środa, 6 lutego 2013

Pierwszy raz z half moonem. Essence Nateventurista Mother Earth Is Watching You + Basic Nagellack Nailpolish 281

Ostatnimi czasy nachodzi mnie na różnorodne zdobienia. Podziwiam Wasze half moon manicure i sama zapragnęłam podobnego i wyszło, choć trochę krzywo. Jednak jak na pierwszy raz nie jest źle, efekt ciekawy i przyciągający uwagę. Nie wiem jak Wam, ale mnie się bardzo podoba :)

Użyłam dwóch lakierów - beżu Essence Nateventurista Mother Earth Is Watching You i czerwieni Basic Nagellack Nailpolish 281. Razem tworzą zgrany duet, shimmer, frost, żelko-krem wyglądają razem nadzwyczaj dobrze. Te dwa kolory idealnie wpasowały się w świąteczną atmosferę, klasyczne, eleganckie, połączone dają naprawdę ciekawy efekt.

Oba rozprowadzały się świetnie, zero smug i zalanych skórek. Przyznam się, że namalowanie równych półksiężyców nie było proste, cudem wyszły jako takie :D Następnym razem przykleję taśmę. Nie wiem, jak ze schnięciem, bo zmyłam zaraz po zrobieniu zdjęć - niestety nie mogłam patrzeć na niektóre nierówności.


Mam zamiar dokształcić się w malowaniu tego typu wzorków, aby cieszyć się efektem na dłużej, bo bardzo mi się podoba!

wtorek, 5 lutego 2013

Włosowe aktualizacje - po 3. miesiącu

Cza na włosową aktualizację :) Brak czasu i niezbyt dobre oświetlenie nie pozwoliły mi na zrobienie zdjęcia kłaków, które oddałoby ich kolor, jednak dzisiejsze pokazuje lekkie, zupełnie naturalne fale. Przynajmniej tyle korzyści udało mi się wyciągnąć :D A jak z kondycją włosów? Coraz lepiej, chociaż zima trochę daje się im we znaki. Niemniej jednak z chęcią pokażę Wam wsyztko, co robiłam dla nich przez calutki styczeń.

 06.01.13                                  05.02.13


Długość z tyłu - najdłuższe 41/42cm, najkrótsze - 36/37, zebrane razem - 39/40cm

Włosy rosną, niezbyt spektakularnie, ale to i tak zawsze coś :) Myślę, że wydłużyły się o centymetr albo półtora, ale nie więcej. Stały się miększe i gładsze, ale gdy przez trzy dni nie użyję oleju, to bardzo się puszą i są szorstkie. Trochę lepiej się układają, nie wypadają nadmiernie, przy czesaniu dwa razy dziennie wylatuje mi ok. 40-60 kłaków.

Do pielęgnacji używałam głównie dwóch nowych olei, trzech odżywek, sprayu, wcierki i serum na końcówki. Nie wprowadzałam wielu zmian, wykończyłam olej i zamieniłam na inne. Zaczęłam tez używać szamponów ze SLS, ale nie częściej niż raz na dwa tygodnie. Użyłam też maski z silikonami, bardzo dobrej zresztą.


Dabur Vatika Pure Coconut Enriched Hair Oil to mój drugi olej firmy Dabur, tym razem bez parafiny. Jest niezły, ale z opinią poczekam aż do wykończenia opakowania. Dużo częściej używam jednak  BabyDream fur Mama Schwangerschafts-Pflegeöl, lekkiego i przyjemnego tłuścioszka. Od czasu do czasu myję głowę mocno oczyszczającym szamponem borowinowym i 7 ziół Bingo Spa, ale zazwyczaj sięgam po łagodny, świetny BabyDream. Aktualnie zużywam czwarte opakowanie.


 Odżywka Oriflame HairX Volume Boost Leave - In Conditioner nie była intensywnie eksploatowana, ale bardzo ją lubię do ujarzmiania niesfornej czupryny.  Alverde 2-Phasen-Sprühkur Aloe Vera Hibiskus to produkt ciekawy, lekki i cudownie pachnący. Kallos Serical Crema Al Latte uwielbiam, ale używam zbyt często. Końcówki zabezpieczam olejkiem silikonowym Balea Professional Oil Repair Haaröl.


Tę buteleczkę wcierki Jantar Farmona już kończę, ale kupię jeszcze jedną i dam mu kolejną szansę. Powód? Akcja "Mania Wcierania" organizowana przez Anwen. Wciąż można się zgłaszać, więc zapraszam. Im nas więcej, tym lepiej!

Oczywiście nadal używam Tangle Teezera - szczotki idealnej, gumek bez łączek i nie szarpię kłaków. Staram się, jak mogę, aby im pomóc.

A jak Wy dbacie o swoje włosy? Miałyście któryś z przedstawionych przeze mnie kosmetyków?  

Renifery napaznokciowo. Essence, Mollon, Basic

Dzisiaj kolejna jeszcze przedświąteczna propozycja, tym razem z reniferami. Uwielbiam motyw tych zwierząt wszędzie - na kubkach, ubraniach, kosmetykach, paznokciach, sprzętach domowych. Nie ma rzeczy, która by mi się nie spodobała, jeśli ten włochacz na niej jest :D W związku z tym pazury me też doświadczyły reniferomani, niestety w wersji ubogiej i krzywej, ale mam nadzieję, że się spodobają. 

Beżowe tło to shimmerowo-frostowy beż Essence Nateventurista 02 Mother Earth IS Watching You. Brązowe głowy reniferów wykonałam kremem Mollon Matt Beauty, który numeru nie posiada. Rogi namalowałam przy pomocy Essence Wild Craft Out Of Forest, nosy to Basic Nagellack Nailpolish 281, oczy - Essence Black & White White Hype oraz Essence Vampire's Love Into The Dark. Jak widać dominują tu beże, brązy i marka Essence :)

Wszystkie lakiery rozprowadzały się nieźle, nie zalewały skórek i nie spływały. Szczególnie beż wysechł szybko, pozostałe wolniej - niestety nie dorobiłam się jeszcze wysuszacza. Namalowanie główek było proste, ale oczy i rogi to moja słaba strona - nie mam sondy ani pędzelków. Efekt jest więc przyjemny, choć nierówny - jedno oko większe od drugiego, grube, dziwaczne rogi. Niemniej jednak z całości jestem zadowolona i gdy tylko kupię odpowiednie przyrządy, to wymaluję lepsze :D


Co sądzicie o takim pomyśle? Lubicie kreatywność czy stawiacie na jednolity manicure?
 

poniedziałek, 4 lutego 2013

Kulturowe podsumowanie miesiąca stycznia

Styczeń upłynął mi pod znakiem dość nieciekawych filmów i niewielkiej ilości przeczytanych książek. Niektóre z nich naprawdę mocno mnie do siebie zraziły, a ja, oczekując cudów, mogę walnąć się w łeb, choć cieszę się, że przynajmniej wiem, jakie są. Mimo to chcę Wam pokazać to, nad czym mam ochotę ponarzekać. I nie martwcie się, będą też pozytywy! 

  
Wyznania gejszy Goldena przeczytałam z czystej ciekawości, jak się ona ma do filmu. Zarówno na kartkach, jak i na ekranie bardzo interesowały mnie losy Chiyo, a później Sayuri. Książka jest pisana w pierwszej osoba, ale jakby mało emocjonalna. Dziwił mnie fakt, że młoda gejsza nie robiła nic, aby przestać robić rzeczy, których nie chce. Nie wiem jak Wy, ale ja walczyłabym o swoje i to jak najmocniej. Mimo obejrzanego wcześniej filmu książka mnie ciekawiła, nie mogłam się od niej oderwać. Jedyne, co mi przeszkadzało to fakt, że Sayuri mało przejmowała się swoim losem, chyba że tylko mi się tak wydawało.

Do póki nie przeczytałam Nefertiti, uważałam, że opowieści historyczne nie są dla mnie. Myliłam się! Powieść Moran jest naprawdę dobra. Spodobał mi się fakt, że całą historię opowiada Mutny, siostra Nefertiti. Chociaż cała książka mówi głównie o N., to widzimy wszystko inaczej, niż gdyby opowiadała ją Nefertiti. Widać tu dokładnie, że jak się ktoś już dorwie do władzy, to nic go nie powstrzyma przed najgorszymi decyzjami takimi jak ... wpuszczenie do miasta ludzi z dżumą. Choroba ta zabiera tytułowej bohaterce pięcioro dzieci, męża i poddanych, a na końcu ktoś ją zabija. Ukazanie przeciwieństw sióstr jest bardzo wyraźne, ale nieprzesadzone. Polecam, polecam, polecam! 

Z czterech Książek Wybranych przeczytałam tylko skróconą wersję Zewu Natury Grieve'a. Powieść była jak dla mnie zbyt płaska, od początku było wiadomo, że będzie happy end. Losy Guya to autentyczna historia, dziennik autora. Wyprawa na Alaskę, nauka różnych zachowań i istna szkoła przetrwania nie porwały mnie. Mimo iż wiedziałam, że wszystko skończy się dobrze przeczytałam te ponad sto stron i sama nie wiem, czy polecić, czy nie.

Obejrzałam kilka filmów, które oceniłam dość nisko. Są w tym zestawieniu produkcje, na które czekałam i niestety się zawiodłam.

     


Już nie raz wspominałam, że lubię lekkie i przyjemne komedie romantyczne. Nie oglądam ich nałogowo, ale od czasu do czasu obejrzę. Książę i ja to jeden z tych filmów, które oglądało mi się bardzo dobrze. Było w nim kilka ciekawych momentów, całość nie najgorsza. Spodobał mi się pomysł producenta na ukrywającego się w zwykłej szkole księcia. Pod koniec wydawało mi się, że nie będzie happy endu, ale był i bardzo mnie ucieszył. Nie jest to mądry, odkrywczy film, który potrzebuje skupienia. Dobry pomysł na miły wieczór. 

Romeo i Julia obejrzałam po przeczytaniu książki i muszę przyznać, że to komediowa wersja z nowoczesnymi wstawkami, pistoletami. Są elementy romantyczne, akcja i dramat, ale tekst jest niemal identyczny jak na kartkach. Nie widzę powodu, aby go opisywać, każdy wie jak się zakończy i o co ogółem chodzi.

Lubię książki i filmy o wampirach, sagę Zmierzch również, co dla niektórych z Was jest pewnie dziwne :D Nie jestem jednak tak wielką fanką, aby bronić jej przed złośliwymi komentarzami. Parodię Wampiry i świry obejrzałam, aby się rozerwać, na szczęście nie dosłownie, co w filmie zdarzało się często. Było kilka naprawdę śmiesznych momentów, nawiązanie do sagi jest i to spore. Można go trochę porównać do Strasznego filmu, którego nienawidzę, ale ten jest nieco lepszy. Nie jest to produkcja  z gatunku, który wszystkim się spodoba, ale obejrzeć można.  

Opancerzonego obejrzałam tylko ze względu na Jeana Reno. Jego rola nie była główna, ale dzięki niej wytrzymałam do końca. Film był nudny, płaski i trudny do obejrzenia. Ziewałam tak, że prawie zasnęłam. Przemycanie fury pieniędzy przez ludzi,których nie powinno się podejrzewać nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, także nie polecam.

Kobiece komedie sensacyjne nie robią na mnie wrażenia. Aniołki Charliego to nic innego jak nieszkodliwa produkcja na wieczór. Nie ma w niej nic odkrywczego, film jest bardzo przewidywalny. Dziewczyny są odważne i szalone, gotowe stanąć w obronie swego nieznanego pana. W sumie nie jest ły, ale czy warto go oglądać?

Żelazna Dama nie jest lepsza. Gdy tylko usłyszałam, że będzie na HBO, czekałam w napięciu i chyba się przeliczyłam. Wydaje mi się, że chciałam przysłowiowych cudów na kiju. Tymczasem mam sam kij - tylko po to, by zbić i zganić ten film. Jak dla mnie mało o polityce, a za dużo staruszki z omamami. Niestety to film, który można określić tylko jednym słowem - ujdzie.

Mętna, nieciekawa "sensacja" nie należy do gatunków, które oglądam z chęcią. Fakt, obejrzę, ale bez zainteresowania. W pułapce ognia zajęło 97 minut życia i nie wniosło do niego niczego ciekawego. Ciągłe pytania na temat przychylności i tego, do której grupy należy główny bohater to wielka nuda. Szczęśliwe zakończenie jak w większości filmów. Chłam.

Julie & Julia to też film, który chciałam obejrzeć od dawna. Nie wiem, na co liczyłam, ale nie podobał mi się zbytnio. Główna bohaterka poświęcała swoje życie jedzeniu, zapominając o rodzinie i znajomych. Julia Child, na które wzorowała się Julie była osobą kochającą tylko posiłki i męża, który poświęcał dla niej niemal wszystko. Film był ciągle o tym samym, żadnego punktu kulminacyjnego, jednym słowem - nuda.

Moby Dick to film przygodowy, średnio ciekawy, dość prosty w przekazie. Opowiada o wielorybie i zemście. Motyw ciekawy, ale niezbyt dobrze wykorzystany. 

Jedyne, co ratuje styczeń to piosenki. Znalazłam kilka, które towarzyszyły mi niemal cały czas.


Jestem pod wrażeniem wykonania obu utworów. Ciekawe głosy, teledyski, tekst. Obie pokochałam i zamierzam słuchać nadal.

A czym Wy posiłkowałyście się w styczniu? Może coś z moich propozycji przypadło Wam do gustu, a może wręcz przeciwnie?

niedziela, 3 lutego 2013

Styczniowe zakupy

Pamiętacie podsumowanie moich grudniowych zakupów? Były ogromne! W porównaniu do nich styczniowe są maleńkie. W ostatnim miesiącu 2012 roku zrobiłam spore zapasy. Kupiłam wtedy szampony, odżywki, kremy do rąk i  żele pod prysznic, więc nie powtarzałam tego w minionym miesiącu. Mimo niewielkiej ilości zakupionych produktów jestem z nich bardzo zadowolona, nie ma bubli i zdecydowałam się na kilka lakierów, bo tego typu kosmetyków nie przygarniałam od dwóch miesięcy :)


Łupy jak widać naprawdę niewielkie i to tylko z trzech kategorii: włosy, paznokcie i usta. Podzieliłam je na cztery zdjęcia, na których widać wszystko dokładniej.


Mamy tu cztery lakiery do paznokci, które uważam za świetne, a że każdy pochodzi z jakiejś serii, to mam zamiar dokupić kolejne. Golden Rose Jolly Jewels 110 (12,9zł), Sensique French Manicure 135 (3,99zł), Miss Sporty Metal Flip 040 Fiery Blaze (8,49zł) już pokazywałam. Sensique Fantasy Glitter Disco Lights (3,99zł) wypróbowałam, ale poczekam z premierą na blogu.


Wszystkie oleje kupiłam u Kizi Mizi do nakładania na włosy. BabyDream fur Mama Schwangerschafts-Pflegeöl (4zł) i Dabur Vatika Pure Coconut Enriched Hair Oil (4zł) już przetestowałam i dobrze mi służą. natomiast olej sezamowy zimnotłoczony e-naturalne.pl (5zł) czeka na swoją premierę. Póki co często otwieram go i wącham, gdyż cudnie pachnie sezamem!


Tym razem kupiłam tylko jeden balsam do ust Tisane (8,5zł), który bardzo lubię i zaopatruję się w niego regularnie. Udało mi się upolować upragnione Nivea Lip Butter Caramel Cream (9,99zł) i czuję, że będę musiała złapać kolejne wersje. W koszyczkach wyprzedażowych w Naturze natknęłam się na wiele ciekawych rzeczy, po które muszę wrócić. Jedyne, co wzięłam to Essence On Top Lipgloss 01 Dramatize (5,99zł) w kolorze czarnym, zmieniającym się na ustach w brązowy fiolet.

  
Isana Winter Seife Kaminzauber (4,99zł), to mydełko, które zna już cała blogosfera :) Mnie udało się go upolować dopiero w tym roku, ale dobrze się stało - jest świetne!

Za wszystko zapłaciłam 73,24zł (był jeszcze zmywacz za 1,40zł, ale już zużyłam). Sumka niewielka, zakupione ciekawe kosmetyki i radość z nich mimo małej ilości jest, tak więc nie pozostaje nic innego jak się cieszyć.    

sobota, 2 lutego 2013

Kolorową kredkę na oku noszę. Essence Ready For Boarding 2in1 Kajal Pencil Destination Sunshine

Kredka do oczu w odcieniu nude to konieczny element. O ile wychodzę bez tuszu i korektora, to podkreśloną linię wodną mieć muszę. Essence Ready For Boarding 2in1 Kajal Pencil Destination Sunshine to póki co jedyna kredka w moim zbiorze, ale w najbliższym czasie to się zmieni. Używam jej już od kilku miesięcy i wyrobiłam sobie zdanie na jej temat, więc zapraszam na recenzję.


Kredka wykonana jest z drewna, niewysuwana. Na obu końcach na twarde, wytrzymałe plastikowe nasadki w kolorach, które znajdziemy wewnątrz. Całość wykonana jest porządnie, nakładki nie spadają. Dobrze trzyma się w dłoni.

Na kredce jest tylko jedna naklejką z kodem kreskowym i nazwą. Napisy na całości są srebrne, ale nie ścierają się. Podobają mi się, zresztą jak szata graficzna pozostałych produktów z Ready For Boarding. Nie wygląda tandetnie, połączenie kolorów jest bardzo ciekawe. Ładnie prezentuje się w pudełku z innymi kosmetykami.     


Kredka jest miękka, łatwo rozprowadza się po skórze, nie rozmazuje się. Szybko i precyzyjnie można nią namalować perfekcyjne kreski bez różnicy, czy będą cienkie, czy grube. Nie jest wodoodporna, ale po spłukaniu wodą zostaje na miejscu. Ściera się po mocnym przetarciu dłonią. Wiadomo jednak, że nie powinno się trzeć oczu i wtedy wytrzyma długo. Na linii wodnej trzyma się bardzo krótko, ale znika bez rozmazywania.

Kolory ma naprawdę świetne. Jedna strona to odcień waniliowy, druga - niebieski, intensywny i dość odważny. Da się nimi zrobić widoczny makijaż, ale też delikatny z błękitnymi kreskami. Efekt na poniższym zdjęciu jest widoczny, ale nierażący. Obie części są dobrze napigmentowane.

Kredka nie ma zapachu, co bardzo mnie cieszy. Mocno perfumowane kosmetyki do makijażu oczu mogłaby je podrażnić. Tu nie wystąpiło nic takiego, żadnych skutków ubocznych.


Na powyższym zdjęciu, gdzie pokazałam oko mamy niebieską, dość grubą kreskę i lekko wklepaną waniliową powyżej wewnętrznego kącika. Jak widać nie gryzie się z moim kolorem oczu, nie zamyka ich i ładnie rozjaśnia kącik. Kredkę bardzo polubiłam, udaje mi się nią zrobić proste kreski,a  dopiero się uczę :)

Opakowanie/wykonanie - 10 - kredka jest wytrzymała, nie łamie się, ma twarde, niespadające nasadki. Konsystencja - 9 - miękka, dobrze się rozprowadza. Kolor - 10 - dwa kontrastowe odcienie, tworzące świetny duet. Zapach - 10 - bezzapachowa. Działanie - 10 - można nią zrobić ciekawy makijaż bez robienia sobie krzywdy, nie podrażnia. Ocena ogólna - 10/10! Idealna kredka, szkoda, że to edycja limitowana. 

piątek, 1 lutego 2013

Widmowe nude - Sensique French Manicure 135

Z reguły noszę lakiery w intensywnych kolorach, przyciągające uwagę i bardzo błyszczące. Czasem zdarza się jednak, że mam ochotę na coś bardzo subtelnego, niemal niewidocznego. A że bardzo lubię emalie firmy Sensique, to zainwestowałam w jedną z ich propozycji. Numerek 135 jest całkiem przyjemny i to właśnie o nim będzie dzisiejsza notatka :)

Sensique French Manicure 135 to niezwykle jasna, bardzo mocno rozbielona brzoskwinia. Jest niemal niewidoczny, szczególnie przy jednej warstwie. Nadaje się do każdego stroju i na każdą okazję - na próżno szukać w nim drobinek, gdyż jest całkowicie kremowy, bez brokatu i shimmera. Daje efekt zadbanych paznokci, optycznie je rozjaśnia, maskuje  mankamenty. Jest idealny zarówno do krótkich, jak i długich paznokci.

Lakier ma przyjemną konsystencję, dzięki której naprawdę dobrze się rozprowadza. Nabranie zbyt małej ilości powoduje minimalne smużenie, więc za każdym razem zanurzam włosie tak, aby była na nim większa kropla. Nie mam pojęcia, czy kryje w pełni, bo nie oczekuję tego. Dwie warstwy wyglądają tak, jak na zdjęciu. Na całości nie ma prześwitów, jedynie końcówki nie są do końca przykryte, ale - o dziwo - podoba mi się to. Schnie w normie, około dziesięciu minut na warstwę, z nałożonym topem szybciej.


Co sądzicie o takim efekcie? Podoba się czy wręcz przeciwnie? A może nosicie takie odcienie na okrągło?

PS Gdyby ktoś zamawiał na Beauty Joint, to proszę o kontakt :)