Uwielbiam perfumy, wody toaletowe, perfumowane, mgiełki i inne tego typu wyroby. Nie oznacz to jednak kolekcji drogich zapachów od Chloe, Guerlain, DKNY, chociaż przyznaję, ze chciałabym takowe posiadać. Mam jedne z Avonu, drugie z Bi-es, mgiełkę Playboya i dzisiejszy temat numer jeden, czyli Yves Rocher Plaisirs Nature Mure Sauvage Blackberry Eau De Toilette, którą polubiłam od pierwszego użycia. Wszystkie osoby zaciekawione tym produktem zapraszam do przeczytania dalszej części postu :)
Opakowanie to urocza, mała buteleczka o pojemności 20ml. Wprawdzie wolę większe, ale akurat to jest idealne do torebki czy niewielkiej kosmetyczki ze względu na niewielkie gabaryty. Jest też bardzo poręczne, bez wymyślnych tłoczeń, proste i z plastikową nakrętką w formie nasadki. Trzyma się ona mocno, zdejmuje bezproblemowo, jednak sama nie spada. Tak samo jest w przypadku złapania za nią na półce, bo buteleczka nie wypadnie i nie rozbije się. Skrywa pod sobą atomizer, który po naciśnięciu rozpryskuje wodę w niewielkim promieniu, więc wszystko trafia na skórę a nie w powietrze. Nie zacina się, za każdym razie wydobywa się identyczna ilość produktu. Plastikowa rurka, która doprowadza wodę do atomizera sięga do samego dna, więc nie będzie problemu ze zużyciem do ostatniej kropli.
Na opakowaniu znajdują się trzy naklejki, jedna z polską nazwą, druga ze składem a ostatnia z obrazkiem. Żadna z nich się nie zadziera ani nie niszczy. Szata graficzna bardzo mi się podoba, uwielbiam fiolet! Zdjęcie jeżyn znajdujące się z przodu sprawia, że produkt od razu kojarzy się nam z naturalnością. Mnie bardzo się podoba, szczególnie w połączeniu z kolorem cieczy i nakrętki :)
Jaką konsystencję może mieć woda toaletowa? Głupie pytanie. Skoro ma w nazwie wodę, to taka też jest. Nie pryska strumieniem, ani też mgiełką, raczej pod sporym ciśnieniem, ale bez przesady. Szybko się wchłania, nie pozostawia tępego czy klejącego uczucia. Nie barwi skóry, mimo że w buteleczce jest fioletowa.
Nie umiem opisywać złożonych zapachów, ale tu nie miałam problemu, gdyż jest prosty i nie rozwija się. Pamiętacie jeżynowe landrynki? ta woda ma dokładnie taką woń. Nie jest zbyt słodka, ale też niegorzka. To zapach słodkawy, owocowy, z nutą, którą czuć przy krzakach jeżyn. Nie ma tu żadnej sztuczności, bardzo prosta i przyjemna woń. Jak dla mnie jest magiczny, dobry na każdą porę roku, przywołuje wspomnienia ^^ Uwielbiam go.
Woda rewelacyjnie odświeża i orzeźwia, a jednocześnie nie przytłacza i nie dusi. Utrzymuje się na skórze krótko, bo około trzech godzin, co prawdę mówiąc mi nie przeszkadza, chociaż chciałabym czuć go na sobie dłużej. Nie podrażnia, nie wywołuje uczulenia.
Opakowanie - 10 - małe, poręczne, bardzo ładne, o pojemności 20ml, idealne do torebki. Konsystencja - 10 - identyczna jak woda, szybko się wchłania i nie klei. Zapach - 10 - jeżynowy, ale nieprzesłodzony, chociaż landrynkowy, taki magiczny, cudny! Działanie - 8 - wspaniale orzeźwia, nie przytłacza, utrzymuje się bardzo krótko. Ocena ogólna - 9/10. Świetny produkt za niewielką cenę (19.99), warto wypróbować!
niedziela, 10 marca 2013
sobota, 9 marca 2013
Romby to nie głąby! Essence A New League Multi Colour Bronzing Powder 01 Go Classy, Go Retro
Pamiętacie jeszcze czerwcową limitowankę Essence pod nazwą A New League? Znajdował się w niej bronzer, którego nie kupiłam, a później wzdychałam i rozpaczałam. Na szczęście Kamila >> miała go u siebie, a że nie chciała, to chętnie odkupiłam. Multi Colour Bronzing Powder 01 Go Classy, Go Retro, który był moim wielkim marzeniem nareszcie jest u mnie i powoli go oswajam, więc nie będzie swatchów na twarzy :D Przyznaję, że to dopiero drugi raz, kiedy próbuję nałożyć na swe lico bronzer i tak naprawdę jeszcze nie potrafię :)
Bronzer ma tradycyjne dla różnorodnych pudrów opakowanie. Jest płaskie, z łatwością zmieści się w najmniejszej szparze (bez skojarzeń proszę :D) kosmetyczki. Całość wykonano dość porządnie, plastikowa klapka jest całkiem wytrzymała i co najważniejsze nie otwiera się samoistnie, mimo że paznokci nie trzeba łamać, aby dostać się do środka. Nie należy do największych, o czym mimochodem wspomniałam powyżej, gdyż mieści w sobie 10g bronzera. Nie jest to zbyt dużo ani za mało, dokładnie w sam raz. Płaskość klapki umożliwia postawienie na niej kolejnego produktu np. różu lub pudru albo czego tam chcemy.
Oczywiście naklejka jest, na szczęście po spodniej stronie i praktycznie niewidoczna, bo dla mnie liczy się wnętrze :D W każdym razie na pewno mi nie przeszkadza. Szata graficzna klapki nie jest zła, dość prosta, ale szczerze mówiąc nawet mi się podoba, a co! Wiem, że wiele z Was nazwało ją brzydką, w sumie nawet się nie dziwię, bo nie ma tu fikuśnych ozdób, kartonowego pudełeczka ani innych upiększających dodatków. Chociaż z reguły jestem łasa na tego typu dziwadełka i malunki to tu toleruję wszystko.
Bronzer nie jest zbyt twardy, łatwo nabiera się na pędzel i ładnie rozciera. Na szczęście nie jest na tyle miękki, żeby kolory w opakowaniu się ze sobą mieszały. Po nabraniu na aplikator, czyli w tym przypadku pędzel romby pozostają nienaruszone na swoim miejscu. Po nałożeniu na skórę powstaje równomierny kolor bez plam. Przy użyciu żelu do mycia twarzy szybko się zmywa, ale trwałości jeszcze nie przetestowałam.
Produkt ma dobrze skomponowane kolory, które w razie potrzeby mogą służyć za cienie do powiek. Każdy z nich jest w pełni matowy. 1 - biel, średnio intensywna, ale widoczna. 2 - dość jasny beż, niezbyt pomarańczowy, co bardzo mnie cieszy. 3 - ciemniejszy beżo-brąz. 4 - według mnie to taki rudawy brąz, bardzo intensywny. Kolory zostały ukazany bez bazy pod cienie, gdyż nie używam bronzera na powieki.
Zapach ma lekki, jak dla mnie przyjemny, wyczuwalny tylko po przetknięciu nosa do opakowania, na twarzy niewyczuwalny, nieduszący.
Bronzer nadaje skórze bardzo zdrowego wyglądu, a że nie plami, to jest też dobry dla początkujących, czyli dla mnie :) Jest całkowicie matowy, więc nie ma migrujących drobinek. Jest lekki, nie czuję się zaszpachlowana po jego nałożeniu. W razie potrzeby można używać go w roli cieni do powiek, a jeśli mamy w miarę wąski pędzel, to możemy nabrać tylko jeden kolor!
Opakowanie - 8 - ani za małe, ani za duże, płaskie, wygodne, w miarę ładne, wytrzymałe. Konsystencja - 10 - w sam raz! Nie jest zbyt twardy, ale też nie pyli. Łatwo go rozprowadzić. Kolor - 10 - cztery idealnie skomponowane barwy, super! Zapach - 9 - lekki, niedrażniący, praktycznie niewyczuwalny. Działanie - 10 - nadaje się do konturowania, czego ja nie potrafię, ale też nie robi krzywdy :) Ocena ogólna - 9/10. Świetny bronzer nawet dla początkujących!
Bronzer ma tradycyjne dla różnorodnych pudrów opakowanie. Jest płaskie, z łatwością zmieści się w najmniejszej szparze (bez skojarzeń proszę :D) kosmetyczki. Całość wykonano dość porządnie, plastikowa klapka jest całkiem wytrzymała i co najważniejsze nie otwiera się samoistnie, mimo że paznokci nie trzeba łamać, aby dostać się do środka. Nie należy do największych, o czym mimochodem wspomniałam powyżej, gdyż mieści w sobie 10g bronzera. Nie jest to zbyt dużo ani za mało, dokładnie w sam raz. Płaskość klapki umożliwia postawienie na niej kolejnego produktu np. różu lub pudru albo czego tam chcemy.
Oczywiście naklejka jest, na szczęście po spodniej stronie i praktycznie niewidoczna, bo dla mnie liczy się wnętrze :D W każdym razie na pewno mi nie przeszkadza. Szata graficzna klapki nie jest zła, dość prosta, ale szczerze mówiąc nawet mi się podoba, a co! Wiem, że wiele z Was nazwało ją brzydką, w sumie nawet się nie dziwię, bo nie ma tu fikuśnych ozdób, kartonowego pudełeczka ani innych upiększających dodatków. Chociaż z reguły jestem łasa na tego typu dziwadełka i malunki to tu toleruję wszystko.
Produkt ma dobrze skomponowane kolory, które w razie potrzeby mogą służyć za cienie do powiek. Każdy z nich jest w pełni matowy. 1 - biel, średnio intensywna, ale widoczna. 2 - dość jasny beż, niezbyt pomarańczowy, co bardzo mnie cieszy. 3 - ciemniejszy beżo-brąz. 4 - według mnie to taki rudawy brąz, bardzo intensywny. Kolory zostały ukazany bez bazy pod cienie, gdyż nie używam bronzera na powieki.
Zapach ma lekki, jak dla mnie przyjemny, wyczuwalny tylko po przetknięciu nosa do opakowania, na twarzy niewyczuwalny, nieduszący.
Bronzer nadaje skórze bardzo zdrowego wyglądu, a że nie plami, to jest też dobry dla początkujących, czyli dla mnie :) Jest całkowicie matowy, więc nie ma migrujących drobinek. Jest lekki, nie czuję się zaszpachlowana po jego nałożeniu. W razie potrzeby można używać go w roli cieni do powiek, a jeśli mamy w miarę wąski pędzel, to możemy nabrać tylko jeden kolor!
Opakowanie - 8 - ani za małe, ani za duże, płaskie, wygodne, w miarę ładne, wytrzymałe. Konsystencja - 10 - w sam raz! Nie jest zbyt twardy, ale też nie pyli. Łatwo go rozprowadzić. Kolor - 10 - cztery idealnie skomponowane barwy, super! Zapach - 9 - lekki, niedrażniący, praktycznie niewyczuwalny. Działanie - 10 - nadaje się do konturowania, czego ja nie potrafię, ale też nie robi krzywdy :) Ocena ogólna - 9/10. Świetny bronzer nawet dla początkujących!
czwartek, 7 marca 2013
Lodowy ideał. Essence Crystalliced Nail Poilsh Iced Eyes Baby
Jeszcze kilka miesięcy temu kompletnie nie podobały mi się jasne emalie. Całe szczęście, że to się zmieniło. Ponad rok temu kupiłam sobie lakier Essence Crystalliced w beżowym kolorze i oddałam, a w ostatnim miesiącu zakupiłam na pewnym blogu jego niebieską wersję i jestem z niej bardzo zadowolona! Wiem, że ta edycja jest już nie do kupienia, a zdobycie czegoś bardzo trudne, ale mimo to publikuję :)
Iced Eyes Baby to bardzo jasny odcień niebieskiego, błękitny. Zawiera miliony mikroskopijnych glassflecked w kolorze złotym, srebrnym i różowym, które idealnie się ze sobą komponują. Na paznokciach wygląda niezwykle świeżo, delikatnie i zwiewnie, ale mimo że raczej nie przypisuję lakierów do konkretnych pór roku to ten jest zdecydowanie zimowy. Idealny, lodowy, "zimny", w sumie nie przyciąga zbytnio uwagi, a szkoda, bo jest b-o-s-k-i! Nie ma w nim raczej szarych tonów, przynajmniej ja nie widzę.
Lakier rozprowadza się bajecznie! Nie jest ani za gęsty, ani za rzadki, nie zalewa skórek i nie trzeba zbyt dużej ilości emalii, aby zamalować płytkę. Kryje w pełni przy trzech warstwach, jedna jest prześwitująca, ale bez smug. Moim zdaniem warto poświecić się i nałożyć lakier trzy razy. Schnie bardzo szybko, pierwsza warstwa niecałe pięć minut, kolejne po dziesięć. Trwałości nie sprawdzałam, może uda mi się w weekend.
Lakier ten bardzo, bardzo mi się podoba. Uwielbiam niebieskości, glassflecked, edycje limitowane więc chyba nie muszę dalej tłumaczyć. Podoba się Wam? :)
Iced Eyes Baby to bardzo jasny odcień niebieskiego, błękitny. Zawiera miliony mikroskopijnych glassflecked w kolorze złotym, srebrnym i różowym, które idealnie się ze sobą komponują. Na paznokciach wygląda niezwykle świeżo, delikatnie i zwiewnie, ale mimo że raczej nie przypisuję lakierów do konkretnych pór roku to ten jest zdecydowanie zimowy. Idealny, lodowy, "zimny", w sumie nie przyciąga zbytnio uwagi, a szkoda, bo jest b-o-s-k-i! Nie ma w nim raczej szarych tonów, przynajmniej ja nie widzę.
Lakier rozprowadza się bajecznie! Nie jest ani za gęsty, ani za rzadki, nie zalewa skórek i nie trzeba zbyt dużej ilości emalii, aby zamalować płytkę. Kryje w pełni przy trzech warstwach, jedna jest prześwitująca, ale bez smug. Moim zdaniem warto poświecić się i nałożyć lakier trzy razy. Schnie bardzo szybko, pierwsza warstwa niecałe pięć minut, kolejne po dziesięć. Trwałości nie sprawdzałam, może uda mi się w weekend.
Lakier ten bardzo, bardzo mi się podoba. Uwielbiam niebieskości, glassflecked, edycje limitowane więc chyba nie muszę dalej tłumaczyć. Podoba się Wam? :)
środa, 6 marca 2013
Lutowe zakupy
Nareszcie udało mi się obfocić lutowe zakupy, żałuję, że tak późno, ale dobrze zrobiłam. Przez ostatnie dni doskwierał mi brak czasu, a ja bardzo tego nie lubię. Co do zakupów - nie są jakieś bardzo wielkie, przypuszczam, że w kwietniu będą ogromne i zagraniczne ♥. Tym razem postawiłam raczej na włosy, dostałam paczkę ze współpracy, kilka rzeczy kupiłam na blogach i ogólnie jestem bardzo zadowolona. W sumie luty nie obfitował w buble, właściwie to nie było ich wcale. Kosmetyków, które mają szanse zostać moimi ulubieńcami jest za to sporo i chętnie je wszystkie Wam przedstawię :)
Jak widać nie ma tego tak dużo, a poza tym wszystko jest zróżnicowane - jest grupa do włosów, do twarzy, do paznokci, a więc bez przesady w którąś stronę. Poniżej dokładniejsza prezentacja.
Zacznijmy od lewej. Mamy tu dwie rewelacyjne odżywki, które szczerze polecam: Garnier Ultra Doux Sekrety Prowansji Lawenda i róża (6,49zł) i Joanna Argan Oil (5,8zł). Dalej znajduje się kolejna, o której jeszcze nie wyrobiłam sobie zdania - Enliven Natural Fruits Extracts Kiwi & Fig Conditioner (7,5zł). Na koniec mamy tu dwa szampony - kolagenowe serum do mycia włosów BingoSpa ze współpracy i Babydream Shampoo (3,87zł). Oba są moim zdaniem świetne i polecam wypróbować!
Tu z koeli mamy dwa tanie, małe zmywacze - z odżywką (1,4zł) i z wiatminami (1,29zł). Zmywają średnio, nie szkodzą paznokciom, a zużyć muszę. Następnie widzimy mojego nowego ulubieńca - Himalaya Herbals Gentle Exfoliating Daily Face Wash All Skin Types (13,25zł). jest świetny, recenzja wkrótce. Kupiłam go w komplecie z kremem do rąk, ale już mi się zużył. Widzicie te dwa płaskie pudełeczka? To kosmetyki od BingoSpa - peeling błotny do twarzy z kwasami owocowymi, który jest rewelacyjny i krem pielęgnacyjny z Zea Mays dla Was! Niedługo rozdanie ;D
A tutaj mamy już lekko kolorówkowy dział :) Essence A New League Multi Colour Bronzing Powder - 01 Go Classy, Go Retro był moim marzeniem i dostałam go w ramach wymianki - dziękuję! Malinowe masełko do ust Nivea (9,99zł) kupiłam po zużyciu karmelowego i jest równie dobre. Balsam do ust Tisane muszę zawsze mieć na półce, tym razem kupiłam tylko jedno opakowanie za 8,35zł. Pędzelek do korektora E.l.f (5zł) bardzo mi się przyda, gdy dostanę niemiecką paczkę.
To już ostatnia grupa :) Mamy tu mój upragniony lakier Essence Crystalliced Iced Eyes Baby (3zł) w cudnym, błękitnym kolorze. Dalej stoi czerwień Pierre Rene Carnival 01 (7,99zł), zachwycająca Sally Hansen Complete Salon Manicure Mousseline (9,99zł) i biedronkowy, beznumerkowy Virtual Fashion Mania (3,99zł). Dalej mamy wodę toaletową o cudnym zapachu jeżyn Yves Rocher Plaisirs Nature Mure Sauvage Blackberry (10zł).
I to tyle! W lutym nie nakupowałam wiele, ale jestem bardzo zadowolona. Wydałam 103 złote i 91 groszy, więc nie tak dużo. Miałyście może styczność z którymś z produktów?
Jak widać nie ma tego tak dużo, a poza tym wszystko jest zróżnicowane - jest grupa do włosów, do twarzy, do paznokci, a więc bez przesady w którąś stronę. Poniżej dokładniejsza prezentacja.
Zacznijmy od lewej. Mamy tu dwie rewelacyjne odżywki, które szczerze polecam: Garnier Ultra Doux Sekrety Prowansji Lawenda i róża (6,49zł) i Joanna Argan Oil (5,8zł). Dalej znajduje się kolejna, o której jeszcze nie wyrobiłam sobie zdania - Enliven Natural Fruits Extracts Kiwi & Fig Conditioner (7,5zł). Na koniec mamy tu dwa szampony - kolagenowe serum do mycia włosów BingoSpa ze współpracy i Babydream Shampoo (3,87zł). Oba są moim zdaniem świetne i polecam wypróbować!
Tu z koeli mamy dwa tanie, małe zmywacze - z odżywką (1,4zł) i z wiatminami (1,29zł). Zmywają średnio, nie szkodzą paznokciom, a zużyć muszę. Następnie widzimy mojego nowego ulubieńca - Himalaya Herbals Gentle Exfoliating Daily Face Wash All Skin Types (13,25zł). jest świetny, recenzja wkrótce. Kupiłam go w komplecie z kremem do rąk, ale już mi się zużył. Widzicie te dwa płaskie pudełeczka? To kosmetyki od BingoSpa - peeling błotny do twarzy z kwasami owocowymi, który jest rewelacyjny i krem pielęgnacyjny z Zea Mays dla Was! Niedługo rozdanie ;D
A tutaj mamy już lekko kolorówkowy dział :) Essence A New League Multi Colour Bronzing Powder - 01 Go Classy, Go Retro był moim marzeniem i dostałam go w ramach wymianki - dziękuję! Malinowe masełko do ust Nivea (9,99zł) kupiłam po zużyciu karmelowego i jest równie dobre. Balsam do ust Tisane muszę zawsze mieć na półce, tym razem kupiłam tylko jedno opakowanie za 8,35zł. Pędzelek do korektora E.l.f (5zł) bardzo mi się przyda, gdy dostanę niemiecką paczkę.
I to tyle! W lutym nie nakupowałam wiele, ale jestem bardzo zadowolona. Wydałam 103 złote i 91 groszy, więc nie tak dużo. Miałyście może styczność z którymś z produktów?
Etykiety:
babydream,
bingospa,
e.l.f,
enliven,
essence,
garnier,
himalaya herbals,
joanna,
nivea,
pierre renè,
sally hansen,
tisane,
virtual,
yves rocher,
zakupy
wtorek, 5 marca 2013
Włosowe aktualizacje - po 4. miesiącu
Czas na kolejną włosową aktualizację! Wczoraj minęły cztery miesiące od rozpoczęcia naprawdę intensywnej pielęgnacji połączonej z prowadzeniem dziennika. Nawet nie wyobrażałam sobie, że będzie szło mi tak dobrze. Nie chcę zapeszać, ale moje włosy czują się coraz lepiej i tak też wyglądają. Nareszcie czuję, że uda mi się pokonać efekty głupoty z września 2011, kiedy to ścięłam włosy do brody, zrobiłam grzywkę i zaczęłam prostować. Efekty i tak były nieprzyjemne, a kłaki cierpiały. No cóż, teraz przynajmniej cieszę się, że się opamiętałam :)
06.01.13 05.03.13
Długość z tyłu - najdłuższe 42cm, najkrótsze - 40cm, zebrane razem - 41cm
Jak już kiedyś wspominałam, moje włosy cały czas rosną, jednak ten proces jest dość powolny, ale zauważalny, nawet niekoniecznie na zdjęciach. Dzięki temu, że warstwy się wyrównują a w włosy są w lepszej kondycji łatwiej mi je rozczesywać i układać. Są coraz gładsze, bardziej błyszczące i elastyczne, wypadają normalnie, w granicach 60 dziennie.
W lutym moje pielęgnacja opierała się głównie na oleju Babydream, który czasem zamieniałam na Vatikę (niestety już zdenkowaną). W kwestii szamponów ulubieńcem pozostał Babydream, oczywiście też zamieniany od czasu do czasu. Odżywkowo trochę się zmieniło, ale wszystko zobaczycie dokładniej patrząc na poniższe zdjęcia.
Najlepszą spotkaną dotychczas odżywką jest Kallos Serical Crema Al Latte, która daje niesamowite efekty na włosach i podczas wąchania. Niestety niedługo mi się skończy i będę musiała kupić nowe opakowanie ;) Do zabezpieczania tradycyjnie ideał, Balea Proffesional Oil Repair Haarol. Garnier Ultra Doux Sekrety Prowansji Odżywka do włosów Lawenda i róża to ostatnio mój niekwestionowany faworyt, pięknie pachnie i świetnie działa. Dalej mamy combo od Babydream, szampon dla dzieci i olejek dla mam, czyli łagodność i bogactwo składników w jednym. Na ostatnim miejscu widzimy Oriflame HairX Volume Boost Leave - In Conditioner, spray silikonowy, ale bardzo lekki i dobrze ujarzmiający włosy.
Odżywka Enliven Natural Fruits Extracts Kiwi & Fig Conditioner po pierwszym użyciu zrobiła na mnie negatywne wrażenie, więc będę nakładać ją przed myciem. Bardzo polubiłam jednak odżywkę Joanna Argan Oil, z silikonami i olejkiem arganowym, ale właśnie czegoś takiego potrzebuję zimą. Kolagenowe serum do mycia włosów BingoSpa to moje nowe odkrycie - ma SLS ( a może SLES?), ale nie wysusza i idealnie myje. Alverde 2-Phasen-Sprühkur Aloe Vera Hibiskus już znacie, używam wtedy, gdy nie mam czasu na olej.
Oczywiście nadal używam Tangle Teezera, gumek bez złączeń, chodzę w czapce itd. A właśnie! Zapraszam do udziału w konkursie "Czapki z głów" dla Biovaxu - INFO >>. Moją propozycję możecie zobaczyć w kulturowym poście :)
I to tyle z włosowego podsumowania! Nie zamierzam zaprzestawać pielęgnacji, bo bardzo dobrze mi służy. A jak jest u Was? Dbacie o kłaki? Weźmiecie udział w konkursie? Czekam na odpowiedzi!
sobota, 2 marca 2013
Kulturowe podsumowanie miesiąca lutego
W przeciwieństwie do stycznia, luty był miesiącem obfitującym w ciekawe książki, w miarę dobre filmy i utwory, których słuchałam na okrągło. Prawdę mówiąc, myślałam, że pozycje obejrzane i przeczytane będą przeze mnie mocno ganione, ale na szczęście takich delikwentów prawie nie ma :) Ba, mogę nawet dodać, że trzy książki od lewej miałam na liście do przeczytania od dawna, podobnie jak dwa filmy o czworonogach. Mam nadzieję, że tyle wstępu wystarczy i mogę przejść do właściwej części postu.
Z całej czwórki na największe uznanie zasługuje Cień wiatru Zafóna. Czytając mnóstwo pozytywnych recenzji czekałam na kawał dobrej powieści i nie zawiodłam się. Historia Daniela Sempere, początkowo małego chłopca, zaprowadzonego na Cmentarz Zapomnianych Książek bardzo mnie wciągnęła. Wraz z otrzymaniem przez niego Cienia wiatru niejakiego Caraxa jego życie diametralnie się zmienia. Zauroczony powieścią zaczyna szukać innych, ale okazuje się, że zostały spalone, a Lain Courbet go prześladuje. W tym czasie Daniel dorasta, zakochuje się w niewidomej Klarze, starszej do niego o połowę. Kiedy zastaje ją w niedwuznacznej sytuacji z nauczycielem muzyki, zostaje pobity przez jej kochanka. Wpada wprost na bezdomnego Fermina, zapuszczonego, ale miłego człowieka. Pewnego dnia z ojcem postanawia przyjąć go do swej księgarni. Po umyciu, przebraniu i ogoleniu Fermin Romero de Torres staje się zupełnie innym człowiekiem. Okazuje się, że jest bardzo wygadany, potrafi załatwić wszystko, mimo że szuka go inspektor Fumero. Fermin staje się najlepszym przyjacielem Daniela. Chłopak w tym czasie zakochuje się w dotychczas niedostępnej Beatriz, siostrze swojego kolegi. Ukrywają swoją wzajemną miłość bardzo długo, aż w końcu udaje im się pobrać. Wcześniej jednak szukają tajemnic Caraxa - w kościołach, u znajomych, byłych. Natrafiają wreszcie na Nurię, od której po śmierci trafia do Daniela historia. Młody mężczyzna odnajduje Caraxa, podpisującego się jako Lain. Kiedy staje w obronie Fermina, zostaje pobity i uratowany przez Caraxa. W końcu, jak już wspomniałam, Bea i Daniel biorą ślub, później rodzi się im dziecko. Pracują w przejętej po ojcu księgarni i wychowują małego Juliana, chcąc dać mu szczęście i udaje im się to. Mimo faktu, że tak się rozpisałam trzeba przeczytać te książkę :) Bardzo, bardzo dobra powieść, nienudna, z ciągle trwającą akcją.
Czy istnieje ktoś, kto nie słyszał o filmie lub książce Chłopiec w pasiastej piżamie? Nie sądzę. Powieść Johna Boyne zachwyciła wiele osób, w tym mnie. Nie jest to pozycja wesoła, wielokolorowa, pełna szczęścia i miłości. Główny bohater to dziewięcioletni chłopczyk, jeszcze dziecko. Całe jego szczęście zostaje mu brutalnie odebrane. Musi przeprowadzić się do niedużego domu z dala od ukochanych kolegów. Nowe miejsce zamieszkania, Po-Świecie, które jest, jak się później dowiaduje, Polską, to szare, zimne, smutne miejsce. Z nudy trochę zbliża się ze swoją siostrą, oglądając ludzi w pasiastych piżamach przez okno. Pewnego dnia wyrusza na poszukiwania, znajdując chłopca w jego wieku, odzianego w piżamę, oczywiście w paski. W ciągu kolejnych dni odwiedza pod siatką kolegę codzienne, przynosi mu jedzenie. W domu stawia się ojcu, dość okrutnemu hitlerowcowi. Kiedy matka uznaje, że ona, chłopiec i jego siostra mają się przeprowadzić, Bruno idzie po raz ostatni do kolegi. Chcą przeżyć razem przygodę, więc "pasiak" daje mu piżamę i idą w głąb obozu. Po złapaniu przez żołnierzy ślad ginie. Zrozpaczona matka wraca do Berlina, nie może żyć w miejscu, gdzie syn zaginął. Nikt nie wie, co się z nim stało, ale na pewno nic dobrego. Ja ze swojej strony polecam, przejmująca i smutna, warta przeczytania książka.
Nostalgia anioła Alice Sebold to powieść z nieba rodem. Dziwne, prawda? Mam jednak powody, by tak sądzić, ponieważ narratorem jest zamordowana Susie, opowiadająca ze swojego nowego domu, czyli z nieba. Przez kilka pierwszych stron dziewczyna jest jeszcze na ziemi, wraca ze szkoły, gdy zaczepia ją sąsiad. Z pozoru miły i uprzejmy, zaprowadza ją do wykopanej w ziemi jamy. Tam gwałci ją i zabija, zabiera do domu, ćwiartuje, wkłada do pudła i zawozi na wysypisko. Susie ogląda wszystko z nieba. Rodzina jest zrozpaczona, nie ma jej ciała oprócz łokcia. Ojciec próbuje całą tą sprawę unieść, matka staje się nieobecna, siostra próbuje udawać, że nic się nie stało, a brat nic nie rozumie. Cała książka to opowieść i szukaniu przestępcy, wyjeździe matki daleko, daleko za granicę, jej powrotu, spotkań jej niedoszłego, ale kochającego ją chłopaka, miłość jej siostry do jej narzeczonego i przede wszystkim próba powrotu na ziemię. Udaje jej się to na małą chwilę, ale w jaki sposób - tego nie zdradzę :) Książkę jednak bardzo polecam.
Wielki boom na film "Hobbit: Niezwykła podróż" sprawił, że przeczytałam książkę, która jest wstępem do Władcy Pierścieni. Hobbit, czyli tam i z powrotem to pozycja średnia, nieco dziecinna, ale warto przeczytać, jeśli chce się czytać/oglądać Władcę. Nie będę zbytnio wnikać w treść, bo jest raczej dobrze znana. Bilbo mimo niechęci wyrusza w podróż, uczy się wielu rzeczy i pozbywa lenistwa. Powieść z happy endem, całkiem przyjemna, w przyjemnym klimacie (kocham fantastykę!).
Żeby nie było, że siedzę w książkach i nic innego nie robię, obejrzałam też kilka filmów. Starałam się wybierać rozważniej, aby uniknąć rozczarować i muszę przyznać, że raczej mi się udało :)
Chyba Wam jeszcze nie pisałam, że uwielbiam psy i interesuję się kynologią? W takim razie teraz już wiecie :) Mój przyjaciel Hachiko to pozycja obowiązkowa, jeśli jeszcze raz chcecie mieć dowód na psią przyjaźń. Hachi został znaleziony na stacji przez profesora muzyki. Pokochała go cała rodzina, a czworonóg ich. Codziennie rano i kilka minut przed przyjazdem akita była już na stacji, ciesząc się i udowadniając swą miłość dla pana. Kiedy pewnego dnia właściciel zmarł w pracy, pies i tak poszedł na stację. Robił to jeszcze przez kolejnych dziewięć lat, aż do własnej śmierci. Czy muszę jeszcze Was zachęcać do obejrzenia? Chyba nie!
Tak się składa, że jeszcze nigdy nie oglądałam przygód człowieka - nietoperza. Batman - początek to rzeczywiście początek dla mnie :D Młody milioner, który próbuje się mścić na złych ludziach w Gothamie wynajduje sposób i przebiera się za nietoperza. Mimo wielu niebezpieczeństw udaje mu się, ale oznajmia, że to nie koniec. Ciemna kolorystyka filmu, sceny kaskaderskie i spryt to coś, co bardzo lubię. Z pewnością wkrótce obejrzę inne filmy o Batmanie :)
Skoro ludzie mają hotele, to czemu nie zrobić Hotelu dla psów? Oczywiście wiem, że istnieją takie w rzeczywistości. W filmie jednak rodzeństwo posiadające czworonoga zostaje wyrzucone z pewnej rodziny i dane do następnej. Ich nowi opiekunowie są dziwni - wyją i jedzą warzywne papki. Nie mają pojęcia o istnieniu ich psa, którego ukrywają poza domem. Pewnego dnia zauważają Piątka (imię psa :)) w opuszczonym hotelu i odkrywają kilka innych zwierzaków. Brat, siostra, jej chłopak i koledzy zaczynają urządzać hotel tak, by wszystko było idealnie. Po kilku tygodniach coś się psuje w elektryce i psy robią bałagan. Przyjeżdża policja, zwierzaki idą do schroniska, dzieciaki zostają rozdzielone. Po pewnym czasie ich opiekun, który załatwiał przenosiny do kolejnych rodzin zastępczych wraz z żoną adoptuje ich, a ludzie przekonują się do otwarcia wielkiego hotelu dla psów. Mój opis nie brzmi wspaniale, ale warto obejrzeć, ja bardzo polecam!
Między potokiem słów pochwalnych znajdzie się także miejsce dla Moneyball - chyba najgorszego filmu, jaki kiedykolwiek widziałam. Lubię te o charakterze sportowym, więc liczyłam na aktywność, ale niestety nie otrzymałam tego. Zespół z Oakland jest najgorszym w lidze (chyba bejsbolowej). Szukają sposobu na wygrywanie i wkrótce znajdują. Teraz pomagają im statystyki. Wygrywają kilkanaście meczów z rzędu, a następnie raz przegrywają. Ich świat się zawala. Opis brzmi nieźle, prawda? Niestety tak, ale dochodzi do tego brak pasji, panuje nuda. Piłka to nie zawsze pieniądze. Ja ze swojej strony nie polecam.
Żeby zakończyć recenzje filmów happy endem, przedstawiam Wam film Lakier do włosów. To bardzo kolorowy, pozytywny film, z dużą ilością muzyki i tańca, aż nogi się rwą :) To historia Tracy, puszystej nastolatki, której marzeniem jest wystąpić w tanecznym show. Udaje jej się tam dostać i zostać gwiazdą, grając na nosie faworytce. Przy okazji przekonuje matkę do wyjścia z domu po kilku latach, zdobywa najprzystojniejszego chłopaka, jest zakochana z wzajemnością i bardzo szczęśliwa. Ten film jest bardzo przyjemną komedią i pokazuje, ze nie tylko osoby bardzo szczupłe mają szansę na sukces :)
Jak już kiedyś mówiłam, bez muzyki nie byłabym w stanie żyć. Znalazłam kilka kawałków, które towarzyszyły mi przez cały luty i będę to robić jeszcze długo!
A jeśli ktoś byłby ciekawy tego, jak wyglądam, to bardzo proszę, macie zdjęcia :) Przy okazji powiem Wam, że jestem na nim całkowicie bez makijażu. Robiłam je na potrzeby konkursu "Czapki z głów" dla Biovaxu, info u Kasi >>.
Uff, dobrnęłam do końca! Jeśli Wam też się to udało, to piszcie na temat obejrzanych przeze mnie filmów, przeczytanych książek, wklejonych piosenek i mojego wyglądu :)
Z całej czwórki na największe uznanie zasługuje Cień wiatru Zafóna. Czytając mnóstwo pozytywnych recenzji czekałam na kawał dobrej powieści i nie zawiodłam się. Historia Daniela Sempere, początkowo małego chłopca, zaprowadzonego na Cmentarz Zapomnianych Książek bardzo mnie wciągnęła. Wraz z otrzymaniem przez niego Cienia wiatru niejakiego Caraxa jego życie diametralnie się zmienia. Zauroczony powieścią zaczyna szukać innych, ale okazuje się, że zostały spalone, a Lain Courbet go prześladuje. W tym czasie Daniel dorasta, zakochuje się w niewidomej Klarze, starszej do niego o połowę. Kiedy zastaje ją w niedwuznacznej sytuacji z nauczycielem muzyki, zostaje pobity przez jej kochanka. Wpada wprost na bezdomnego Fermina, zapuszczonego, ale miłego człowieka. Pewnego dnia z ojcem postanawia przyjąć go do swej księgarni. Po umyciu, przebraniu i ogoleniu Fermin Romero de Torres staje się zupełnie innym człowiekiem. Okazuje się, że jest bardzo wygadany, potrafi załatwić wszystko, mimo że szuka go inspektor Fumero. Fermin staje się najlepszym przyjacielem Daniela. Chłopak w tym czasie zakochuje się w dotychczas niedostępnej Beatriz, siostrze swojego kolegi. Ukrywają swoją wzajemną miłość bardzo długo, aż w końcu udaje im się pobrać. Wcześniej jednak szukają tajemnic Caraxa - w kościołach, u znajomych, byłych. Natrafiają wreszcie na Nurię, od której po śmierci trafia do Daniela historia. Młody mężczyzna odnajduje Caraxa, podpisującego się jako Lain. Kiedy staje w obronie Fermina, zostaje pobity i uratowany przez Caraxa. W końcu, jak już wspomniałam, Bea i Daniel biorą ślub, później rodzi się im dziecko. Pracują w przejętej po ojcu księgarni i wychowują małego Juliana, chcąc dać mu szczęście i udaje im się to. Mimo faktu, że tak się rozpisałam trzeba przeczytać te książkę :) Bardzo, bardzo dobra powieść, nienudna, z ciągle trwającą akcją.
Czy istnieje ktoś, kto nie słyszał o filmie lub książce Chłopiec w pasiastej piżamie? Nie sądzę. Powieść Johna Boyne zachwyciła wiele osób, w tym mnie. Nie jest to pozycja wesoła, wielokolorowa, pełna szczęścia i miłości. Główny bohater to dziewięcioletni chłopczyk, jeszcze dziecko. Całe jego szczęście zostaje mu brutalnie odebrane. Musi przeprowadzić się do niedużego domu z dala od ukochanych kolegów. Nowe miejsce zamieszkania, Po-Świecie, które jest, jak się później dowiaduje, Polską, to szare, zimne, smutne miejsce. Z nudy trochę zbliża się ze swoją siostrą, oglądając ludzi w pasiastych piżamach przez okno. Pewnego dnia wyrusza na poszukiwania, znajdując chłopca w jego wieku, odzianego w piżamę, oczywiście w paski. W ciągu kolejnych dni odwiedza pod siatką kolegę codzienne, przynosi mu jedzenie. W domu stawia się ojcu, dość okrutnemu hitlerowcowi. Kiedy matka uznaje, że ona, chłopiec i jego siostra mają się przeprowadzić, Bruno idzie po raz ostatni do kolegi. Chcą przeżyć razem przygodę, więc "pasiak" daje mu piżamę i idą w głąb obozu. Po złapaniu przez żołnierzy ślad ginie. Zrozpaczona matka wraca do Berlina, nie może żyć w miejscu, gdzie syn zaginął. Nikt nie wie, co się z nim stało, ale na pewno nic dobrego. Ja ze swojej strony polecam, przejmująca i smutna, warta przeczytania książka.
Nostalgia anioła Alice Sebold to powieść z nieba rodem. Dziwne, prawda? Mam jednak powody, by tak sądzić, ponieważ narratorem jest zamordowana Susie, opowiadająca ze swojego nowego domu, czyli z nieba. Przez kilka pierwszych stron dziewczyna jest jeszcze na ziemi, wraca ze szkoły, gdy zaczepia ją sąsiad. Z pozoru miły i uprzejmy, zaprowadza ją do wykopanej w ziemi jamy. Tam gwałci ją i zabija, zabiera do domu, ćwiartuje, wkłada do pudła i zawozi na wysypisko. Susie ogląda wszystko z nieba. Rodzina jest zrozpaczona, nie ma jej ciała oprócz łokcia. Ojciec próbuje całą tą sprawę unieść, matka staje się nieobecna, siostra próbuje udawać, że nic się nie stało, a brat nic nie rozumie. Cała książka to opowieść i szukaniu przestępcy, wyjeździe matki daleko, daleko za granicę, jej powrotu, spotkań jej niedoszłego, ale kochającego ją chłopaka, miłość jej siostry do jej narzeczonego i przede wszystkim próba powrotu na ziemię. Udaje jej się to na małą chwilę, ale w jaki sposób - tego nie zdradzę :) Książkę jednak bardzo polecam.
Wielki boom na film "Hobbit: Niezwykła podróż" sprawił, że przeczytałam książkę, która jest wstępem do Władcy Pierścieni. Hobbit, czyli tam i z powrotem to pozycja średnia, nieco dziecinna, ale warto przeczytać, jeśli chce się czytać/oglądać Władcę. Nie będę zbytnio wnikać w treść, bo jest raczej dobrze znana. Bilbo mimo niechęci wyrusza w podróż, uczy się wielu rzeczy i pozbywa lenistwa. Powieść z happy endem, całkiem przyjemna, w przyjemnym klimacie (kocham fantastykę!).
Żeby nie było, że siedzę w książkach i nic innego nie robię, obejrzałam też kilka filmów. Starałam się wybierać rozważniej, aby uniknąć rozczarować i muszę przyznać, że raczej mi się udało :)
Chyba Wam jeszcze nie pisałam, że uwielbiam psy i interesuję się kynologią? W takim razie teraz już wiecie :) Mój przyjaciel Hachiko to pozycja obowiązkowa, jeśli jeszcze raz chcecie mieć dowód na psią przyjaźń. Hachi został znaleziony na stacji przez profesora muzyki. Pokochała go cała rodzina, a czworonóg ich. Codziennie rano i kilka minut przed przyjazdem akita była już na stacji, ciesząc się i udowadniając swą miłość dla pana. Kiedy pewnego dnia właściciel zmarł w pracy, pies i tak poszedł na stację. Robił to jeszcze przez kolejnych dziewięć lat, aż do własnej śmierci. Czy muszę jeszcze Was zachęcać do obejrzenia? Chyba nie!
Tak się składa, że jeszcze nigdy nie oglądałam przygód człowieka - nietoperza. Batman - początek to rzeczywiście początek dla mnie :D Młody milioner, który próbuje się mścić na złych ludziach w Gothamie wynajduje sposób i przebiera się za nietoperza. Mimo wielu niebezpieczeństw udaje mu się, ale oznajmia, że to nie koniec. Ciemna kolorystyka filmu, sceny kaskaderskie i spryt to coś, co bardzo lubię. Z pewnością wkrótce obejrzę inne filmy o Batmanie :)
Skoro ludzie mają hotele, to czemu nie zrobić Hotelu dla psów? Oczywiście wiem, że istnieją takie w rzeczywistości. W filmie jednak rodzeństwo posiadające czworonoga zostaje wyrzucone z pewnej rodziny i dane do następnej. Ich nowi opiekunowie są dziwni - wyją i jedzą warzywne papki. Nie mają pojęcia o istnieniu ich psa, którego ukrywają poza domem. Pewnego dnia zauważają Piątka (imię psa :)) w opuszczonym hotelu i odkrywają kilka innych zwierzaków. Brat, siostra, jej chłopak i koledzy zaczynają urządzać hotel tak, by wszystko było idealnie. Po kilku tygodniach coś się psuje w elektryce i psy robią bałagan. Przyjeżdża policja, zwierzaki idą do schroniska, dzieciaki zostają rozdzielone. Po pewnym czasie ich opiekun, który załatwiał przenosiny do kolejnych rodzin zastępczych wraz z żoną adoptuje ich, a ludzie przekonują się do otwarcia wielkiego hotelu dla psów. Mój opis nie brzmi wspaniale, ale warto obejrzeć, ja bardzo polecam!
Między potokiem słów pochwalnych znajdzie się także miejsce dla Moneyball - chyba najgorszego filmu, jaki kiedykolwiek widziałam. Lubię te o charakterze sportowym, więc liczyłam na aktywność, ale niestety nie otrzymałam tego. Zespół z Oakland jest najgorszym w lidze (chyba bejsbolowej). Szukają sposobu na wygrywanie i wkrótce znajdują. Teraz pomagają im statystyki. Wygrywają kilkanaście meczów z rzędu, a następnie raz przegrywają. Ich świat się zawala. Opis brzmi nieźle, prawda? Niestety tak, ale dochodzi do tego brak pasji, panuje nuda. Piłka to nie zawsze pieniądze. Ja ze swojej strony nie polecam.
Żeby zakończyć recenzje filmów happy endem, przedstawiam Wam film Lakier do włosów. To bardzo kolorowy, pozytywny film, z dużą ilością muzyki i tańca, aż nogi się rwą :) To historia Tracy, puszystej nastolatki, której marzeniem jest wystąpić w tanecznym show. Udaje jej się tam dostać i zostać gwiazdą, grając na nosie faworytce. Przy okazji przekonuje matkę do wyjścia z domu po kilku latach, zdobywa najprzystojniejszego chłopaka, jest zakochana z wzajemnością i bardzo szczęśliwa. Ten film jest bardzo przyjemną komedią i pokazuje, ze nie tylko osoby bardzo szczupłe mają szansę na sukces :)
Jak już kiedyś mówiłam, bez muzyki nie byłabym w stanie żyć. Znalazłam kilka kawałków, które towarzyszyły mi przez cały luty i będę to robić jeszcze długo!
Uff, dobrnęłam do końca! Jeśli Wam też się to udało, to piszcie na temat obejrzanych przeze mnie filmów, przeczytanych książek, wklejonych piosenek i mojego wyglądu :)
piątek, 1 marca 2013
Lutowe zużycia
Luty uciekł mi bardzo szybko, ale w końcu nie ma się co dziwić - miał tylko 28 dni! W związku z tym zużycia są mizerne, chociaż zaczęłam denkować to, co już mi sie znudziło i chcę się jak najszybciej pozbyć. Do koszta trafiło sześć na osiem produktów wyszczególnionych w zakładce Projekt Denko, a do tego kilka, których używam codziennie i z przyjemnością. Każdy z nich znalazł sobie następcę i idąc za przykładem wielu innych blogerek obok nazwy wyrzutka będę pisała miano obecnego mazidła. Będzie to wyszczególnione bledszym drukiem. Zapraszam do dalszej części postu!
BabyDream, Shampoo - mój ulubieniec od kilku miesięcy, idealny do częstego mycia włosów. Bardzo dobrze zmywa oleje, a cały ten proces odbywa się szybko i bezproblemowo. Nie jest zbyt wydajny, ale bardzo tani i łatwo dostępny. Do prania pędzli też się sprawdza, wymywa bronzery, róże i wszystkie tego typu produkty, nie uszkadzając włosia. Jest bardzo delikatny zarówno dla skóry głowy, włosów jak i aplikatorów makijażu. Następca - ten sam.
Farmona, Jantar, Odżywka do włosów i skóry głowy - to moja druga butelka, ale zdecydowanie ostatnia. Produkt nie sprawdził się na mojej głowie. Liczyłam na wysyp baby hair i wzmocnienie cebulek, ale nic takiego się nie stało. Wprawdzie nie zaszkodził, bo lekko nawilżył, nie wysuszył i nie przetłuścił. Włosy były miększe, bardziej błyszczące i lekko pachnące. Następca - brak.
Farmona, Herbal Care, Odżywka do włosów Skrzyp polny - nie polubiłam tego produktu, zużycie go było dla mnie prawdziwą męką. Nakładanie jej po umyciu i pozostawianie bez spłukiwaniu robiło mi siano z czupryny. Były matowe, sztywne, tłuste, kompletnie niewyjściowe. Spłukana nie dawała prawie żadnego efektu, kłaki były trochę nawilżone i miękkie, ale bez fajerwerków. Następcy - Joanna Argan Oil Odżywka do włosów, Garnier Ultra Doux Sekrety Prowansji Lawenda i róża, Enliven Natural Fruits Extracts Kiwi & Fig Conditioner.
Ziaja, Kokosowa terapia skóry i zmysłów, Mleczko pod prysznic - właściwie był to produkt lejący, lekko żelowy, ale nie galaretowaty. Świetnie mył, nie podrażniał i nie wysuszał, co nie znaczy, że nawilżał. Zapach miał ładny, kokosowy, raczej niesztuczny i niechemiczny, ale też nie maksymalnie naturalny. Półlitrowa butla to kawał kosmetyku, bardzo wydajnego zresztą, co sprawiło, że już mi się znudził. Następcy - AA Ciało Wrażliwe Nawilżający Żel do mycia ciała Głębia oceanu, Original Source Seasonal Edition Plum & Maple Syrup.
Anida, Krem do rąk, Cytrynowo - glicerynowy - nie lubiłam tego kremu, używałam z musu, bo nie miałam nic innego. Prawie w ogóle nie nawilża, nie chroni przed mrozem, w dodatku odrobinę podrażnia. W sumie jedyną pozytywną cechą był fakt, że zapobiegał nadmiernemu przesuszeniu, o ile często go nakładałam. Wchłaniał się szybko, na chwilę pozostawiał tępy film. Zapach kosmetyczno-cytrynowy, z dominującą nutą chemii. Następca - Himalaya Herbals Nourishing Hand Cream.
Verona, Beauty Nail Club, Odżywka wygładzająco - wybielająca - ukochana, świetnie działająca odżywka. To moje drugie i na pewno nie ostatnie opakowanie. Faktycznie lekko wybielała paznokcie, pomagała zmniejszyć plamki, nadawała połysku i optycznej czystości. Używałam jej jako bazy pod lakiery i działała - emalie łatwiej się rozprowadzało, nie pęcherzykowały. Szybko wysychała, więc stosowałam ją też w roli bezbarwnego lakieru i dawała błysk oraz zdrowy wygląd. Ponadto to wydajny produkt, używany dwa-trzy razy w tygodniu wystarczył na prawie osiem miesięcy. Następca - póki co brak, ale będzie p2 Keratin Repair Coat.
Cashmir, Płatki kosmetyczne - nie lubię ich zbytnio, ale często kupuję w sytuacjach awaryjnych. Trochę się rwą, rozwarstwiają, ale nie pozostawiają swoich wnętrzności na twarzy i paznokciach. Wchłaniają niewielką ilość cieczy, szybko się zużywają. Następca - brak.
Soraya, Beauty Therapy, Krem pod oczy, Rozświetlająco - dotleniający - bardzo go polubiłam, ale szczerze mówiąc już mi się znudził. Lekko nawilżał skórę, nie tłuścił, nieco rozjaśniał cienie, nie uczulił i nie zatkał porów. Był gęsty, bardzo wydajny, ale dość lekki i szybko się wchłaniał. Minimalne zmarszczki mimiczne stały się jeszcze mniej widoczne, a ja nie wyglądam jak zombie :D Żegnam się z nim na zawsze, bo mam ochotę na inne. Następca - Avon Solutions, A.m. & p.m., Ageless Results, Day Cream SPF 15 and Night Cream.
Asa, Acnefan, Krem do pielęgnacji cery trądzikowej - to moje czwarte lub piąte zużyte opakowanie. Bardzo lubię za działanie i efekt, jaki daje na twarzy. Wygładza, rozjaśnia, nadaje zdrowego koloru, zapobiega niedoskonałościom i zalecz te, które już powstały. Jest bardzo lekki i łagodny, nie przesusza. Nie pachnie zbyt rewelacyjnie, ale dość świeżo i "chłodno". Nakładam na całą twarz i punktowo. Następca - ten sam.
Nivea, Lip Butter, Caramel Cream - zachwycił mnie zapachem, działaniem i w miarę dobrym składem. Pachnie cudownie, w sumie nie karmelem, a maślanymi ciastkami, ale i tak wspaniale. Dobrze nawilża, natłuszcza, nie uczula i nie podrażnia ust. Nie zbiera się w załamaniach, wygląda naturalnie. Nie przesusza, w składzie ma między innymi masło shea i olejek rycynowy. Następcy - Nivea Lip Butter Raspberry Rose, Tisane Balsam do ust.
I to tyle zużyć z lutego! Żałuję, ze tak mało, ale ja denkuję kosmetyki falami - jeden miesiąc jest obfity, drugi nie. Kilku z tych produktów chciałam się pozbyć od dawna i cieszę się, że to zrobiła.
A jak tam u Was ze zużyciami? Pochwalcie się, udało się Wam wyrzucić więcej niż mi?
BabyDream, Shampoo - mój ulubieniec od kilku miesięcy, idealny do częstego mycia włosów. Bardzo dobrze zmywa oleje, a cały ten proces odbywa się szybko i bezproblemowo. Nie jest zbyt wydajny, ale bardzo tani i łatwo dostępny. Do prania pędzli też się sprawdza, wymywa bronzery, róże i wszystkie tego typu produkty, nie uszkadzając włosia. Jest bardzo delikatny zarówno dla skóry głowy, włosów jak i aplikatorów makijażu. Następca - ten sam.
Farmona, Jantar, Odżywka do włosów i skóry głowy - to moja druga butelka, ale zdecydowanie ostatnia. Produkt nie sprawdził się na mojej głowie. Liczyłam na wysyp baby hair i wzmocnienie cebulek, ale nic takiego się nie stało. Wprawdzie nie zaszkodził, bo lekko nawilżył, nie wysuszył i nie przetłuścił. Włosy były miększe, bardziej błyszczące i lekko pachnące. Następca - brak.
Farmona, Herbal Care, Odżywka do włosów Skrzyp polny - nie polubiłam tego produktu, zużycie go było dla mnie prawdziwą męką. Nakładanie jej po umyciu i pozostawianie bez spłukiwaniu robiło mi siano z czupryny. Były matowe, sztywne, tłuste, kompletnie niewyjściowe. Spłukana nie dawała prawie żadnego efektu, kłaki były trochę nawilżone i miękkie, ale bez fajerwerków. Następcy - Joanna Argan Oil Odżywka do włosów, Garnier Ultra Doux Sekrety Prowansji Lawenda i róża, Enliven Natural Fruits Extracts Kiwi & Fig Conditioner.
Ziaja, Kokosowa terapia skóry i zmysłów, Mleczko pod prysznic - właściwie był to produkt lejący, lekko żelowy, ale nie galaretowaty. Świetnie mył, nie podrażniał i nie wysuszał, co nie znaczy, że nawilżał. Zapach miał ładny, kokosowy, raczej niesztuczny i niechemiczny, ale też nie maksymalnie naturalny. Półlitrowa butla to kawał kosmetyku, bardzo wydajnego zresztą, co sprawiło, że już mi się znudził. Następcy - AA Ciało Wrażliwe Nawilżający Żel do mycia ciała Głębia oceanu, Original Source Seasonal Edition Plum & Maple Syrup.
Anida, Krem do rąk, Cytrynowo - glicerynowy - nie lubiłam tego kremu, używałam z musu, bo nie miałam nic innego. Prawie w ogóle nie nawilża, nie chroni przed mrozem, w dodatku odrobinę podrażnia. W sumie jedyną pozytywną cechą był fakt, że zapobiegał nadmiernemu przesuszeniu, o ile często go nakładałam. Wchłaniał się szybko, na chwilę pozostawiał tępy film. Zapach kosmetyczno-cytrynowy, z dominującą nutą chemii. Następca - Himalaya Herbals Nourishing Hand Cream.
Verona, Beauty Nail Club, Odżywka wygładzająco - wybielająca - ukochana, świetnie działająca odżywka. To moje drugie i na pewno nie ostatnie opakowanie. Faktycznie lekko wybielała paznokcie, pomagała zmniejszyć plamki, nadawała połysku i optycznej czystości. Używałam jej jako bazy pod lakiery i działała - emalie łatwiej się rozprowadzało, nie pęcherzykowały. Szybko wysychała, więc stosowałam ją też w roli bezbarwnego lakieru i dawała błysk oraz zdrowy wygląd. Ponadto to wydajny produkt, używany dwa-trzy razy w tygodniu wystarczył na prawie osiem miesięcy. Następca - póki co brak, ale będzie p2 Keratin Repair Coat.
Cashmir, Płatki kosmetyczne - nie lubię ich zbytnio, ale często kupuję w sytuacjach awaryjnych. Trochę się rwą, rozwarstwiają, ale nie pozostawiają swoich wnętrzności na twarzy i paznokciach. Wchłaniają niewielką ilość cieczy, szybko się zużywają. Następca - brak.
Soraya, Beauty Therapy, Krem pod oczy, Rozświetlająco - dotleniający - bardzo go polubiłam, ale szczerze mówiąc już mi się znudził. Lekko nawilżał skórę, nie tłuścił, nieco rozjaśniał cienie, nie uczulił i nie zatkał porów. Był gęsty, bardzo wydajny, ale dość lekki i szybko się wchłaniał. Minimalne zmarszczki mimiczne stały się jeszcze mniej widoczne, a ja nie wyglądam jak zombie :D Żegnam się z nim na zawsze, bo mam ochotę na inne. Następca - Avon Solutions, A.m. & p.m., Ageless Results, Day Cream SPF 15 and Night Cream.
Asa, Acnefan, Krem do pielęgnacji cery trądzikowej - to moje czwarte lub piąte zużyte opakowanie. Bardzo lubię za działanie i efekt, jaki daje na twarzy. Wygładza, rozjaśnia, nadaje zdrowego koloru, zapobiega niedoskonałościom i zalecz te, które już powstały. Jest bardzo lekki i łagodny, nie przesusza. Nie pachnie zbyt rewelacyjnie, ale dość świeżo i "chłodno". Nakładam na całą twarz i punktowo. Następca - ten sam.
Nivea, Lip Butter, Caramel Cream - zachwycił mnie zapachem, działaniem i w miarę dobrym składem. Pachnie cudownie, w sumie nie karmelem, a maślanymi ciastkami, ale i tak wspaniale. Dobrze nawilża, natłuszcza, nie uczula i nie podrażnia ust. Nie zbiera się w załamaniach, wygląda naturalnie. Nie przesusza, w składzie ma między innymi masło shea i olejek rycynowy. Następcy - Nivea Lip Butter Raspberry Rose, Tisane Balsam do ust.
I to tyle zużyć z lutego! Żałuję, ze tak mało, ale ja denkuję kosmetyki falami - jeden miesiąc jest obfity, drugi nie. Kilku z tych produktów chciałam się pozbyć od dawna i cieszę się, że to zrobiła.
A jak tam u Was ze zużyciami? Pochwalcie się, udało się Wam wyrzucić więcej niż mi?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























