poniedziałek, 4 lutego 2013

Kulturowe podsumowanie miesiąca stycznia

Styczeń upłynął mi pod znakiem dość nieciekawych filmów i niewielkiej ilości przeczytanych książek. Niektóre z nich naprawdę mocno mnie do siebie zraziły, a ja, oczekując cudów, mogę walnąć się w łeb, choć cieszę się, że przynajmniej wiem, jakie są. Mimo to chcę Wam pokazać to, nad czym mam ochotę ponarzekać. I nie martwcie się, będą też pozytywy! 

  
Wyznania gejszy Goldena przeczytałam z czystej ciekawości, jak się ona ma do filmu. Zarówno na kartkach, jak i na ekranie bardzo interesowały mnie losy Chiyo, a później Sayuri. Książka jest pisana w pierwszej osoba, ale jakby mało emocjonalna. Dziwił mnie fakt, że młoda gejsza nie robiła nic, aby przestać robić rzeczy, których nie chce. Nie wiem jak Wy, ale ja walczyłabym o swoje i to jak najmocniej. Mimo obejrzanego wcześniej filmu książka mnie ciekawiła, nie mogłam się od niej oderwać. Jedyne, co mi przeszkadzało to fakt, że Sayuri mało przejmowała się swoim losem, chyba że tylko mi się tak wydawało.

Do póki nie przeczytałam Nefertiti, uważałam, że opowieści historyczne nie są dla mnie. Myliłam się! Powieść Moran jest naprawdę dobra. Spodobał mi się fakt, że całą historię opowiada Mutny, siostra Nefertiti. Chociaż cała książka mówi głównie o N., to widzimy wszystko inaczej, niż gdyby opowiadała ją Nefertiti. Widać tu dokładnie, że jak się ktoś już dorwie do władzy, to nic go nie powstrzyma przed najgorszymi decyzjami takimi jak ... wpuszczenie do miasta ludzi z dżumą. Choroba ta zabiera tytułowej bohaterce pięcioro dzieci, męża i poddanych, a na końcu ktoś ją zabija. Ukazanie przeciwieństw sióstr jest bardzo wyraźne, ale nieprzesadzone. Polecam, polecam, polecam! 

Z czterech Książek Wybranych przeczytałam tylko skróconą wersję Zewu Natury Grieve'a. Powieść była jak dla mnie zbyt płaska, od początku było wiadomo, że będzie happy end. Losy Guya to autentyczna historia, dziennik autora. Wyprawa na Alaskę, nauka różnych zachowań i istna szkoła przetrwania nie porwały mnie. Mimo iż wiedziałam, że wszystko skończy się dobrze przeczytałam te ponad sto stron i sama nie wiem, czy polecić, czy nie.

Obejrzałam kilka filmów, które oceniłam dość nisko. Są w tym zestawieniu produkcje, na które czekałam i niestety się zawiodłam.

     


Już nie raz wspominałam, że lubię lekkie i przyjemne komedie romantyczne. Nie oglądam ich nałogowo, ale od czasu do czasu obejrzę. Książę i ja to jeden z tych filmów, które oglądało mi się bardzo dobrze. Było w nim kilka ciekawych momentów, całość nie najgorsza. Spodobał mi się pomysł producenta na ukrywającego się w zwykłej szkole księcia. Pod koniec wydawało mi się, że nie będzie happy endu, ale był i bardzo mnie ucieszył. Nie jest to mądry, odkrywczy film, który potrzebuje skupienia. Dobry pomysł na miły wieczór. 

Romeo i Julia obejrzałam po przeczytaniu książki i muszę przyznać, że to komediowa wersja z nowoczesnymi wstawkami, pistoletami. Są elementy romantyczne, akcja i dramat, ale tekst jest niemal identyczny jak na kartkach. Nie widzę powodu, aby go opisywać, każdy wie jak się zakończy i o co ogółem chodzi.

Lubię książki i filmy o wampirach, sagę Zmierzch również, co dla niektórych z Was jest pewnie dziwne :D Nie jestem jednak tak wielką fanką, aby bronić jej przed złośliwymi komentarzami. Parodię Wampiry i świry obejrzałam, aby się rozerwać, na szczęście nie dosłownie, co w filmie zdarzało się często. Było kilka naprawdę śmiesznych momentów, nawiązanie do sagi jest i to spore. Można go trochę porównać do Strasznego filmu, którego nienawidzę, ale ten jest nieco lepszy. Nie jest to produkcja  z gatunku, który wszystkim się spodoba, ale obejrzeć można.  

Opancerzonego obejrzałam tylko ze względu na Jeana Reno. Jego rola nie była główna, ale dzięki niej wytrzymałam do końca. Film był nudny, płaski i trudny do obejrzenia. Ziewałam tak, że prawie zasnęłam. Przemycanie fury pieniędzy przez ludzi,których nie powinno się podejrzewać nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, także nie polecam.

Kobiece komedie sensacyjne nie robią na mnie wrażenia. Aniołki Charliego to nic innego jak nieszkodliwa produkcja na wieczór. Nie ma w niej nic odkrywczego, film jest bardzo przewidywalny. Dziewczyny są odważne i szalone, gotowe stanąć w obronie swego nieznanego pana. W sumie nie jest ły, ale czy warto go oglądać?

Żelazna Dama nie jest lepsza. Gdy tylko usłyszałam, że będzie na HBO, czekałam w napięciu i chyba się przeliczyłam. Wydaje mi się, że chciałam przysłowiowych cudów na kiju. Tymczasem mam sam kij - tylko po to, by zbić i zganić ten film. Jak dla mnie mało o polityce, a za dużo staruszki z omamami. Niestety to film, który można określić tylko jednym słowem - ujdzie.

Mętna, nieciekawa "sensacja" nie należy do gatunków, które oglądam z chęcią. Fakt, obejrzę, ale bez zainteresowania. W pułapce ognia zajęło 97 minut życia i nie wniosło do niego niczego ciekawego. Ciągłe pytania na temat przychylności i tego, do której grupy należy główny bohater to wielka nuda. Szczęśliwe zakończenie jak w większości filmów. Chłam.

Julie & Julia to też film, który chciałam obejrzeć od dawna. Nie wiem, na co liczyłam, ale nie podobał mi się zbytnio. Główna bohaterka poświęcała swoje życie jedzeniu, zapominając o rodzinie i znajomych. Julia Child, na które wzorowała się Julie była osobą kochającą tylko posiłki i męża, który poświęcał dla niej niemal wszystko. Film był ciągle o tym samym, żadnego punktu kulminacyjnego, jednym słowem - nuda.

Moby Dick to film przygodowy, średnio ciekawy, dość prosty w przekazie. Opowiada o wielorybie i zemście. Motyw ciekawy, ale niezbyt dobrze wykorzystany. 

Jedyne, co ratuje styczeń to piosenki. Znalazłam kilka, które towarzyszyły mi niemal cały czas.


Jestem pod wrażeniem wykonania obu utworów. Ciekawe głosy, teledyski, tekst. Obie pokochałam i zamierzam słuchać nadal.

A czym Wy posiłkowałyście się w styczniu? Może coś z moich propozycji przypadło Wam do gustu, a może wręcz przeciwnie?

niedziela, 3 lutego 2013

Styczniowe zakupy

Pamiętacie podsumowanie moich grudniowych zakupów? Były ogromne! W porównaniu do nich styczniowe są maleńkie. W ostatnim miesiącu 2012 roku zrobiłam spore zapasy. Kupiłam wtedy szampony, odżywki, kremy do rąk i  żele pod prysznic, więc nie powtarzałam tego w minionym miesiącu. Mimo niewielkiej ilości zakupionych produktów jestem z nich bardzo zadowolona, nie ma bubli i zdecydowałam się na kilka lakierów, bo tego typu kosmetyków nie przygarniałam od dwóch miesięcy :)


Łupy jak widać naprawdę niewielkie i to tylko z trzech kategorii: włosy, paznokcie i usta. Podzieliłam je na cztery zdjęcia, na których widać wszystko dokładniej.


Mamy tu cztery lakiery do paznokci, które uważam za świetne, a że każdy pochodzi z jakiejś serii, to mam zamiar dokupić kolejne. Golden Rose Jolly Jewels 110 (12,9zł), Sensique French Manicure 135 (3,99zł), Miss Sporty Metal Flip 040 Fiery Blaze (8,49zł) już pokazywałam. Sensique Fantasy Glitter Disco Lights (3,99zł) wypróbowałam, ale poczekam z premierą na blogu.


Wszystkie oleje kupiłam u Kizi Mizi do nakładania na włosy. BabyDream fur Mama Schwangerschafts-Pflegeöl (4zł) i Dabur Vatika Pure Coconut Enriched Hair Oil (4zł) już przetestowałam i dobrze mi służą. natomiast olej sezamowy zimnotłoczony e-naturalne.pl (5zł) czeka na swoją premierę. Póki co często otwieram go i wącham, gdyż cudnie pachnie sezamem!


Tym razem kupiłam tylko jeden balsam do ust Tisane (8,5zł), który bardzo lubię i zaopatruję się w niego regularnie. Udało mi się upolować upragnione Nivea Lip Butter Caramel Cream (9,99zł) i czuję, że będę musiała złapać kolejne wersje. W koszyczkach wyprzedażowych w Naturze natknęłam się na wiele ciekawych rzeczy, po które muszę wrócić. Jedyne, co wzięłam to Essence On Top Lipgloss 01 Dramatize (5,99zł) w kolorze czarnym, zmieniającym się na ustach w brązowy fiolet.

  
Isana Winter Seife Kaminzauber (4,99zł), to mydełko, które zna już cała blogosfera :) Mnie udało się go upolować dopiero w tym roku, ale dobrze się stało - jest świetne!

Za wszystko zapłaciłam 73,24zł (był jeszcze zmywacz za 1,40zł, ale już zużyłam). Sumka niewielka, zakupione ciekawe kosmetyki i radość z nich mimo małej ilości jest, tak więc nie pozostaje nic innego jak się cieszyć.    

sobota, 2 lutego 2013

Kolorową kredkę na oku noszę. Essence Ready For Boarding 2in1 Kajal Pencil Destination Sunshine

Kredka do oczu w odcieniu nude to konieczny element. O ile wychodzę bez tuszu i korektora, to podkreśloną linię wodną mieć muszę. Essence Ready For Boarding 2in1 Kajal Pencil Destination Sunshine to póki co jedyna kredka w moim zbiorze, ale w najbliższym czasie to się zmieni. Używam jej już od kilku miesięcy i wyrobiłam sobie zdanie na jej temat, więc zapraszam na recenzję.


Kredka wykonana jest z drewna, niewysuwana. Na obu końcach na twarde, wytrzymałe plastikowe nasadki w kolorach, które znajdziemy wewnątrz. Całość wykonana jest porządnie, nakładki nie spadają. Dobrze trzyma się w dłoni.

Na kredce jest tylko jedna naklejką z kodem kreskowym i nazwą. Napisy na całości są srebrne, ale nie ścierają się. Podobają mi się, zresztą jak szata graficzna pozostałych produktów z Ready For Boarding. Nie wygląda tandetnie, połączenie kolorów jest bardzo ciekawe. Ładnie prezentuje się w pudełku z innymi kosmetykami.     


Kredka jest miękka, łatwo rozprowadza się po skórze, nie rozmazuje się. Szybko i precyzyjnie można nią namalować perfekcyjne kreski bez różnicy, czy będą cienkie, czy grube. Nie jest wodoodporna, ale po spłukaniu wodą zostaje na miejscu. Ściera się po mocnym przetarciu dłonią. Wiadomo jednak, że nie powinno się trzeć oczu i wtedy wytrzyma długo. Na linii wodnej trzyma się bardzo krótko, ale znika bez rozmazywania.

Kolory ma naprawdę świetne. Jedna strona to odcień waniliowy, druga - niebieski, intensywny i dość odważny. Da się nimi zrobić widoczny makijaż, ale też delikatny z błękitnymi kreskami. Efekt na poniższym zdjęciu jest widoczny, ale nierażący. Obie części są dobrze napigmentowane.

Kredka nie ma zapachu, co bardzo mnie cieszy. Mocno perfumowane kosmetyki do makijażu oczu mogłaby je podrażnić. Tu nie wystąpiło nic takiego, żadnych skutków ubocznych.


Na powyższym zdjęciu, gdzie pokazałam oko mamy niebieską, dość grubą kreskę i lekko wklepaną waniliową powyżej wewnętrznego kącika. Jak widać nie gryzie się z moim kolorem oczu, nie zamyka ich i ładnie rozjaśnia kącik. Kredkę bardzo polubiłam, udaje mi się nią zrobić proste kreski,a  dopiero się uczę :)

Opakowanie/wykonanie - 10 - kredka jest wytrzymała, nie łamie się, ma twarde, niespadające nasadki. Konsystencja - 9 - miękka, dobrze się rozprowadza. Kolor - 10 - dwa kontrastowe odcienie, tworzące świetny duet. Zapach - 10 - bezzapachowa. Działanie - 10 - można nią zrobić ciekawy makijaż bez robienia sobie krzywdy, nie podrażnia. Ocena ogólna - 10/10! Idealna kredka, szkoda, że to edycja limitowana. 

piątek, 1 lutego 2013

Widmowe nude - Sensique French Manicure 135

Z reguły noszę lakiery w intensywnych kolorach, przyciągające uwagę i bardzo błyszczące. Czasem zdarza się jednak, że mam ochotę na coś bardzo subtelnego, niemal niewidocznego. A że bardzo lubię emalie firmy Sensique, to zainwestowałam w jedną z ich propozycji. Numerek 135 jest całkiem przyjemny i to właśnie o nim będzie dzisiejsza notatka :)

Sensique French Manicure 135 to niezwykle jasna, bardzo mocno rozbielona brzoskwinia. Jest niemal niewidoczny, szczególnie przy jednej warstwie. Nadaje się do każdego stroju i na każdą okazję - na próżno szukać w nim drobinek, gdyż jest całkowicie kremowy, bez brokatu i shimmera. Daje efekt zadbanych paznokci, optycznie je rozjaśnia, maskuje  mankamenty. Jest idealny zarówno do krótkich, jak i długich paznokci.

Lakier ma przyjemną konsystencję, dzięki której naprawdę dobrze się rozprowadza. Nabranie zbyt małej ilości powoduje minimalne smużenie, więc za każdym razem zanurzam włosie tak, aby była na nim większa kropla. Nie mam pojęcia, czy kryje w pełni, bo nie oczekuję tego. Dwie warstwy wyglądają tak, jak na zdjęciu. Na całości nie ma prześwitów, jedynie końcówki nie są do końca przykryte, ale - o dziwo - podoba mi się to. Schnie w normie, około dziesięciu minut na warstwę, z nałożonym topem szybciej.


Co sądzicie o takim efekcie? Podoba się czy wręcz przeciwnie? A może nosicie takie odcienie na okrągło?

PS Gdyby ktoś zamawiał na Beauty Joint, to proszę o kontakt :)

czwartek, 31 stycznia 2013

Walkę z nadmiernymi kilogramami czas zacząć

Pamiętacie może mojego bloga o diecie, którą prowadziłam we wrześniu i październiku? Bardzo mnie motywował, jednak nie miałam czasu, aby go prowadzić. Wraz z jego usunięciem zniknął też mój zapał do odchudzania, które przyniosło efekty, czyli zrzucone 4.5kg. Skutkiem zaniedbania jest 1.5kg, które wróciło w szybkim tempie. W noworocznych postanowieniach obiecałam sobie i Wam, że rozpocznę dietę i zdrowy styl życia na nowo. Nie chcę rzucać słów na wiatr, więc od dziś rozpoczynam "kurację", w Excelu zapisaną od 01.02.13 :)


Moje wymiary są dokładnie takie, jak zapisano na załączonym obrazku. Co chciałabym osiągnąć? Przede wszystkim chcę zejść do 57kg, a więc muszę zrzucić 6kg. Udo ("ch" to oznaczenie miejsca nad kolanem, bez oznaczenia to najgrubsze miejsce) w najszczuplejszym miejscu chciałabym zwęzić o 2cm, a najgrubsze o 3,5cm. W talii odjęłabym 6cm, w biuście nic ;) W brzuchu o 10cm, ale to marzenie ściętej głowy :D BMI muszę obniżyć o minimum 0.8.

Co mam zamiar robić? Przede wszystkim jeść zdrowiej i regularniej. Pięć posiłków dziennie (o 6.40, 10.30, 13.50, 16.30 i 18.30). Więcej warzyw, owoców, ryb, dań niesmażonych i zero słodyczy/fast foodów. Ponadto dużo mineralnej wody, napojów niesłodzonych i niegazowanych.

A co z ćwiczeniami? Planuję rozpocząć program Ewy Chodakowskiej "Skalpel" i mam nadzieję, że dam radę wykonywać go choć raz w tygodniu. Ponadto nadal będę chodzić wszędzie na piechotę i kilka razy wybiorę się na łyżwy. Postaram się też o inne ćwiczenia!

Macie jakieś porady, wskazówki? Odchudzacie się, dietujecie, ćwiczycie? Co robicie dla idealnej sylwetki?  

środa, 30 stycznia 2013

Styczniowe zużycia

Jak ten czas szybko leci! Znów mamy koniec miesiąca i czas na kolejną porcję zużyć. Jest ich więcej niż w grudniu i w pełnym stopniu zadowala mnie ta ilość. Wspomagał mnie głównie Projekt Denko umieszczony w blogowych zakładkach, ale nie tylko, gdyż "wyszło"  też kilka rzeczy, które nie były zamieszczone na wymienionej stronie. Ogółem zdenkowanych produktów jest sporo, w tym całkiem niemała liczba odkryć, do których zamierzam powrócić w najbliższym czasie.


Dabur, Vatika, Coconut Enriched Hair Oil - mój pierwszy olej, który nakładałam na długość włosów. Czasami lądował także na skalpie. Jego działanie było całkiem przyjemne, gdyż lekko nabłyszczał i trochę nawilżał. Na pewno też odżywiał, chociaż na efekty trzeba było poczekać kilka - kilkanaście użyć. Polubiłam go za niezły zapach, który utrzymywał się przez kilka godzin po umyciu. Jego konsystencja była bardzo płynna, ale dobrze się rozprowadzał i łatwo zmywał, ale raczej nie kupię go ponownie.

BabyLove, Mildes Shampoo - odpowiednik BabyDream'u prosto z niemieckiej DM. Był całkiem przyjemny, dobrze zmywał oleje, nie wysuszał, nieco plątał, tworzył sporą ilość piany. Naprawdę dobry produkt, jednak nie różni się niczym od Rossmannowskiego BD. Nie widzę powodu, dla którego miałabym go zamawiać i nie kupię ponownie.

Balea, Feuchtigkeits Spulung, Mango + Aloe Vera - wielkie, zaskakujące odkrycie! Póki co najlepsza i najtańsza odżywka jaką kiedykolwiek miałam. Była bardzo lekka, śliska, rzadka, bez silikonów. Działanie jak marzenie! Naprawdę dobrze nawilżała, odżywiała i nabłyszczała włosy, wygładzała i zmiękczała. Ponadto miała cudowny, naturalny zapach! Z pewnością kupię ponownie i to nie raz! 


Ziaja, Tintin, Tonik antybakteryjny - podchodziłam do niego jak pies do jeża, ale ostatecznie nawet polubiłam. Przyjemnie oczyszczał i odświeżał cerę, lekko nawilżał. Nie powodował namiernego przetłuszczania ani ataku wyprysków. Miał ładny, ziołowy zapach, który szybko ulatniał się ze skóry. Nie zachwycił mnie jednak niczym szczególnym, więc nie kupię ponownie.

Sun Ozon, Mleczko do opalania SPF30 - długo się z nim męczyłam stosując w roli balsamu po kąpieli. Lekko nawilżał i wygładzał, ale pozostawiał tępo - tłusty film, którego wręcz nie mogłam znieść. W lecie sprawdzał się nieźle, dostatecznie chronił przed słońcem. Spodobał  mi się jego zapach panthenolu. Nie kupię ponownie, gdyż już sama myśl o ponownym używaniu napawa mnie odrazą.

Dairy Fun, Milky Powder, Pineapple - ciekawy jako urozmaicenie kąpieli, jednak na dłuższą metę nudny. jego zapach był sztuczny i duszący, kompletnie nie związany z ananasem. Coś tam zajeżdżało cytrusami :D Sprawiał, że woda była "śliska", z minimalną ilością rzadkiej, znikającej w mgnieniu oka pianą i lekko zażółcona. Niestety nie widzę zbyt wielu pozytywów, chociaż w recenzji oceniłam go 8/10. Nie kupię ponownie, nie spodobał mi się zbytnio, a pisząc recenzję byłam dopiero w połowie opakowania.


Zmywacz do paznokci z olejkiem z wiesiołka - zwykły, przeciętny myjak. Lakiery zmywał przeciętnie, te z brokatem musiałam usuwać przy pomocy folii aluminiowej. Śmierdział jak większość zmywaczy, mocno, ale do zniesienia. Nie wysuszył paznokci, nie spowodował żadnych szkód. Raczej nie kupię ponownie, chyba że będę w wielkiej potrzebie.

Zmywacz do paznokci z witaminą F, glicerynowo - natłuszczający - przypadek identyczny jak powyżej. Niewydajny, śmierdzący, niewysuszający. Ogółem w razie potrzeby ujdzie, ale wolę różową Isanę. Nie kupię ponownie, chyba że nie trafię na nic innego w razie silnej potrzeby.

Asa, Acnefan, Krem do pielęgnacji cery trądzikowej - bardzo go lubię, zużyłam kolejne opakowanie. Nakładam zarówno punktowo, jak i na całą twarz i spisuje się równie dobrze. Wysusza wypryski, likwiduje podrażnienia i jest przy tym bardzo łagodny. Kupię ponownie, a nawet zaopatruję się w niego regularnie.

Palmolive, Naturals, Mydło toaletowe, Mięta i eukaliptus - nie lubię mydeł Palmolive, dla mnie wszystkie mają niemal identyczne, mdłe zapachy. W tym przypadku nie było lepiej. Działanie tradycyjne, myło bez fajerwerków. Niewielka piana, skóra tępa, ale dobrze oczyszczona. Nie kupię ponownie, miałam kilka wersji i za każdym razem klapa.


Essence, 24h Hand Protection Balm, Winter Edition, Caramel Hot Chocolate  - działanie miał świetne, dobrze nawilżał, odżywiał i regenerował dłonie. Szybko się wchłaniał, nie pozostawiał tłustej warstwy i ładnie wygładzał. Zapach był jednak niezbyt przyjemny, nieco chemiczny, kremowo - kosmetyczny. Kupiłabym ponownie, ale w innej wersji zapachowej.

Cztery Pory Roku, Zimowy krem do rąk - regenerujący - działanie całkiem w porządku, niezłe odżywienie i nawilżenie. Zapach nie najgorszy, żurawinowo - miodowy, ale dla mnie trochę męczący. Wolałam wersję imbirową, do której wrócę, ale tej nie kupię ponownie.

Oriflame, Christmas Suprises, Spiced Oranges, Scented Hand Cream - rzadki krem o brzoskwiniowym kolorze i nijakim zapachu. Czuć było kosmetyczną woń, która przy pomarańczach nawet nie leżała. Działanie niezłe na co dzień, dobrze wygładzał i lekko nawilżał. Nie kupię ponownie, wolę gęstsze i lepiej pachnące mazidła.

   
W7, Sliders Lip Balm, Saucy Strawberry - przeciętny balsam w cudnym, retro opakowaniu z wysuwanym pojemniczkiem. Lekko nawilżał, nadawał ładnego koloru, jednak nie traktowałam go jak odżywczego mazidła, którym i tak nie był. Nie kupię ponownie, choć kuszą mnie pozostałe wersje.

Avene, Łagodne mleczko do demakijażu -  najlepszy zmywacz do makijażu jaki kiedykolwiek miałam! Szybko i łagodnie czyści z zabrudzeń, cieni i innych kosmetyków kolorowych.  Nie podrażnia. Nie kupię ponownie, gdyż wolę przezroczyste płyny, z którymi nie trzeba się paprać jak z mleczkami :)

Tisane, Balsam do ust x2 - bardzo gu lubię, dobrze odżywia i nawilża usta. Ma przyjemną konsystencję i miodowy zapach. Łatwo się rozprowadza i nie zbiera w załamaniach. Z pewnością kupię ponownie.

SVR, Lysalpha, Gel Moussant Purifiant - spora, 15ml próbka sprawiła, że chętnie zaopatrzyłabym się w pełnowymiarową wersję. Jest rzadki, ale dobrze się rozprowadza i spłukuje. Dobrze oczyszcza skórę, nie zapycha. Jedynie zapach ma podobny do płynu do mycia naczyń, ale jestem w stanie mu to wybaczyć. Chętnie  kupiłabym pełną wersję.

Avene, Cold Cream, Krem do cery bardzo suchej - ze względu na parafinę stosowałam go w roli kremu do rąk. Zauważyłam jednak nie tyle odżywienie, co natłuszczenie. Wchłaniał się powoli, nie podrażnił. Nie kupiłabym pełnowymiarowej wersji, gdyż nie spodobał mi się.


AA, Prestige Body Fit, Nawilżający balsam do ciała anti-ageing - miał świetną konsystencję, szybko się wchłonął, natychmiastowo wygładził i nie podrażnił. Nie wiem, jak działa na dłuższą metę, ale nie kupiłabym ponownie.

Bella, Cotton, Płatki higieniczne - zwyczajne, szybko się rozrywały, przeciekały i rozwarstwiały. Raczej nie kupię ponownie, poszukam lepszych.

Rebi-Dental, Herbal, Pasta do zębów - całkiem niezła, choć z początku było mi trudno się do niej przyzwyczaić. Jest zupełnie nieszkodliwa, ładnie myje i nie podrażnia. Jedynym mankamentem jest fakt, że prawie w ogóle nie wybiela przy dłuższym stosowaniu. Nie kupię ponownie.


Ziaja, Med, Kuracja przeciwświądowa, Szampon łagodzący x2 - przyjemny szampony z zawartością SLS. Bardzo dobrez oczyszcza, nie podrażnia i o dziwo nie wysusza. Włosy po użyciu są miękkie, elastyczne, nie plączą się. Planuję kupić pełnowymiarową wersję.

Ziaja, Krem do cery suchej z bio-olejkami i mleczko do ciała z bio-olejkami - oba zastosowałam na ciało. Bardzo przyjemnie nawilżyły i odżywiły skórę. Myślę nad kupnem pełnej wersji mleczka, wydaje się być świetne.
Ziaja, Maska Intensywne Wygładzanie, Do włosów niesfornych x2 - maska z silikonami, dobrze działające na me kłaki. Nieźle je dyscyplinuje i wygładza, nie wysusza, jednak nie kupię ponownie.


Ziaja, Ziajka, Żel do mycia ciała i włosów - przyjemny żel, działa jak szampon BabyDream. Dobrze i dokładnie myje, zmywa oleje. Kupię pełnowymiarową wersję.

Ziaja, Intima, Płyn do higieny intymnej z kwasem askorbinowym - miałam pełnowymiarową wersję. Dla mnie to zupełnie przeciętny, poprawny żel, którego nie kupię ponownie.

Perfecta, Oczyszczanie, Peeling drobnoziarnisty - hit! Świetnie wygładza, nie zapycha i nie podrażnia. Saszetka wystarcza na trzy użycia, ale planuję kupić wersję w tubie.

Oxedermil, Krem na pękające pięty - tłusty, mocno nawilżający, z dużą zawartością mocznika. Nie kupię ponownie.

Jadwiga, Polski naturalny peeling - cudo! Świetnie wygładził, zmiękczył i rozjaśnił cerę. Z chęcią kupiłabym pełnowymiarową wersję.


Cieszę się z ilości użytych w styczniu kosmetyków i mam nadzieję, że Wam też dobrze poszło :)

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Projekt Rainbow: Zła królowa na paznokciach, czyli Essence Snow White Special Effect Topper Evil Queen

Kocham lakiery do paznokci, podoba mi się praktycznie większość dostępnych kolorów. Szczególnym uczuciem darzę emalie nazywane topperami. Uwielbaim wszystkie - z brokatem, folią i innymi dodatkami. Jeszcze większą miłość przejawiam do produktów z edycji limitowanych. Niestety nie wszystkie są ósmymi cudami natury tfu! kosmetyki, ale mimo mankamentów je lubię. Jednym z nich jest Essence Snow White Special Effect Topper Evil Queen, który z pewnością mogę nazwać złą królową :D

Evil Queen jest przepiękny! Tworzą go fioletowe, błyszczące ośmiokąty, które najlepiej wyglądają nałożone w dużej ilości, co mi się nie udało. Tworzy wspaniałe combo z emaliami fioletowymi (tutaj Avon Nailwear Pro Luxe Lavender). Gwarantuję, że wygląda lepiej niż na załączonych zdjęciach. Można to sprawdzić choćby w Google Grafika - polecam, tam efekt jest lepszy i wygląda dużo ładniej. Ponadto ładnie nabłyszcza lakiery, na które go nałożymy.

Rozprowadza się dobrze, ale niestety prawie w ogóle nie nabiera brokatu, a samą przezroczystą bazę. To, co widać na zdjęciach wymagało ode mnie sporo wysiłku, skutkiem czego nie jest zbyt wielka ilość ośmiokątów. Myślę, że trzeba by nałożyć dwie warstwy, aby efekt był ciekawy (tu mamy wersję light). Schnie powoli, więc będę musiała zakupić porządny wysuszacz, abym mogła cieszyć się naprawdę pięknym efektem.


 Mnie ten lakier bardzo się podoba i mam zamiar pokombinować, aby przyspieszyć czas wysychania i wypracuję sposób na nabieranie większej ilości ośmiokątów bez ogromnej ilości przezroczystej bazy :)