wtorek, 20 listopada 2012

Jesienne umilacze - kolejna akcja Maliny!

Malina wymyśliła kolejną świetną zabawę nazwaną "jesiennymi umilaczami" :-) Zostałam zaproszona przez Sabinę z Pigeon's Beauty i z radością przystąpię do akcji!  Poniżej zamieszczam zasady oraz wszelkie informacje.




Zasady akcji:

1. Umieścić zasady akcji w poście na swoim blogu i napisz kto Cię zaprosił.

2. Zaproś do akcji 5 osób.
3. Umieść baner w bocznym pasku z linkiem do inicjatorki akcji Maliny.
4. W czasie trwania akcji zamieść jak najwięcej recenzji ww. aromatycznych kosmetyków.
5. Wybierz spośród nich 4 zapachowe hity po jednym z każdej grupy:
  • płyn lub żel do kąpieli,
  • peeling lub scrub,
  • kosmetyk do smarowania ciała (balsam, masło, olejki itp.)
  • aromatyczne mydełko, kulę lub sól do kąpieli,
 i opublikuj post z listą Twoich aromatycznych hitów.

Celem akcji jest:
  • poczuć się jak w raju, dając sobie chwilę relaksu w długie jesienne wieczory,
  • zadbanie o swoje ciało bez wyrzutów sumienia,
  • poprawienie kondycji swojego ciała,
  • znalezienie kosmetyku odpowiedniego dla siebie,
  • uśmiech dla Twoich bliskich.

Czas trwania akcji:
3 tygodnie, od 18.11 do 09.12 tego roku
Taguję:
 http://dotrustyourself.blogspot.com/
http://tylkopolskiekosmetyki.blogspot.com/
http://kosmetyki-orlicy.blogspot.com/
http://mallene.blogspot.com/
http://cosmeticsfreak.blogspot.com/

Spodziewajcie się niedługo recenzji i spisu moich hitów! Mam nadzieję, że wszystkie będziemy się świetnie bawić i odkrywać umilacze.

Próbkowe zawirowanie, czyli próbki produktów Goldwell i Avene

Jakiś czas temu od sklepu iperfumy.pl dostałam kilkadziesiąt próbek produktów Avene i Goldwell, mimo iż nasza współpraca nie polega na testowaniu kosmetyków otrzymanych od firmy. Muszę przyznać, że zdziwiła mnie ilość saszetek oraz brak ulotek, z czego naprawdę bardzo się cieszę. Przetestowałam więc to, co dostałam i w pełnej gotowości przybywam z mini recenzjami w poście - tasiemcu.


Otrzymałam 16 próbek zestawu do włosów Goldwell z serii Dual Senses w trzech wariantach - nadającym objętości, do włosów zniszczonych oraz farbowanych. Firma uraczyła mnie też czterema materiałami Avene - miniaturką mleczka do demakijażu, dwoma saszetkami kremu i jedną tubką kolejnego mazidła.

Goldwell

Szamponów (Rich Repair, Color oraz Ultra Volume) używała moja Mama i z wspólnych obserwacji wynika, że pozytywnych działań nie zauważyłyśmy. Włosy Rodzicielki były suche, zmierzwione, szorstkie i nieprzyjemne w dotyku. Produkt sam w sobie bardzo dobrze się pienił i łatwo spłukiwał. Ponadto miał bardzo ładny zapach, przyjemną konsystencję oraz sztuczną barwę - niebieską lub różową.

W posiadanie odżywek weszłam ja. Mimo iż na co dzień nie używam silikonowych bomb, chciałam przetestować ich działanie. Poszczególne warianty dają identyczne efekty. Chcę zaznaczyć, że te produkty nie wykazują żadnych właściwości pielęgnacyjnych. Wygładzają włosy, zmiękczają i dociążają oraz otaczają ochronną warstwą ze względu na zawarte w nich składniki. Nie pokochałam ich, zdecydowanie wolę odżywki, które działają.


Bardzo cieszę się z tego, że udało mi się zasmakować produktów fryzjerskich. Dzięki próbkom dowiedziałam się o zdecydowanie bardziej pozytwnym działaniu odżywek z przyjaznymi składami, aniżeli samymi silikonami. 

Avene

Marka zaskoczyła mnie o wiele bardziej pozytywnie niż Goldwell. Muszę przyznać, że z niektórymi miałabym ochotę na dłuższą znajomość, gdyby nie forma. Zaznaczam, że nie stosowałam tych mazideł na całą twarz, jedynie w okolicach oczu. Miejsce znalazły sobie też na dłoniach i szyi.

Łagodne mleczko do demakijażu - mój zdecydowany faworyt. Bardzo mi się spodobało, ponieważ po raz pierwszy spotykam sie z tak dobrym produktem. Kosmetyk ma typową dla produktów tego typu konsystencję i lekko pudrowy, przyjemny zapach. Mazidła kolorowe zmywa błyskawicznie i dokładnie już po jednokrotnym maźnięciu. Ponadto lekko natłuszcza i nawilża, ale może zapychać.
                                                                           
przed / po
Krem do cery bardzo suchej - Cold Cream - używałam go do rąk i sprawdził się bardzo dobrze. Świetnie natłuszcza oraz nawilża. Pozostawia wyczuwalną, ochronną warstewkę, która nie ma nic wspólnego z lepkością. Jest tez bardzo gęsty, ale mimo to mała ilość wystarczy na posmarowanie obu dłoni. spodobała mi się też jego forma, mianowicie giętka, metalowa tuba. Wygląda aptecznie, ale ładnie, estetycznie i elegancko, jak zresztą wszystkie cuda od Avene. 
.
Krem nawilżający do skóry normalnej i mieszanej - seria  Hydrance Optimale - wysmarowałam nim dekolt, szyję i ręce i mam mocno mieszane uczucia co do niego. Ma lejącą konsystencję, świetnie rozprowadza się na skórze, mała ilość wystarcza do nasmarowania sporego kawałka ciała. Wchłania się kilka minut i pozostawia tępawo - lepki film, który uważam za bardzo nieprzyjemny.


Jak już wspomniałam, jestem zadowolona z próbek Avene, ale nie kupię pełnowymiarowych opakowań ze względu na skład. identycznie jest z firmą Goldwell. Niemniej jednak cieszę się, że mogłam je przetestować i nie popełnić błędów w przyszłości niewłaściwym zakupem!

 Tutaj możecie kupić kosmetyki do włosów w przystępnych cenach.
Dziękuję sklepowi iperfumy.pl za przesłanie próbek do testów. Fakt, że dostałam je za darmo nie wpływa na moją opinię.

sobota, 17 listopada 2012

Czyżby perełka? Nivea Pearly Shine Perłowa pomadka ochronna

Mazidła do ust kocham miłością bezgraniczną, wypróbowuję więc coraz to nowsze (przynajmniej dla mnie) wynalazki. Używałam już wielu, z czego dużo okazało się bublami, niektóre były bardzo dobre. Pomadkom Nivea byłam wierna przez dłuższy czas, jednak nie są wystarczające dla moich ust. Perłową wersję, zwaną Pearly Shine, kupiłam z sympatii do firmy i zwyczajnego chciejstwa. Co wynikło z tego wyboru? Dokładniejszy opis oraz ocenę znajdziecie poniżej.


Pomadka posiada tradycyjne opakowanie wykonane z dość porządnego plastiku, który nie pęka mimo noszenia w torbie czy upadków na podłogę. Nakrętka jest zdejmowana, ale nie spada samoistnie, a wręcz przeciwnie - bardzo dobrze trzyma się całości. Wykręcany sztyft działa idealnie, nie zacina się, a ponadto sam z siebie nie wysuwa zbyt dużej ilości produktu. Całość wygląda całkiem nieźle, adekwatnie do działania, co bardzo mnie cieszy.

Produkt nie został oklejony nalepkami, z czego jestem bardzo zadowolona. Wszelkie informacje są nadrukowane, ale nie ścierają się i nie powodują nieestetycznego wyglądu. Szata graficzna w porządku, nieprzesadna, nietandetna. Nakrętka jest perłowa, podobnie jak sztyft znajdujący się pod nią i nie wygląda to źle.


Sztyft jest dość twardy, ale mięknie po wpływem ciepła skóry. Rozprowadza się idealnie, równomiernie i precyzyjnie. Nie pozostawia tłustego filmu, ale zdecydowanie czuć warstewkę ochronną po nałożeniu. Znika ona po niespecjalnie długim czasie, co wcale a wcale mi nie przeszkadza. Produkt nie spływa, ale gdy rozmawiam lub jem zbiera się przy wewnętrznej części warg, w miejscu, w którym wargi się tykają. Tworzą się wtedy białe grudki, które wyglądają bardzo nieestetycznie.

Zapach pomadki przypadł mi do gustu, gdyż jest naprawdę przyjemny. Kojarzy mi się z dużą ilością owoców w połączeniu z lekkimi, kwiatowymi nutami. Utrzymuje się na ustach przez krótki czas, ale nie uważam tego za mankament. Zdaję sobie sprawę z faktu, że nie jest zbyt naturalny, ale mimo to bardzo go polubiłam.


Pomadka przede wszystkim nadaje ustom subtelnego blasku, o ile nie przesadzimy z ilością - wystarczy jedna warstwa. Świetnie spisuje się jako baza pod błyszczyk lub na wklepaną w wargi barwiącą pomadkę. Nawilża bardzo delikatnie, a już na pewno nie wysusza. Nagminnie używana potrafi uzależnić cienką skórę ust i spowodować nieprzyjemne niespodzianki, jednak maźnięta od czasu do czasu szkód nie wyrządzi.

Opakowanie - 9 - tradycyjne, dość ładne, porządne, wytrzymałe. Konsystencja - 9 - dobrze się rozprowadza, jest twardy, mięknie jednak pod wpływem ciepła skóry. Zapach - 9 - owocowy, przyjemny, bardzo mi się podoba. Działanie - 5 - ładnie nabłyszcza, nie wysusza, minimalnie nawilża. Ocena ogólna - 6/10. Całkiem niezły produkt do używania raz na jakiś czas :)

czwartek, 15 listopada 2012

Ole, ole, ole(j)! Dabur Vatika Coconut Enriched Hair Oil

Moda na olejowanie włosów dopadła również mnie i muszę przyznać, że jestem z tego powodu bardzo zadowolona. Nie udałoby mi się, gdybym nie zdobyła upragnionego  Dabur Vatika Coconut Enriched Hair Oil, którzy naprawdę dobrze mi służy i zdecydowanie powinna ukazać się jego recencja! Niniejszym zapraszam na dość pochwalną notatkę :)


Olej zapakowany jest w plastikową butelkę o dość wygodnym kształcie. Wykonana ze średniej grubości plastiku sprawdza się bardzo dobrze i w razie upadku i nie grozi rozbiciem. Zakończona plastikową, łatwo zakręcającą się nakrętką, która samoistnie nie spadnie, kryje również otwór wylotowy. Nie należy od do małych i niestety powoduje wylewanie się zbyt dużej ilości produktu. Nie posiada żadnego ograniczenia ani aplikatora, co nie przypadło mi do gustu.

Opakowanie uraczono trzema naklejkami, wprawdzie papierowymi, ale wzmocnionymi od spodu. Nie zadzierają się, nie tworzą się na nich zacieki czy rozmoczenia. Jedynie trzecia jest bez utrwalenia i ulega uszkodzeniom Szata graficzna całkiem ładna, z zachęcającym motywem kokosa oraz sporą ilością informacji. Całość wygląda dość dobrze i rzeczywiście taka jest.


Olej ma typową dla produktów tego typu konsystencję. Jest dość rzadki, ale znacznie gęstszy od wody. Przez cały czas posiada ciekłą konsystencję, nie trzeba rozgrzewać go na kaloryferze czy w dłoniach. Jest też bardzo tłusty, jednak mimo to z łatwością rozprowadza się na włosach i skórze głowy. Nie wchłania się w pełni, nałożony na kosmyki nawet w małej ilości mocno otłuszcza, więc nie ma możliwości, aby go nie spłukać.

Zapach oleju bardzo mi się spodobał, gdyż jest mocno indyjski i dobrze wyczuwalny po nałożeniu. Kojarzy mi się z kadzidełkami, ale czuć też nieznaczny powiew kokosa. Po spłukaniu pozostawia po sobie bardzo lekko wyczuwalną nutę wyżej wymienionej woni. Całość tworzy naprawdę przyjazny zapach, który zupełnie mi nie przeszkadza.


Produkt dobrze wpływa na moje kudełki. Całkiem nieźle nawilża i wygładza włosy, a ponadto nadaje im sporego blasku. Nie powoduje szybszego przetłuszczania się ani przesuszania włosów. Nie zauważyłam też matowienia ani napuszenia. Nie radzi sobie jednak ze zmniejszeniem wielkiej objętości, ale nie przeszkadza mi to.

Opakowanie - 8 - porządne, całkiem ładne, przezroczyste, z ładną sztatą graficzną. Przeszkadza mi jedynie brak ograniczenia, przez co wylewa się zbyt duża ilość produktu. Konsystencja - 8 - tłusta, lejąca, gęstsza od wody, łatwo się rozprowadza. Zapach - 9 - indyjski, bardzo przyjemny, utrzymuje się na włosach przez jakiś czas. Działanie - wygładza, nawilża, nadaje blasku. Ocena ogólna - 8,5/10. Bardzo dobry produkt wspomagający pielęgnację moich włosów :)

wtorek, 13 listopada 2012

Sprej, że hej! Oriflame HairX Volume Boost Leave - In Conditioner

Jesień,podobnie jak zima, nie jest najlepszym czasem dla moich włosów. Duszone pod czapką puszą się, elektryzują, szybciej przetłuszczają i bardziej niszczą. Nie mam jednak zamiaru bezczynnie patrzeć na powstawanie efektu szalonego chemika objawiającego się po zdjęciu nakrycia głowy, więc wtaczam cięższe działa. Jednym z nich jest odżywka z katalogowej firmy Oriflame o nazwie HairX Volume Boost Leave - In Conditioner. Czy używam jej z przymusu, czy wręcz przeciwnie? Tego dowiecie się w dalszej części posta.


Odżywkę zamknięto w przezroczystej butelce, przez którą widać dokładny poziom zużycia. Wykonana z dość cienkiego, ale wytrzymałego plastiku nie ulega uszkodzeniom. Atomizer ukryty pod nasadką działa bez zarzutu i dozuje odpowiednią ilość sprayu. Nie ma mowy o wylewaniu się płynu strumieniem czy też zacinaniu psikacza. Całość zrobiona jest porządnie i bardzo wygodnie się jej używa.

Opakowanie zostało uraczone dwoma naklejkami, które same w sobie są dość dobrze przyklejone. Mimo to nalepka znajdująca z przodu zaczęła już pęcherzykować, czego bardzo nie lubię. Szata graficzna w porządku, niebrzydka. Nie wygląda ani na tandetną, ani na profesjonalną. Całość prezentuję się całkiem nieźle, nieprzesadnie.


Produkt ma konsystencję identyczną jak woda, czyli mocno lejącą i bardzo rzadką. Po przetworzeniu przez atomizer tworzy lekki spray, który nie jest ani mgiełką, ani strumieniem. Rozpyla się na średnią szerokość, więc z łatwością da sie trafić na włosy aniżeli w twarz czy na szyję. Wchłania się całkiem szybko, jednak na pełne wyschnięcie potrzeba nieco czasu.

Odżywka posiada naprawdę ładny zapach, lekko owocowy, jagodowo-kwaśny. Czuć go nie tylko podczas aplikacji, ale nawet do dwóch - trzech godzin po nałożeniu. Nie należy do woni duszących i nieprzyjemnych, gdyż jest lekki i delikatny. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to zapach naturalny, który nie razi sztucznością, ale nie przeszkadza mi to.


Używam tej odżywki tylko w celu ograniczenia puszenia, elektryzowania i niszczenia końcówek włosów i w tym celu sprawdza się bardzo dobrze. Dzięki silikonom nieźle zabezpiecza przed urazami. Sprawia, że kłaki nie przypominają suchej szopy. Ponadto nie przesusza, nie plącze i nie przetłuszcza. Nadaje włosom naturalnego, krótkotrwałego blasku, ale nie matowi.

Opakowanie - 9 - wygodne, ładne, poręczne, z działającym atomizerem. Konsystencja - 9 - lekki spray z widocznymi, maleńkimi kropelkami wody, które dość szybko wchłaniają się w czuprynę.Zapach - 9 - przyjemny, owocowy, utrzymuje się na włosach przez jakiś czas. Działanie - 8 - zabezpiecza, ogranicza puszenie, nie przetłuszcza. Ocena ogólna - 8/10. Bardzo dobry produkt do stosowania jako ochraniacz aniżeli odżywka :)

sobota, 10 listopada 2012

Smarujemy, smarujemy, którym palcem Cię dotkniemy? Bingo Spa Palmowy balsam do dłoni z zieloną herbatą

Jakiś czas temu dostałam od firmy BingoSpa trzy produkty do przetestowania, w tym palmowy balsam do dłoni z zieloną herbatą. Traf chciał, że akurat nie miałam kremu do rąk, więc natychmiast rozpoczęłam testowanie. Obecnie mija około dwudziestu dni, odkąd zaczęłam wcierać go w części ciała, do których jest przeznaczony i mogę mu wystawić pełną recenzję, co też uczynię w dalszej części posta.


Krem zamknięty jest w  dość płaski słoiczek wykonany z cienkiego, uginającego się plastiku. Nie jest to zbyt wygodne rozwiązanie, nadaje się więc tylko do używania w domu. Jest przezroczysty, więc zarówno z zewnątrz, jak i po otwarciu widać poziom zużycia. Nakrętka odkręca się całkiem nieźle, otwieranie nie sprawia problemów, a na samoistne spadnięcie nie ma szans. Plusem jest fakt, że z łatwością można zużyć produkt do końca bez marnowania ani jednej kropli.

Specyfik posiada jedną naklejkę wykonana z lichego papieru, który szybko się niszczy - zadziera, zdrapuje, powstają na niej tłuste plamy. Szata graficzna jest nieszczególna, a dokładniej mówiąc - zwyczajnie brzydka. Przedstawia palmowy liść oraz napisy, co daje nieodrażający, ale nieciekawy efekt. W połączeniu z opakowaniem wygląda licho i tandetnie, co oczywiście mi się nie podoba. 


Krem ma bardzo przyjemną konsystencję zbliżoną do musu. Jest niezwykle lekki, nie ma mowy o tłustym czy lepkim filmie. Świetnie rozprowadza się po dłoniach i szybko wchłania. Nałożony w zbyt dużej ilości pozostawia aksamitną warstwę, jednak nie potrzeba połowy opakowania na nasmarowanie rąk. Łyżeczka balsamu jest w zupełności zaspokajająca, ale mimo to wydajnością nie grzeszy. 

Zapach jest naprawdę prześliczny! Bardzo kojarzy mi się z dzieciństwem i owocowymi cukierkami. Nie utrzymuje się na skórze długo, co kompletnie mi to nie przeszkadza. Niemniej jednak woń bardzo mi się podoba, ale nie tyle, bym musiała otwierać słoiczek tyko po to, aby powąchać :) Nie jest też duszący ani przesadnie słodki.


Krem nawilża skórę dłoni bardzo delikatnie i niestety jest to działanie krótkofalowe. Minimalnie wygładza i nadaje efektu satyny. Sam w sobie nie podrażnia, ale nałożony na zaczerwienione dłonie zaczyna dość mocno piec i szczypać. Wydaje mi się też, że odkąd go używam pojawiły mi się na rękach niewielkie krostki, co jest brzydkie i nieprzyjemne.

Opakowanie - 6 - nieciekawe, brzydkie, nieporęczne, liche i tandetne. Konsystencja - 9 - wspaniała, aksamitna, szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiego filmu. Zapach - 8 - lekki, słodkawy, bardzo przyjemny, kojarzący się z dzieciństwem.  Działanie - 3 - nawilża bardzo słabo, nie podrażnia, ale wzmaga zaczerwienienie. Ocena ogólna - 3/10. Bardzo przeciętny produkt, który nie spodobał mi się zbytnio.

czwartek, 8 listopada 2012

Słoneczny patrol, czyli Sun Ozon Mleczko do opalania SPF30

Uwielbiam używać balsamów do ciała i często pokazuję je w zużyciowych postach. Stosowałam je także podczas wakacji, a jednym z nich było mleczko do opalania firmy Sun Ozon z filtrem SPF30. Mimo upałów nie miałam zbytnio sposobności go przetestować, więc zrobiłam to teraz i muszę przyznać, że nie żałuję! Bardziej obszerną recenzję znajdziecie poniżej.


Mleczko zapakowano w zwyczajną butelkę o niezwykle przykuwającym uwagę kolorze. Wykonane jest z niezbyt grubego plastiku, przez który tylko trzy sporym wysiłku i pod światło zdołamy zobaczyć poziom zużycia. Posiada wygodną nakrętkę na "klik" z niewielkim otworem wylotowym, który dozuje odpowiednią ilość produktu. Bardzo dobrze trzyma się w dłoni i nie wypada z niej, co ułatwia rytuał balsamowania.

Produkt posiada dwie naklejki, które idealnie przylegają do opakowania, nie odklejają się ani nie pęcherzykują.Zamieszczono na nich niezbędne informacje m.in.: skład, działania, datę ważności itd. Szata graficzna jest średnia, ale kompletnie mi nie przeszkadza. Nie wygląda specjalnie brzydko, więc uważam, że całość wypada nieźle.


Mleczko ma konsystencję typową dla produktów tego typu - lejącą, ale nie wodnistą. Po naciśnięciu butelki wypływa dość szybko i bywa, że w zbyt dużej ilości. Z łatwością rozprowadza się po skórze. Nawet nieduża ilość wystarcza na posmarowanie sporego kawałka ciała. Wchłania się kilka minut, ale pozostawia ochronny, tępawy film, który towarzyszy mi od wieczora aż do rana, a tego nie lubię.

Kosmetyk ma ładny zapach, nieco panthenolowy, a więc lekko świeży. Poza tym posiada nuty typowe dla produktów przeciwsłonecznych. Woń nie jest może mistrzostwem świata, ale nie przeszkadza mi i nie muszę zatykać nosa podczas stosowania. Ulatnia się po pewnym czasie, co szczerze mnie cieszy, gdyż zdecydowanie bardziej wolę inne zapachy.


Mleczko autentycznie chroni przed promieniami słonecznymi. Używany w jesiennych miesiącach w roli balsamu do ciała sprawdza się całkiem nieźle. Lekko nawilża, trochę natłuszcza i minimalnie wygładza. Jedyną wadą jest fakt, że w pewnym stopniu bieli skórę i w niektórych miejscach dość wyraźnie. 

Opakowanie - 9 - poręczne, niebrzydkie, nieprzezroczyste, w mocnym kolorze. Konsystencja - 8 - przyjemna, lejąca, niewodnista, łatwo się rozsmarowuje. Zapach - 7 - chłodzący,  chociaż ciała nie chłodzi.  Działanie - 7 - lekko nawilża i natłuszcza, odrobinę odżywia i niestety trochę bieli. Ocena ogólna - 6/10. Całkiem niezły produkt, którego wolałabym używać latem, ale zużyję teraz.