niedziela, 3 listopada 2013

FotoMix #8 [03.10-03.11]

Jeśli wziąć i zebrać w jedno wydarzenia z całego minionego miesiąca, na pewno powstałaby atmosfera wielkiej radości. Ostatnio czuję się wyjątkowo szczęśliwą osobą, chociaż nie wydarzyło się nic wielkiego. Życie po prostu toczy się dalej, u mnie jednak coraz lepiej. Spełniłam swoje małe, skądinąd kosmetyczne marzenie, dzięki któremu na dobre wkroczyłam w jesienną atmosferę. Cieszę się z mojego życia i mam nadzieję, że zdjęcia pokażą choć małą jego część.


1. Ostatnio często natrafiam na małe błędy w książkach. Wiem, że to tylko literówki, a ile dają radości! Chyba, że strzelanie z gumy do własnego życia jest możliwe i w porządku.
2. Niestety, dwie doby wolałabym wyciąć z życiorysu. Zatrucie pokarmowe to jak dla mnie najgorsza przejściowa choroba.
3. Przy okazji przeczytałam książkę, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
4. Skorzystałam też ze względnego ciepła i prześmigałam dzień w moich ukochanych lordsach z ćwiekami.
5. Czy trzeba coś mówić, widząc tak cudne naturalne piękno? ♥
6. Upolowałam idealne buty. Oczywiście w Deichmannnie.
7. Spełniłam jedno z małych marzeń. Guerlainowska Mała Czarna to mój must have na zimne miesiące.
8. Na przekór pochmurnej pogodzie słodko i prosto. W roli głównej mój jedyny OPI plus czarny lakier do stempli Essence.
9. A w Kauflandzie już Święta!
 A jak Wy spędziłyście miniony miesiąc? :)

sobota, 2 listopada 2013

Październikowe zużycia

Miniony miesiąc nie obfitował w ogromne zużycia, mimo wszystko jestem dosyć zadowolona z tego, co wyrzuciłam. Nie odkopałam się jeszcze spod sterty żeli pod prysznic, ale nawet jeden mniej przybliża mnie do celu, którym jest posiadanie maksymalnie dwóch myjadeł. Nie można mieć w końcu wszystkiego na raz :) Post będzie więc denkowy, mocno Baleowy i mam nadzieję, że pozytywny. OK, pogadałam sobie, teraz czas na właściwą część postu.


Balea Young Dusche Huttenzauber
Tyłka nie urwał, bo to w sumie tylko żel pod prysznic, chociaż nie przeczę, że był bardzo przyjemnym kosmetykiem. Opakowanie z przeuroczą naklejką zdecydowanie zachęcało do używania. Do kompletu ładny, owocowy, ale niezbyt słodki zapach, brak wysuszania i porządne oczyszczenie. Przypadł mi do gustu, aczkolwiek nie wrócę do niego, ani chęci nie mam, ani możliwości, ponieważ chyba już zniknął z półek. Więcej o nim w TYM poście. 

  Balea Young Soft & Care Mildes Waschgel
Podobnie jak specyfik do ciała ten do twarzy także mnie nie zachwycił. Nie umiem określić go inaczej niż zwyczajny, poprawny kosmetyk. Zmywał kurz, pot, korektor i inne tego typu zanieczyszczenia. Nie oczyścił porów, ale też ich nie zapchał, nie spowodował podrażnień. Nie zaszkodził, ale też nie pomógł zbytnio, zużyłam raczej bez entuzjazmu i na pewno do niego nie wrócę. 
 .......................
 Balea Jeden Tag Shampoo Himbeere
Kolejny bardzo przyjemny, poprawny kosmetyk nie wywołujący ogromnych zachwytów. Dobrze oczyszczający, SLSowy szampon o zapachu malinowej mamby to najlepsza i najkrótsza definicja. Bardzo dobrze się pienił, szybko i za pierwszym razem zmywał silikony i oleje. Ani nie przyspieszał, ani nie spowalniał przetłuszczania. Nie przesuszał włosów, w kwestiach technicznych - lekko je spuszał jak większość szamponów, minimalnie plątał, ale te wszystkie efekty niwelowała każda odżywka. Ogólnie mogę polecić, o ile ktoś nie oczekuje cudów na kiju.


Alverde Feuchtigkeits 2-Phasen Spruhkur Aloe Vera Hibiskus
Produkt, który również nie był cudem, chociaż zdziałał wiele dobrego dla mojej czupryny. W dniach, kiedy nie miałam czasu na olejowanie, ta dwufazówka dzielnie zastępowała mi go. Konsystencja w sam raz, dość lekka, jednak po zaaplikowaniu zbyt dużej ilości minimalnie obciążała włosy. Z racji na zawartość oleju produkt trochę otłuszczał, więc stosowałam go wtedy, kiedy wiedziałam, że nie będę musiała już wychodzić z domu. Co do działania - nawilża i odżywia włosy, ułatwia rozczesywanie. Mimo zawartości alkoholu nie wysusza. Ponadto cudownie pachnie! Póki co rozstajemy się, ale gdyby pojawiła się jakaś ciekawa oferta, na pewno bym kupiła kolejną buteleczką.

      Ecolab Silonda Lipid Emulsja o działaniu pielęgnującym i regenerującym skórę
Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo cieszy mnie fakt, że mogłam się go nareszcie pozbyć. Nie żeby był zły czy negatywnie wpływał na moją skórę, ale miał pewne wady. Używałam go jako kremu do rąk, całkiem nieźle je nawilżał i wygładzał. Niestety, jego gęsta konsystencja, mimo iż w miarę szybko się wchłaniał, to pozostawiał dziwny film. Nie był on ani tłusty, ani lepki, miałam jednak wrażenie skrzypiącej suchości między palcami. Jak już pisałam, krem był nie najgorszy, ale ten mankament sprawiał, że jego używanie było dla mnie katorgą. Do tego był okropnie wydajny, miałam go od maja.

 Zmywacz do paznokci z witaminą E
Nie lubię go zbytnio, ale to już któraś z kolei zużyta buteleczka. Najłatwiej dostępny, najtańszy i dobrze zmywa lakiery. Z lekkim wysuszeniem radzę sobie za pomocą odżywki. Nie będę pisać, że więcej nie kupię, gdyż i tak pewnie niedługo znowu znajdzie się w moim koszyku.
Tisane Balsam do ust
Opisywałam go już w zakupach i zużyciach tyle razy, że nie mogę zliczyć. Moje usta go uwielbiają! Nawilża, odżywia, wygładza wargi, zapobiega pękaniu i wysuszaniu. Mój numer jeden w pielęgnacji ust!
.
Essence Breaking Dawn Part II Lipgloss Alice Had a Vision - Again
Po raz pierwszy w życiu udało mi się zdenkować błyszczyk tylko dlatego, że tak bardzo go pokochałam. Od grudnia minionego roku byliśmy nierozłączni. Był idealny! Jego lekko fioletowy kolor w połączeniu z efektem tafli sprawiały, że nie potrzebowałam niczego więcej. Niestety, skończył się, a że była to edycja limitowana to nie spotkamy się już więcej. Będę musiała poszukać godnego zastępcy.


Rival de Loop Erdbeer & Vanille Wohlful Pflegemaske
Przyjemnie działająca saszetkowa maseczka. Lekko nawilża i wygładza skórę, zmiękcza ją i nadaje zdrowego kolorytu. Do kompletu lekki, ładny zapach plus brak podrażnień i zapychania. Ja nie potrzebuję niczego więcej.

Kenzo, Madly Kenzo! EDP
Ta maleńka próbka sprawiła, że Madly nie znajdzie się na mojej zapachowej wishliście. Aromat jest bardzo ładny, kwiatowy, ale dla mnie zbyt słodki. Lubię cukierkowe zapachy, ale ten mnie przytłoczył. Jest intensywny, ale po kilku godzinach słabnie. Nie należy do smrodków, wręcz przeciwnie, jest przyjemny, ale nie dla mnie.

L'Oreal Kod młodości Krem na noc
Kremy przeciwzmarszczkowe póki co nie są mi potrzebne; zawartość tej próbki wtarłam w szyję i pod oczy. Po jednej aplikacji, bo na tyle wystarczyła ilość kremu, odczułam spore wygładzenie. Konsystencja średnio gęsta, śliska, półprzezroczysta. Podejrzewam, że to za sprawą silikonów, chociaż nie powiem, wrażenie było przyjemne :)

 Garnier Vital Restore Krem na dzień
Zastosowałam go w identyczny sposób jak powyższy L'Oreal. Odczułam lekkie odżywienie i nawilżenie. Konsystencja gęsta, dobrze się rozprowadza. 




Znacie jakiś produkt z wymienionych przeze mnie? Lubicie? Jak Wam poszło denkowanie w październiku?

czwartek, 31 października 2013

Bloody nails

Jakiś czas temu Antiii zorganizowała Halloweenowy Konkurs Paznokciowy, w którym ochoczo wzięłam udział. Wygrać nie wygrałam, ten zaszczyt przypadł przezdolnej hatsu-hinoiri (gratulacje! :*), ale świetnie się bawiłam tworząc manicure. Po odrzuceniu wszelkich budynków, ludzików i innych stworzeń, których nie umiem namalować postawiłam na prosty, ale dość efektowny moim zdaniem wzorek. Krwiste plamy chodziły mi po głowie od dość dawna, niestety moja wizja była nieco inna niż ostateczny wygląd paznokci, jednak nie powiem, byłam całkiem zadowolona. Do wykonania mani użyłam trzech warstw Sally Hansen Complete Salon Manicure Mousseline, który sam w sobie jest moim wielkim hitem. Klasyczna czerwień to Basic Nagellack 281. Wykonanie całości było dziecinnie proste, jednak moje plamy krwi nie wyszły zbyt dobrze. Nałożyłam zbyt dużo lakieru, co niestety było widać. Ponadto czerwone smugi powinny być dłuższe i bez kropkowego kształtu. Cóż, moim zdaniem i tak jak na pierwszą próbę jest nie najgorzej. Zresztą, oceńcie same :)   


Co sądzicie o halloweenowych paznokciach? Podoba się Wam moja propozycja?

wtorek, 29 października 2013

Jedno małe "ale" w sprawie p2 I Feel Pretty Perfectly Happy Correction Powder

Nie należę do osób, które nie wyjdą z domu bez pomalowanych oczu czy przypudrowanego nosa. Oczywiście nie uważam tego za złe, to kwestia wyboru i dobrego samopoczucia. Przyznaję, że zdarza mi się użyć tego czy owego, ale zachowuję umiar. W związku z tym moje doświadczenia z pudrami wszelkiej maści są raczej znikome. Podczas wakacji dotarła do mnie wielka paka z zagranicznymi łupami od A. (dziękuję! :*), zawierająca między innymi p2 I Feel Pretty Perfectly Happy Correction Powder, a więc puder korygujący. Biorąc pod uwagę fakt, że zarówno opakowanie jak i sama zawartość prezentuje się wręcz przeuroczo, nie mogłam nie rozpocząć testów.


Opakowanie kosmetyku wykonane jest z mocnej tektury. Wygląda prześlicznie, uroczo i nietuzinkowo, ale w starciu z wodą czy ewentualnym tłuszczem zapewne by poległo. Póki co nie zagięło się ani nie zabrudziło w żadnym miejscu, nie wycierają się krawędzie, mimo że zabieram je ze sobą w przeróżne podróże. Otwiera się łatwo, nie ma jednak szans, by górna część samoistnie spadła. Opakowanie samo w sobie jest niewielkie, średnica wynosi mniej więcej sześć centymetrów. Na spodzie mamy srebrną naklejkę z długawym opisem po niemiecku i angielsku, brakuje natomiast składu. Bardzo mnie to ubodło, gdyż biorąc pod uwagę działaniu produktu na moją skórę byłby niezwykle przydatny.


Konsystencja pudru jest w sam raz. Łatwo nabiera się na pędzel, na szczęście nie w nadmiarze. Nie osypuje się podczas nakładania, nie osadza na włoskach, jest całkowicie niewidoczny. Dodatkowo nie warzy się, nie roluje, nie ciemnieje (oczywiście jeżeli puder może płatać takie figle, osobiście nie znam się na tym). Kolor okazał się być dla mnie idealny, a właściwie odrobinę jaśniejszy od mojej cery. Kosmetyk tworzą kolorowe plamy - zielone, różowe, żółte, jasno i ciemno beżowe. Barwy świetnie łączą się ze sobą, na twarzy nie ma odróżniających się odcieni. Puder delikatnie rozjaśnia moją cerę, nie ma efektu maski, koloryt jest wyrównany.   


Puder lekko koryguje niedoskonałości skóry, nadaje jej niesamowitej gładkości. Efekt matu utrzymuje się kilka godzin, po upłynięciu tego czasu cera nie świeci się jak wysmarowana smalcem. Przypudrowuję nim też korektor nakładany pod oczy, przedłuża jego trwałość. Wszystko cud i miód i orzeszki, gdyby nie fakt, że pod koniec dnia wyczuwam i zauważam kilka małych krostek. Nie powstawały żadne gule, jednie ropne, malutkie wypryski. Staram się aplikować go na całą twarz jedynie na ważniejsze okazje, na co dzień używam tylko w celu utrwalenia i zmatowienia korektora pod oczami.


Ogółem puder jest naprawdę porządny, ma świetną trwałość, konsystencję, kolor oraz efekt na skórze, jednak pojawianie się krostek jest jego sporym mankamentem. Niemniej jednak po prostu lubię go używać pod oczy na korektor, tam nie robi mi kuku i jest cacy :)

Używacie pudrów matujących lub korygujących na co dzień? Jakie polecacie, a jakie odradzacie? Słyszałyście może o tym, który dziś opisałam?

sobota, 26 października 2013

^..^ Eveline MiniMax 9 Day Long 836

Na samym początku chciałabym przeprosić za tak rzadką obecność zarówno na swoim, jak i na Waszych blogach. Nie lubię wymyślać wytłumaczeń, wykręcać się, gdyż nie leży to w mojej naturze. Powodów jest kilka, większość w sumie jest usprawiedliwiająca, ale mam nadzieję, że nikt nie będzie tego sądził. Na pewno zauważyłyście, że październik bieżącego roku jest dla mnie miesiącem niedoczasu. Od rana szkoła, później dwie godziny wolnego i kolejne wyjście, co w rezultacie daje praktycznie brak wolnej chwili na blogowanie. Na szczęście od samego początku listopada znikną z moich dni tak częste, konieczne wypady wieczorem. Po drugie, od środowej nocy do dzisiejszego poranka walczyłam z zatruciem pokarmowym. Bardzo, bardzo dawno mi się to nie zdarzyło i mocno cierpiałam, jednak udało mi się je przezwyciężyć. Ale dziś nie o tym. Już na samym początku września zamarzył mi się piękny, burgundowy lakier. Z tego co widziałam w sieci, podobny wydał mi się Essie Bahama Mama, a niekoniecznie podoba mi się kupić nielimitowaną emalię za około trzydzieści pięć złotych. Na szczęście pewnym trafem udało mi się upolować w osiedlowej drogerii Eveline MiniMax 9 Day Long 836, idealne bordo. Lakier jest kremowy, nie zawiera żadnych drobinek. Odcień jest głęboki, jesienny, dokładnie taki, jak chciałam. Jestem w nim absolutnie zakochana! Rozprowadza się całkiem nieźle, kryje po dwóch niezbyt grubych warstwach, jedynie przy końcach płytki troszkę smuży, druga warstwa jednak to wyrównuje. Czas schnięcia przyzwoity, ja odczekałam po dwadzieścia minut na warstwę. Lakier miał trzymać się dziewięć dni, moje paznokcie pomalowałam dziś około południa, teraz, po kilku godzinach mam już lekko starte końcówki. Niemniej jednak kolor jest świetny i z pewnością będę go dość często nosić.


Lubicie paznokcie w kolorze bordo? Podoba Wam się ten?

poniedziałek, 21 października 2013

Owocowa głowa. Balea Jeden Tag Shampoo Himbeere

Ostatnio przekonałam się, że szampony ze SLS czy SLES nie szkodzą moim włosom, jeśli używam ich racjonalnie. Oznacza to właściwie tyle, że po zastosowaniu szamponu nakładam odżywkę lub maskę. Dlatego powtarzam jeszcze raz - SLS nie jest szkodliwy, owszem, może powodować podrażnienia a jego brak na pewno nam nie zaszkodzi. Warto jednak od czasu do czasu umyć włosy takim szamponem, ponieważ pomaga to usunąć zanieczyszczenia, z którymi łagodniejszy produkt sobie nie poradzi. Nie pisałabym tego, gdybym nie miała czego przedstawić. W dzisiejszym poście opowiem Wam o przyjemnym kosmetyku, jakim jest Balea Jeden Tag Shampoo Himbeere. Na samym początku recenzji napiszę, że nie oczekiwałam od niego cudów i nie oczekiwałam ich, więc jeśli tego pragniecie - szampon może pomóc, ale nie zadziała jak olej czy maska. W tym przypadku zdecydowanie na plus dość spora butelka, mieszcząca 300ml, plastikowa. Widać poziom zużycia, co oczywiście mnie cieszy. Kolor opakowania oraz zdjęcie na naklejce zdecydowanie zachęca do użycia. Sam szampon jest całkiem rzadki, nie tak bardzo jak woda, ale jakby nie było gęsty nie jest. Świetnie się pieni i łatwo spłukuje, piana nie ukrywa się przy skórze czy za uszami. Zapach produktu jest identyczny jak malinowa Mamba. Naturalny, mocno owocowy, mniam! Nic nie zalatuje sztucznością, o nie! Co do działania - szampon usuwa zanieczyszczenia, zmywa oleje i silikony, pozostawia włosy czyste i miękkie. Nie oblepia ich, nie obciąża, nie przyspiesza przetłuszczania. Po użyciu konieczne jest użycie odżywki, ponieważ czupryna nie jest zbyt gładka, za to dość mocno napuszona (w moim przypadku dzieje się tak po prawie każdym szamponie). Ogółem jest to godny uwagi produkt, może nie rewelacyjny, po prostu dobry szampon dla kogoś, kto wymaga tylko zmycia zanieczyszczeń i braku uszkodzeń.       



Jak można wywnioskować z mojego powyższego wywodu, szampon bardzo polubiłam, nie jest to ósmy cud świata, na moich włosach dobrze się sprawdził. Ponownie raczej nie spotkamy, gdyż była to edycja limitowana a jak wiadomo, takie egzemplarze długo na półkach nie stoją. Ponadto dostępność mam mocno ograniczoną. 


Znacie Baleowe szampony? A może unikacie SLESów? Jakie polecacie, zarówno SLESowe, jak i łagodniejsze? BabyDream i BabyLove znam :)

piątek, 18 października 2013

Bywało lepiej - Garnier Hydra Adapt Cera sucha i bardzo sucha Odżywczy krem - balsam 24h Nawilżenia

Jako posiadaczka cery tłustej w kierunku mieszanej nie myślałam nawet, że może przytrafić mi się wysuszenie i bolesne ściągnięcie skóry. Niestety, dopadło mnie ono w lipcu, a wybawieniem miał być Garnier Hydra Adapt Cera sucha i bardzo sucha Odżywczy krem - balsam 24h Nawilżenia, szeroko reklamowana wtedy nowość. Dałam się skusić, bo jakby to było, gdybym nie uległa. Bardzo spodobał mi się fakt, że produkt dostajemy w kartoniku opatrzonym mnóstwem informacji, w którym znajduje się tubka. Opakowanie dość tradycyjne, średnio miękkie, urocze pod względem koloru. Krem wydobywa się w miarę bezproblemowo, dopóki jest go więcej niż połowa. Później jest trochę trudniej, ale nadal znośnie. Sam krem jest bardzo gęsty, łatwo rozprowadza się po twarzy. Nie jest tłusty, ale pozostawia na skórze otulającą powłoczkę, który niestety mi przeszkadza. W sumie trudno mi stwierdzić jak długo się wchłania. Zapach przypadł mi do gustu, jak dla nie z lekka melonowy. Co do działania - po kilku dniach codziennej aplikacji zaczęłam wyczuwać lekkie nawilżenie, zbyt małe jednak dla mojej przesuszonej w tym okresie skóry. Mogłabym to jeszcze przeboleć, jednak nie mogłam pozostać obojętna na - żeby to ładnie ująć - kataklizm, jaki rozpętał się na mojej twarzy. Pojawiły się podskórne grudki, ropne krostki i bolące gule. Krem zwyczajnie mnie zapchał, dodatkowo szczypał po nałożeniu na podrażnione miejsca, a miał przecież koić.    



Z jednej strony cieszę się, że go kupiłam, ponieważ czuję, że jeśli bym tego nie zrobiła, to kusiłby mnie nadal. Z drugiej, żałuję, że się nie sprawdził bo pokładałam w nim spore nadzieje. Na szczęście w porę zorientowałam się, że grudki i inne niespodzianki to wina tego kremu, i po około tygodniu stosowania go odstawiłam.


Znacie kremy Garniera z serii Hydra Adapt? Co o nich sądzicie?