje uczucia wysuszonych dłoni. Wewnątrz znajdziemy glicerynę, SLS, ekstrakt z winogron oraz kilka innych składników, które nie działają na mnie negatywnie.

Zapach mydła bardzo mi się podoba, jednak oczekiwałam czegoś mocniejszego i bardziej korzennego. Czuć tu jednak owoce - podejrzewam, że żurawinę lub wiśnie, choć nie umiem zbytnio interpretować zapachów. W tle da się też wyczuć nutę grzańca, jak dla mnie zbyt lekką, ale pożądaną. Nie utrzymuje się na dłoniach po zmyciu, ale nie jest to mankamentem.

Produkt bardzo dobrze oczyszcza dłonie - aż skrzypią z czystości! Niestety wiąże się to z lekkim wysuszeniem, ale po użyciu kremu problem znika. Mydło nie podrażnia.

Opakowanie - 7 - duże, dość porządne, ze świetną pompką. Konsystencja - 9 - żelowo-galaretkowa, łatwo się rozprowadza i zmywa. Zapach - 8 - łądny, owocowy z lekką, korzenną nutą w tle. Działanie - 9 - świetnie oczyszcza, minimalnie wysusza. Ocena ogólna - 8/10. Bardzo dobry produkt, warto kupić :)

środa, 16 stycznia 2013

O kosmetycznych marzeniach wpis nie(ambitny)

Postanowiłam zaserwować Wam dziś post ukazujący moje kosmetyczne marzenia, nie wszystkie oczywiście, ale głównie te, których nie zawiera wishlista. Większość z nich na pewno uda mi się spełnić i to w przeciągu najbliższych kilku(nastu) tygodni lub miesięcy. Wiem, że notatka jest raczej niewnosząca niczego pożytecznego, a raczej do pojopienia się na cudowności :) Niemniej jednak serdecznie zapraszam, może i Wam coś wpadnie w oko!



Mamy tutaj wiele ciekawych produktów, m.in.:

Essence, Hugs & Kisses, Glitter Topper - 01 more than words | 02 dreams for sale (przynajmniej wydaje mi się, że to te odcienie) - cudowne! Przepiękne pastele jako brokatowe topy, które mnie zachwyciły. Już nie mogę się doczekać, aż je dostanę w swe ręce.
Balea, Jaden Tag Shampoo Himbeere - zachwalany, malinowy szampon zawierający SLS do mocniejszego oczyszczania z ciężkich olejów i silikonowego serum. Już niedługo pojawi się w czeluściach mojej szafki!
Golden Rose, Jolly Jewels - 105 - jestem zachwycona swatchami, do tego stopnia, że posiadam już numer 110. Myślę, że niedługo zdobędę także kolejne kolory.
China Glaze, Wicked, Cast a Spell +  Bizarre Blurple - Chinki uwielbiam, a te konkretne kolory strasznie mi się spodobały. Uwielbiam wszelkiego rodzaju zgniłe zielenie i niejednoznaczne fiolety, aż żałuję, że nie mam do nich dostępu.
OPI,  Mariah Carey Collection - Stay The Night - podobnie jak wyżej wymienione Chinki ma niezwykły odcień i wspaniałe wykończenie. Przydałby mi się taki produkt, oj tak :D
Blistex, Classic Lip Protector - osławiony Blistex, na całe szczęście bez mentolu, którego moje usta nie tolerują. Nie wiem jednak, czy kupno będzie dla mnie zbawieniem, czy tragedią i ciągle się wstrzymuję.
Essence, Stay Matt Lip Cream - jakoś nigdy nie miałam przekonania do błyszczyków Stay With Me, ale matowe wersje z pewnością capnę bez wahania. Szczególnie kusi mnie brudny róż, czyli drugi od prawej.
Essence, Gel Tint, Deep Red - kolejny kosmetyk do ust o bardzo ciemnym odcieniu, a ja właśnie takie kocham :D Mam tylko nadzieję, że nie zawiera mentolu.
Essie, Stylenomics - zauroczył mnie ten kolor! Czarno - zielone cudo o żelowym wykończeniu z pewnością chętnie przyjęłabym w swe łapki :)
Inglot, Pacific Blue Collection of Lipstick - 292 - spora ekstrawagancja, czyli granatowa szminka z drobinkami. Cudo! Jednym słowem - brałabym!
Nivea, Lip Butter, Raspberry Rose - wersję karmelową już mam, ale chętnie przygarnęłabym też malinową. Sądzę, że te masełka zawojują moją pielęgnację!
Sally Hansen, Instant Cuticle Remover - nie mam wielkich problemów ze skórkami, ale czasem trafi się jakiś uciążliwy delikwent. Ten żel z pewnością ułatwiłby mi życie.
The Balm, Mary-Lou Manizer - osławiony rozświetlacz, który jako maniaczka tego typu kosmetyków chciałabym mieć! Póki co ogranicza mnie brak dostępności w moim mieście i ograniczone fundusze.

Macie któryś z wymienionych produktów? Co o nim sądzicie? A co Wy chciałybyście mieć?   

sobota, 12 stycznia 2013

Niezłe ziółko! Ziaja Tintin Tonik antybakteryjny

Dawno, dawno temu, bo jeszcze w kwietniu 2012 roku zakupiłam antybakteryjny tonik Ziaja Tintin, gdyż byłam zachwycona kremem z tej serii. Niestety, zaczął mnie on zapychać, więc stojący w kolejce tonik niesłusznie oskarżyłam o to samo. Teraz, gdy nareszcie odważyłam się stosować go na twarz regularnie, przekonałam się, że nie warto nabierać uprzedzeń. W sumie nie jest to mistrzostwo świata ani produkt, który trzeba mieć, jednak całkiem niezły i warto o nim napisać.


Tonik zamknięto w tradycyjnej, bardzo prostej butelce. Wykonana z dość twardego, białego i nieprzezroczystego plastiku sprawuje się dobrze, jednak nieco przeszkadza mi fakt, iż nie widzę poziomu zużycia. U góry mamy nakrętkę z klapką na "klik". Pod nią znajduje się wypust, dzięki któremu możemy - choć nie w pełni - kontrolować ilość wypływającego toniku. Nie otwiera się samoistnie. Wręcz przeciwnie - nie ma nawet możliwości, aby się otworzyło bez ingerencji palców. Niemniej jednak nie grozi to połamaniem paznokci.

Na opakowaniu znajdziemy jedną naklejkę, która jest tak duża, że zajmuje niemal całą powierzchnię butelki! Nie zadziera się i nie rzuca w oczy. Na przedniej części zawiera tylko kilka słów, co daje przyjemny efekt. Z tyłu jest ich więcej, ale bez przesady. Nie ma błędów w druku, jest za to skład i działanie. Całość prezentuje się ciekawie, mimo prostoty przyciąga wzrok. Bardzo lubię taki styl, gdyż prezentuje się świetnie :) 


Produkt ma tradycyjną konsystencję, a więc jest bardzo rzadki i wodnisty, niczym ciecz wypływająca z kranu. Po nalaniu na wacik łatwo rozprowadza się łatwo i przyjemnie, a twarz jest mokra jak po przemyciu wodą. Szybko się wchłania i pozostawia chwilowy film, jednak zupełnie niezwiązany z lepkością czy przetłuszczeniem. Nie okleja skóry, nie nadaje połysku ani tępości. Nie ściąga też cery w żadnym stopniu. Wewnątrz znajdziemy:
Skład: Aqua (Water), Glycerin, Polysorbate 20, Propylene Glycol, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) Root Extract, Thymus Vulgaris (Thyme) Flower/Leaf Extract, Panthenol, Sodium Benzoate, 2-Bromo-Nitropropane-1,3-Diol, Parfum (Fragrance), Benzyl Salicylate, Linalool, Butylphenyl Methylpropional, Hydroxycitronellal, Hydroxyisohexyl, 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Citronellol, Eugenol, Citric Acid

Zapach jest przyjemny, ziołowy, ale zupełnie niechemiczny. Zdecydowanie czuć przygaszoną woń roślin. Mnie się on bardzo podoba, jest lekki i nieduszący. Po chwili znika ze skóry i nie pozostawia po sobie znaku.

  
Tonik widocznie odświeża cerę. Nie wzmaga przetłuszczania, ale przy intensywnym używaniu może zapychać, o ile skóra nie toleruje gliceryny. Wydaje mi się, że łagodzi, choć nałożony na rozdrapanego pryszcza zaczyna szczypać. Nie ściąga i nie wysusza, ale też nie nawilża zbytnio. Świetnie nadje się za to do zmywania resztek makijażu lub odświeżania. Nie zwęża porów, ale możliwe, że pomaga zwalczać wypryski.

Opakowanie - 9 - porządne, ładne, jednak z powodu nieprzezroczystości nie należy do wspaniałych. Konsystencja - 10 - lejąca i rzadka jak na tonik przystało, bardzo mokra. Zapach - 9 - przyjemny, lekki, ziołowy, niechemiczny. Działanie - 8 - odświeża, minimalnie nawilża, nie klei się i raczej nie ma skłonności do zapychania. Ocena ogólna - 6/10. Całkiem niezły produkt, jednak nie kupię ponownie i będę szukać czegoś bez komedogennych składników :)   

czwartek, 10 stycznia 2013

Nothing at all. Farmona Jantar Odżywka do włosów i skóy głowy

Do recenzji osławionej, polskiej wcierki podchodziłam jak pies do jeża. Każdego dnia dawałam jej szansę na pokazanie możliwości, ale niestety ich nie zauważyłam ani przy pierwszym, ani przy drugim, obecnie zużywanym opakowaniem. Efekty niezwykle mizerne, a ja czuję się nieco oszukana, gdyż wszyscy chwalili jej wpływ na porost baby hair. Bardzo chciałabym doznać działania odżywki do włosów i skóry głowy Farmona Jantar, a tymczasem nie jestem zbyt zadowolona. Powody w dalszej części notatki.


Wcierka znajduje się w płaskim opakowaniu z dość grubego szkła, jest tym samym dość ciężkie. Jest ono przezroczyste, więc dobrze widać poziom zużycia. Posiada plastikową nakrętkę z ukrytym pod nią aplikatorem, z jakim mogłyście spotkać się przy leku Aromatol. Wytrząsanie produktu z butelki nie jest najprostsze - może wypaść lub uderzyć nas np. w głowę. Nie jest to wygodne rozwiązanie, toteż aby użyć odżywki muszę go wyjmować. Pozostaje wtedy spory otwór, przez który można wylać wcierkę w zbyt dużej ilości. 

Odżywkę kupujemy w kartonowym opakowaniu ze składem, działaniem i innymi informacjami. Butelka natomiast została opatrzona jedną, papierową naklejką, która póki co nie odkleja się ani nie zadziera. Zawiera tylko nazwę produktu. Szata graficzna zupełnie przeciętna, bez większych zachwytów. W sumie nie jest brzydka, ale pięknością też nie grzeszy. Nie jest to jednak produkt, który stawiam na półce i podziwiam, więc nie narzekam. 


Wcierka jest bardzo rzadka, jednak sporo gęstsza od wody. Szybko przecieka przez palce, łatwo ją rozlać. Dobrze rozprowadza się po skórze i włosach. Nie spływa. Wchłania się całkiem szybko, jednak nie ekspresowo. Ze względu na opakowanie i konsystencję nie jest zbyt wydajna. Jest bardzo lejąca, więc wypływa jej o wiele za dużo. Skład ma długi, z niechcianymi składnikami na końcu: PABA, Triethanol amine, 2-bromo-2-nitropropane-1,3-diol, Methyldibromo Glutaronitrile. Poza tym ma jednak wiele pozytywnych substancji.
Skład: Aqua, Propylene Glycol, Glucose, Calendula Officinalis Extract, Chamomilla Recutita Extract, Rosmarinus Officinalis Extract, Salvia Officinalis Extract, Pinus Sylvestris Extract, Arnica Montana Extract, Arctium Majus Extract, Citrus Medica Limonum Extract, Hedera Helix Extract, Tropaeolum Majus Extract, Nasturtium Officinale Extract, Amber Extract, Disodium Cystinyl Disuccinate, Panax Ginseng, Arginine, Acetyl Tyrosine, Hydrolyzed Soy Protein, Polyquaternium-11, Peg-12 Dimethicone, Calcium Pantothenate, Zinc Gluconate, Niacinamide, Ornithine Hci, Citrulline, Glucosamine HCI, Biotin, Panthenol, Polysorbate 20, Retinyl Palmitate, Tocopherol, Linoleic Acid, PABA, Triethanolamine, Carbomer, Parfum, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Methyldibomo Glutaronitrile, Dipropylene Glycol, Limonene, Linalool

Zapach nie jest najpiękniejszy, jednak dość lekki i niedrażniący. Zawiera zwietrzałe męskie nuty, ale nie jest to woń brzydka czy dusząca. Co ważne, nie czuć jej na odległość. Utrzymuje się na włosach dość krótko.


Działanie wcierki mocno mnie zawiodło. Oczekiwałam baby hair, a tymczasem nie pojawiły się, a obecne nie wydłużyły. Nie zniwelowała też wypadania, niewielkiego wprawdzie. Plusem, jaki zaobserwowałam jest lekkie nawilżenie skalpu i włosów. Skóra głowy nie swędzi, a włosy nie wypadają w większej ilości.

Opakowanie - 3 - nieporęczne, ciężkie, z nieciekawym aplikatorem, wykonane z dość grubego szkła. Konsystencja - 7 - bardzo rzadka, lejąca, gęstsza od wody, dobrze się rozprowadza i całkiem szybko wchłania. Skład - 6 - dużo pozytywnych składników, ale są też negatywne. Zapach - 6 - lekko męski, niedrażniący. Działanie - 4 - lekko nawilża skalp i włosy, jednak nie powoduje wysypu baby hair. Ocena ogólna - 5/10. Średni produkt, trochę się zawiodła. Wiem jednak, że na wiele z Was działa świetnie, a więc nie odradzam. 

wtorek, 8 stycznia 2013

Akcja organizacja! Nowy nagłówek, przypomnienie o rozdaniu inne sprawy

Wczoraj nie miałam czasu na napisanie konkretnej notatki, a dzisiaj chciałabym powiedzieć nieco o sprawach organizacyjnych. Wiem, że nie jest to szczególnie ciekawy temat, ale mam nadzieję, że przebrniecie przez coś takiego. W sumie nie zmieniło się wiele, ale chyba zauważalnie. Tych kilka, a właściwie tylko dwa nowe blogowe nowości, że wchodząc tutaj czuję, że pokazuje moją osobowość :)

Nowy nagłówek


Zupełnie nowy i wręcz idealny nagłówek stworzony przez vejjs. Jest dokładnie taki, jak chciałam - z obrazkiem po lewej stronie, różowymi akcentami, nierównym napisem i poza tym cały biały! Ideał! Od dawna o takim marzyłam, a od wczoraj mam jako główną ozdobę bloga nie tylko dla mnie, ale i dla Was. Kilka osób zgłaszających się do rozdania prosiło o dodanie nagłówka i miały one rację, bo z nim jest o wiele lepiej. Dziękuję Ci, vejjs!

Pierwsze rozdanie


Dokładnie 22 grudnia ogłosiłam moje pierwsze rozdanie. Bałam się, że nie będzie cieszyć się zainteresowaniem i nikt się nie zgłosi. Tymczasem mam już 26 zgłoszeń! Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę! Dostałam od Was wiele pożytecznych rad, w skutek czego poprosiłam vejjs o nagłówek :) Konkurs trwa jeszcze 15 dni, a więc macie sporo czasu na zgłoszenie. Przewiduję także dodatkowe gifty - niespodzianki :-) Do rozdania przejdziecie klikając tutaj - klik!

Post krótki i chyba niezbyt wartościowy, ale musiałam coś napisać :)

niedziela, 6 stycznia 2013

Włosowe aktualizacje - po 2. miesiącu

Dzisiaj przybywam do Was z minimalnie spóźnioną aktualizacją włosową. Dokładnie trzy dni temu minęły dwa miesiące od rozpoczęcia pokazywania moich włosów w comiesięcznych odstępach. Przyznaję, że bardzo mi one pomagają, podobnie jak dziennik, który również możecie oglądać. Moje kłaki wyglądają coraz lepiej również dzięki Waszym zdjęciom i poradom. Bardzo dziękuję za wszystko, jesteście wielkie! A tymczasem zapraszam na kosmykowy post.   

03.12.12                                               06.01.13

 
  
    Długość z tyłu - najkrótsze 37cm, najdłuższe 40cm, zebrane razem - 38/39cm 

06.01.13


Przepraszam za kolor moich włosów na dzisiejszym zdjęciu. Nie farbowałam ich nigdy, to, co tu widać jest efektem złego oświetlenia.
Choć nie widać tego na zdjęciu, kłaki urosły około jednego centymetra. Nie jest to dużo, ale przynajmniej wiem, że nie stoją w miejscu. Zdecydowanie poprawiła się ich kondycja - są dużo bardziej gładkie, miękkie i sprężyste (patrz na powyższe zdjęcie). Nie straszą już przerażającą suchością i masą uszkodzeń. Nie stało się to jednak samo z siebie - pomaga mi w tym spora armia kosmetyków, które zaraz przedstawię.

Pielęgnacja opierała się głównie na oleju, łagodnym szamponie, odżywkach i sprayach. Dołączyły też przydatne akcesoria oraz serum na końcówki. W przeciwieństwie do listopada grudzień obfitował w wiele nowości i rozrost włosowej kolekcji. Poniżej mała prezentacja.

 
Widać tu mój ulubiony, kończący się już olej Dabur Vatika Coconut Enriched Hair Oil, który znalazł się już na liście produktów do wykończenia. Dalej mamy zdenkowany BabyLove Mildes Shampoo, odpowiednik BabyDream'u (BabyDream'a?). Jego działanie jest identyczne jak BD! Następnie znajdziemy odżywkę w ogromnym opakowaniu - Kallos Serical Crema Al Latte. Używam jej namiętnie i kocham bezgranicznie. Kolejnym produktem jest opisywana wczoraj Balea Feuchtigkeits Spulung Mango & Aloe Vera, skomplementowana i pochwalona.


Używałam też serum na końcówki, które opisywałam kilka dni temu. Balea Professional Oil Repair Haaröl, które sprawdza się naprawdę świetnie. Dalej mamy używany bardzo rzadko spray Oriflame HairX Volume Boost Leave - In Conditioner, nadający wspaniałej miękkości oraz pięknie pachnący, ułatwiający rozczesywanie Alverde 2-Phasen-Sprühkur Aloe Vera Hibiskus. Jest też odżywka do włosów i skóry głowy Farmona Jantar, czyli popularna wcierka. Niestety nie widzę po niej efektów.


Wdrożyłam też odżywkę Farmona Herbal Care Skrzyp Polny, której działania nie jestem w stanie opisać - zbyt krótko jej używam. Szampon BabyDream uwielbiam i nie zamierzam się rozstawać. Olej rycynowy Apteczka Babuni gościł na mych kłakach dopiero raz, więc recenzją będzie dopiero za jakiś czas. 


Od mniej więcej trzech tygodni towarzyszy mi Tangle Teezer Compact Styler Shaun The Sheep, czyli naprawdę dobra szczota. Rozczesuje bez wyrywania, nie ciągnie i jest idealnie wyprofilowana. Kudłate, miękkie gumki bez łączeń to wytwory Nanu - rossmannowskiej firmy biżuteryjnej. Nie niszczą włosów, a trzymają świetnie.    

I to byłoby na tyle grudniowej pielęgnacji. Mysle, ze styczniowa będzie podobna, chociaż lecą do mnie trzy nowe oleje. Planuję też zakupić płyn Facelle i glicerynę, także spodziewajcie się wszystkiego.