piątek, 4 stycznia 2013

Mam go! Mam mango! Balea Feuchtigkeits Spulung Mango & Aloe Vera

Z pewnością spotkałyście się z całą masą produktów, które można określić dwoma słowami - bardzo dobre. Najczęściej nie są na tyle świetne, aby kupić je ponownie, ale też całkiem niezłe i nie wypadałoby o nich zapomnieć.  Balea Feuchtigkeits Spulung Mango & Aloe Vera jest jednym z takich kosmetyków - bardzo w porządku, całkiem niezła, wystarczająca. Prawie nie ma wad. Ba, w ogóle ich nie ma. Lubię ją za wszystko - działanie, aplikację, skład i zapach. Dokładna recenzja w dalszej części notatki.



Opakowanie odżywki jest bardzo proste, ale dopracowane. Tworzy je spora, mieszcząca 300ml butelka, stojąca na głowie sprawdza się wyśmienicie. Nakrętka z klapką na "klik" obsługuję się naprawdę łatwo i bez łamania paznokci. Otwór wylotowy jest nieduży, ale produkt wychodzi przez niego bezproblemowo.  Mimo rzadkości nie leje się strumieniem i nie kapie. Płaska tuba jest średnio miękka, a odżywka łatwo wypływa z niej dopiero po naciśnięciu, ale nie samoistnie. Opakowanie jest nieprzezroczyste, nie można więc zobaczyć poziomu zużycia. Możemy jedynie ważyć go w dłoniach, co nie ukrywam nie jest dla mnie ułatwieniem. Całość wygląda porządnie i nietandetnie.   

Na opakowaniu znajdziemy dwie naklejki wykonane ze śliskiego papieru. Nie zadzierają się, nie rozmaczają, a pomimo dotykania mokrymi rękoma nie zostaje w nich. Szata graficzna całkiem w porządku. Widać tu kobietę o ładnych włosach, która zapewne ma pokazywać efekt po użyciu produktu. Poniżej znajdziemy zachęcający wizerunek mango i aloesu, zapowiedź zapachu oraz składników. Na obu etykietach znajdziemy informacje w nieprzesadzonej ilości - z tyłu mamy działanie, skład, produkcję, datę przydatności, a z przodu - nazwę produktu, firmy itd. Wygląda to ładnie również ze względu na utrzymanie w jednej kolorystyce.


Odżywka gęstością nie grzeszy, ale i tak jest w porządku. Właściwie jest dość rzadka, jednak mimo to po nałożeniu nie spływa z włosów. Spłukuje się niezwykle łatwo i szybko. Co znajdziemy wewnątrz? Jej skład może nie powala, jednak nie ma w nim żadnych szkodliwych składników. Nie znajdziemy tam też parafiny i silikonów.
AQUA · CETEARYL ALCOHOL · GLYCERIN · BEHENTRIMONIUM CHLORIDE · ISOPROPYL PALMITATE · PARFUM · PANTHENOL · SODIUM BENZOATE · ISOPROPYL ALCOHOL · CITRIC ACID · POTASSIUM SORBATE · NIACINAMIDE · ALOE BARBADENSIS LEAF JUICE POWDER · MANGIFERA INDICA FRUIT EXTRACT

Zapach jest naprawdę bardzo przyjemny. Czuć tylko i wyłącznie dojrzałe, soczyste mango. Nie ma żadnych chemicznych i kosmetycznych nut. Bardzo świeża, słoneczna, wakacyjna woń. Jest mocno wyczuwalny podczas nakładania i spłukiwania. Po zmyciu utrzymuje się bardzo krótko, ale nie jest to mankament. Nie muszę chyba mówić, jak bardzo mi się podoba - wręcz go uwielbiam!


Odżywka działa dość dobrze. Lekko nawilża włosy, nadaje im miękkości i gładkości. Ułatwia też rozczesywanie. Po użyciu kłaki są spuszone jak po większości produktów tego typu. Na drugi dzień jednak układają się całkiem nieźle. Nie obciąża nawet w najmniejszym stopniu. Nie powoduje szybszego przetłuszczania, nie wysusza. Nie zawiera silikonów, więc na podobne efekty trzeba zaczekać. Nie jest to też kuracja naprawcza, a lekka, codzienna odżywka, więc nie można spodziewać się cudów.

Opakowanie - 9 - porządne, spore, spłaszczone, z łatwą w obsłudze nakrętką, nieprzezroczyste. Konsystencja - 7 - rzadka, łatwo spływa z dłoni, ale z włosów już nie. Świetnie się rozprowadza i spłukuje. Zapach - 10 - bardzo owocowy, naprawdę naturalny, dość intensywny, nie utrzymuje się na włosach po zmyciu. Działanie - lekko nawilża i wygładza, nadaje blasku i miękkości. Ułatwia też rozczesywanie. Nie obciąża, nie wysusza. Ocena ogólna - 8/10. Bardzo porządna odżywka do codziennego stosowania :-)

czwartek, 3 stycznia 2013

Ślizg i błysk. Balea Professional Oil Repair Haarol

Używanie silikonowego ochraniacza do końcówek stało się moim obowiązkiem lub w porywach nawet nałogiem. Uzależnienie to jednak należy do gatunku przydatnych i koniecznych, dzięki któremu moje włosy nie wyglądają jak siano, jeśli można to tak delikatnie ubrać w słowa. Dzisiejsza notatka nie będzie niczym innym jak pochwalnym wywodem na temat Balea Professional Oil Repair Haarol, czyli naprawczo - ochronnego suchego olejku do włosów. Serdecznie zapraszam na pierwszą w tym roku recenzję :-)


Serum mieści się w plastikowej butelce o pojemności 100ml. Jak na kosmetyk tego typu ilość jest naprawdę duża! Flakonik jest porządny i przezroczysty, możemy więc kontrolować poziom zużycia. Niewielka pompka jest bardzo wygodna, łatwo nią operować. Jednokrotne przyciśnięcie daje sporo olejku, bo aż 1/3 tego, co pokazałam na 'swatchu' na dłoni. Aplikator posiada funkcję blokady i to niezwykle prostą - wystarczy przesunąć dziubek w lewo bez najmniejszego wysiłku. Nic się samoistnie nie wylewa, a sama pompka nie pluje. Całość prezentuje się bardzo dobrze i właśnie tak jest wykonana, a do tego wygląda całkiem profesjonalnie.

Opakowanie ma tylko jedną, dużą naklejkę, przykrywającą niemal całą jego powierzchnię. Wykonana ze śliskiego papieru nie zadziera się i nie tłuści. Nie zauważyłam też zamakania czy zanikania napisów. Zawiera wszelkie informacje - od zastosowania, poprzez działanie, skład, produkcję aż po datę przydatności i pojemność Brawa dla producenta za zamieszczenie nawet najmniej potrzebnych rzeczy takich jak numer telefonu (infolinia). Szata graficzna przyjemna dla oka, utrzymana w jednej kolorystyce, nie drażniąca. Zero kiczowatości, nieprzesadny obrazek, bez zbyt dużej ilości napisów.


Kosmetyk jest oleisty, bardzo lejący i średnio rzadki. Sprawia wrażenie tłustego, choć taki nie jest. Świetnie rozprowadza się po włosach. Co znajdziemy w żółtej mazi? Silikon lotny (Cyclopentasiloxane), emolienty suche (Cyclotetrasiloxane,Dimethiconol), olej słonecznikowy (Helianthus Annuus Hybrid Oil, Helianthus Annuus Seed Oil), substancja zapachowa (Parfum), olej arganowy ( Argania Spinosa Kernel Oil), Limonene oraz barwnik (CI 40800). Olejków jest sporo, ale mimo to nie ma efektu przetłuszczenia. Jest silikon i emolienty, a zupełny brak obciążenia. Bardzo szybko się wchłania.

Olejek ma przyjemny zapach, słodki, jakby lekko migdałowy. Utrzymuje się na włosach nawet kilka godzin od nałożenia, ale bardzo mi to odpowiada. Nie jest specjalnie mocny, raczej lekki, subtelny, ale wyczuwalny i przyjemny. Co ważne, nie zalatuje chemią nawet w najmniejszym stopniu i nie dusi ani nie podrażnia.  Mnie się on niezwykle podoba, czasami mam ochotę otworzyć go tylko dla powąchania :D


Serum działa tak, jak powiedział producent. Przede wszystkim świetnie zabezpiecza końcówki przed uszkodzeniami mechanicznymi, a przejechanie po całych włosach nasmarowaną ręką ogranicza puszenie i elektryzowanie. Ponadto ładnie nabłyszcza bez sztucznego czy tłustego efektu. Nie otłuszcza i nie obciąża kosmyków, jeśli nałożymy go w niewielkiej ilości tj. maksymalnie dwa naciśnięcia pompki na wszystkie końce. Może nie regeneruje, ale na pewno nie wysusza. Z pewnością po jakimś czasie da się odczuć lekkie odżywienie spowodowane olejkami. Po nałożeniu czuć wygładzenie bez przetłuszczenia.

Opakowanie - 10 - porządne, spore (100ml!), przezroczyste, dość ładne i ze świetną pompką. Konsystencja - 10 -lejąca, oleista, śliska, średnio rzadka. Świetnie się rozprowadza i nie spływa. Zapach - 9 - lekki, niechemiczny, migdałowy, utrzymuje się kilka godzin. Działanie - 10 - wspaniale chroni końcówki, ogranicza puszenie i elektryzowanie. Nie wysusza, nie obciąża. Skład - 9 - silikony i olejki, idealne do ochrony. Ocena ogólna - 9,5/10. Cudowny produkt, polecam wszystkim!

wtorek, 1 stycznia 2013

Postanowienia do spełnienia, czyli plan na rok 2013

Rok 2012 na całe szczęście odchodzi już w niepamięć. Pragnienie zmian i zaczęcia nowego rozdziału w życiu i na blogu zaczyna się spełniać. Wprawdzie nie podejrzewam wielkiej rewolucji w mojej egzystencji, bo co za dużo to niezdrowo. Postanowiłam jednak wprowadzić zmiany, które już zapewne zauważyłyście i takie, które dopiero Wam zaprezentuję w przyszłości. Dzisiaj jednak mamy pierwszy dzień roku 2013 i czas na ukazanie następującego planu.



1. Wracam do intensywnej, acz bardzo przyjemnej diety, która we wrześniu i październiku ubiegłego roku przyniosła świetne efekty, czyli zrzucone 4.5kg. Niestety zapuściłam się i z powrotem przytyłam 1.5kg, co skutecznie dało mi do myślenia. Niniejszym zapowiadam, że zaczynam ćwiczyć, kontrolować zawartość i ilość spożywanych posiłków, aby czuć się lepiej i piękniej! 

2. Kontynuuję przynoszącą dobre efekty pielęgnację włosów, wkładając w nią nie tylko kosmetyki, ale i serce. Postaram się wypróbować różne oleje oraz specyfiki polecane przez włosomaniaczki. Oprę się lenistwu i zacznę stosować kozieradkę oraz siemię lniane. Nie będę ich niszczyć stylizatorami, urządzeniami typu prostownica oraz będę chronić przed uszkodzeniami mechanicznymi.

3. Przyłożę się do prowadzenia bloga, mojej prywatnej oazy. Poświęcę więcej czasu pisaniu notatek, aby pojawiały się codziennie, ewentualnie co drugi dzień. Postaram się także o lepszą jakość zdjęć, mniej więcej na miarę pierwszego ujęcia ze zużyciowego posta, aby całość wyglądała bardziej profesjonalnie i mówiąc prościej: lepiej. Zacznę zamieszczać także posty o tematyce niekosmetycznej przynajmniej raz w miesiącu.

4. Zrealizuję co najmniej kilka kosmetycznych marzeń zawartych w blogowej wishliście. Postaram się spełnić choćby te, których ceny są niewielkie lub są łatwo dostępne w drogeriach czy niewielkich sklepach.Wiele z nich przydałoby mi się już dość dawno temu, ale z różnych powodów omijałam je mimo chęci zakupu. 

5. Przyłożę się do pielęgnacji twarzy m.in.: zacznę regularnie używać maseczek oraz peelingów do twarzy. Do tej pory uważałam je za niepotrzebne, jednak moja wymęczona wysuszającymi kremami cera z ochotą przyjmie dodatkową porcję nawilżenia oraz odżywienia. Ponadto postaram się znaleźć naturalne kosmetyki bez parabenów, parafiny, gliceryny i innych komedogennych składników. 

6. Zadbam o paznokcie. Zacznę regularnie używać bezpiecznych odżywek, baz pod lakiery i odżywczych kremów. Będę codziennie wcierać olejek rycynowy, aby zapobiec rozdwajaniu i łamaniu. Postaram się też przyjmować więcej witamin, aby usunąć białe plamki z płytki, a także używać polerki co jakiś czas. 

7. Zadbam o kulturę. Przeczytam więcej książek - minimum 45 (w 2012 roku 'pożarłam' 44) o tematyce nie tylko fantastycznej, ale także bez tych elementów. Ponadto przyłożę się do oglądania filmów, bo ostatnio z tym u mnie cienko. Moją motywacją będzie fakt, że spoglądacie na moje poczynania.

Nie chcę składać przysiąg, bo nigdy nie wiadomo, co się w życiu przydarzy. Źle bym się czuła panikując z powodu niewypełniania do końca któregoś z postanowień. Mają być dla mnie tylko wskaźnikiem w dążeniu do piękna i dobrego samopoczucia. Blogowe przyrzeczenia z ubiegłego roku w większości spełniłam, jednak uważam je za mało ambitne. Mam nadzieję, że opublikowanie dzisiaj będą mi towarzyszyć przez cały rok!

Jeżeli któraś z Was mocno chce, może potraktować noworoczne postanowienia jako tag :-)

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Kulturowe podsumowanie miesiąca grudnia

Idąc za przykładem innych blogerek postanowiłam rozpocząć cykl notatek o niekosmetycznej tematyce minimum raz w miesiącu. Czas pokazać, że wiele czasu spędzam nie tylko przed komputerem, ale i nad książkami nie związanymi ze szkołą. Od czasu do czasu udaje mi się również rzucić okiem na telewizor i różnorakie teledyski. Nie zawsze królują w nich same pozytywy, więc w ostatni dzień miesiąca będę ujawniać moje zachwyty i narzekania na tematy kulturowe.


Zdecydowałam się przeczytać zachwalaną Opowieść wigilijną Charlesa Dickensa i niestety nie dołączyłam do jej fanów. Powieść ta ogromnie mnie znudziła - akcja jest bardzo przewidywalna, typowy motyw złego i dobrego, tradycyjna zmiana na lepsze okrutnego Scrooge'a oraz bardzo słabe elementy fantastyki (duchy). Książa prawie w ogóle nie podziałała na moją wyobraźnię, choć nie wydaje się być pusta i bezwartościowa. Lekturę tą można pokochać albo znienawidzić - ja zaliczam się do drugiej grupy. Otwierając ją miałam nadzieję na przełom - łzy, wzruszenie, przerażenie. Tymczasem nie dostałam nic, co w jakikolwiek wpłynęłoby na to, w jaki sposób patrzę na świat.

Uwięziona w Teheranie Mariny Nemat jest dużo lepszą lekturą. Opowiada historię młodej dziewczyny z kraju toczącym wojny z innymi państwami, porwanej do niezwykle obskurnego więzienia Evin, gdzie warunki były niemalże tragiczne. Pokazuje też miłość stróża do skazanej, która pod przymusem została włączona do Islamu. Ukazuje także ukrywaną, choć niezwyciężoną miłość i siłę woli, opanowanie i wiarę. Nemat profesjonalnie wprowadza czytelnika w świt bólu, niewoli i wahania. Sprawia, że czujemy powiew śmierci dotykający jej ciała. Zakończenie książki nie jest odkrywcze - szczęśliwy powrót do domu z dawno nie widzianym ukochanym. Pasuje jednak do całości, nie pozostawia zagadek.

Dokładnie wczoraj skończyłam też znaną wszystkich powieść Williama Sheakspeare'a - Romeo i Julia. Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ona pozytywnie, choć nastawiona byłam sceptycznie. Zakazana miłość dwojga, pisana zrozumiałym językiem wciągnęła mnie już od pierwszych stron. Bardzo spodobał mi się także błąd, jaki popełnił kapłan - ten moment ciągle wydaje mi się niezwykle śmieszny w obliczu tragedii, jaka spotkała skłócone rodziny. Dramatyczne zakończenie również przypadło mi do gustu, bo zdarza się rzadko, a ja właśnie na to czekam. Podsumowując - książka spodobała mi się, ale nie tyle, by do niej wracać.

Woda dla słoni autorstwa Sary Gruen również przypadła mi do gustu. Choć tytuł może sugerować, że książka jest poświęcona pojeniu zwierząt jest inaczej. Treść powieści to słowa Polaka Jacoba, ponad 90-letniego mężczyzny z domu opieki, który czuje się źle w towarzystwie nadskakujących mu pielęgniarek. Wolałby jeść surowe warzywa zamiast mlecznych papek przy facecie opowiadającym o noszeniu wody dla słoni. Nasz bohater, Kuba Jankowski przypomina sobie wtedy całe swoje życie. Śmierć rodziców, rzucenie studiów weterynaryjnych, tułanie się po świecie pociągiem i w końcu trafienie do cyrku. Gruen jako Jacob ukazuje nam ukrywaną nienawiść szefa widowiska i jego choroby  psychiczne (szefa, nie Kuby). Mieści w sobie miłość, zazdrość,  męczarnie, nieprzyjaźnie, sympatie, choroby i inne niedogodności. Dodatkowo do kompletu daje nam słonia o wielkiej inteligencji, zabijającego pałką szefa cyrku w najbardziej odpowiednim momencie. Pod koniec dostajemy dawkę adrenaliny - zgubiony pies, zabici przyjaciele, kilkutonowe zwierzę na własność, ukochaną w ciąży i brak pracy. Nie brak tam też bardzo intymnych, szczegółowo opisanych momentów. Lektura bardzo przypadła mi do gustu - zero nudy, ciągłe zwroty akcji, bez plątania.

Pomimo ogromnej miłości dla Terry'ego Goodkinda siódmy tom Miecza Prawdy, nazwany Filarami Świata nie przypadł mi do gustu. O ile poprzednie części czytałam z zapartym tchem, to ta była zwyczajnie przeciętna. Spojrzenie z innej perspektywy jest ciekawym pomysłem, ale główni bohaterowie pojawiają się dopiero w ostatnich rozdziałach 508 stronicowej księgi! Ukazanie Oby, brata Richarda jest powrotem do postaci ich ojca, Rahla Posępnego. Jennsen z kolei, ścigana młoda kobieta, wydaje się być bezradna. Kiedy jednak trzeba walczyć, krucha dziewczyna daje sobie ze wszystkim radę aż za dobrze. Całość jest trudna do przemęczenia, bez ciekawych wątków.
   
Oprócz  książek obejrzałam też kilka filmów, a część z nich mogę serdecznie polecić. Poniżej mała prezentacja.


Opowieść wigilijna w wersji do oglądania utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie jest to film/książka dla wszystkich. Jak dla mnie nieciekawa fabuła, z wątkami mającymi przerazić. Niestety, nie doznałam żadnych pozytywnych bodźców ani w trakcie, ani po. 

Z wielką chęcią pochwalę jednak Życie od kuchni. Film przewidywalny, ale bardzo ciepły, lekki, w sam raz na samotny wieczór. Miłość Kate i Nicka wydaje się być niepozorna i dość dziwaczna według samej Kate. Nowojorski klimat połączony z czułością i restauracyjnymi daniami daje nam romantyczno - dramatyczny finał.  Nauka o ludzkich zachowaniach takich jak wychowywanie dzieci czy związek kobiety i mężczyzny po trzydziestce jest trudna i postać szefowej kuchni wspaniale nam to obrazuje. Film nie należy do typowych babskich odmóżdżaczy, ale może je o wiele lepiej zastąpić.

Jeśli nie lubicie oglądać taniego chłamu, to zdecydowanie odradzam Wam komedię romantyczną Mąż idealny. Zarówno pomysły koleżanki Kate i jej samej przechodzą moje wyobrażenia na temat ludzkiej głupoty w sprawach uczuciowych. Praca dziewczyny nie należy do najpoważniejszych i w filmie widać to doskonale - kilka minut to głównie rozmawia o haśle reklamowym dla musztardy. Sama Jennifer Aniston gra przerażająco sztucznie, a film nie należy do dopracowanych. Nie polecam tej produkcji, nawet nie sposób nazwać jej miło odmóżdżającą. 

Uwielbiam filmy animowane, a do obejrzenia tego zachęcił mnie tytuł - Delgo. Słowo to wydało mi się intrygujące, tajemnicze, a początkowy opis filmu (smoki, motyw złej i niepokonanej kobiety) miał świadczyć o niezłym poziomie bajki. Niestety film okazał się nieciekawym okrawkiem tego, co mogło być świetną animacją. Zniekształcone ludziko-stworki walczące ze złem, zakochujące się w jasnoskórej wróżce? W takim razie podziękuję. Zero ciekawych wątków, wszystko skończyło się dobrze - oba plemiona się pogodziły, a Delgo i księżniczka zostali parą.

Rok bez Mikołaja? Niemożliwe! I tak niezły film zepsuł fakt, że M. się pojawił, obdarował dzieciaki i obiecał rozdawać prezenty co 365 dni. Świat w produkcji był pokręcony - raz bajkowy, raz prawdziwy. Ponadto Mikołaj wylegujący się w łóżku w majtkach to nieciekawy widok, a jego małżonka średnio pasuje do całości. Do kompletu dostajemy jeszcze dwa głupiutkie elfy ubrane w modne ciuchy, w tym jednego elfo-człowieko-pantoflarza. Film całkowicie popsuł mi apetyt na świąteczne ekranizacje związane  z Mikołajem i całą otoczką.

Najnowsza, kinowa wersja Smerfów nie zachwyciła mnie, ale nie wypadła najgorzej. Mamy tu do czynienia z Gargamelem, całą hordą niebieskich ludzików oraz ich smerfastycznością. Jedynym odstępstwem od tradycji jest fakt, że trafiły one nie do lasu a do ... Nowego Jorku. Spotkanie z ludźmi i ich pomoc, szybka akceptacja i uwielbienie - bajka. Nasz obecny świat na pewno nie zaakceptowałby kilku z nich we własnym domu. Co do filmu - przewidywalny, mało ciekawy,  ale do obejrzenia. Ani nie polecam, ani nie odradzam.

Apollo 13 zrobił na mnie nieco większe wrażenie. Po pierwsze - bardzo lubię Toma Hanksa. Po drugie - przepadam za katastroficznymi momentami. Po trzecie - kocham filmy ciut starsze (tu mamy rocznik 1995). Obsada jest świetna, wykonanie całości również. Ciągłe trzymanie widza w napięciu to to, co tygrysy lubią najbardziej :3 Zakończenie przewidywalne, ale całość jak najbardziej ciekawa. Jeśli tylko lubicie filmy tego typu - zachęcam do obejrzenia!

Film pt. Jaguar uważam za kompletnie nieciekawą produkcję. Były elementy komedii i przygodowe, ale i tak nie dało to zbyt pozytywnego efektu. Jedynym plusem jest fakt, że wystąpił tam Jean Reno, którego uwielbiam! Grał on też Leona zawodowca (nota bene świetny film, polecam). Jego obecność jednak nie uratowała sprawy na tyle, aby pochwalić te sto minut filmu.

Zanim odejdą wody to ciekawa komedia, o nieco nietypowej fabule. Męska przyjaźń, rodząca się w trakcie podróży, która odmieniła ich choć w niewielkim stopniu. Jeden żywiołowy i wygadany, drugi - spokojny i stateczny. Do tego jeszcze zwierzak o dziwnych upodobaniach. Wszyscy faceci, a było ich trzech - Peter, Ethan i pies tworzą wybuchową mieszankę, której niestraszne niszczenie wielu samochodów i przechytrzanie celników.

Jeśli chodzi o piosenki, to słuchałam głównie dwóch kawałków - Last Christmas grupy Wham! i Wildest Moments Jessie Ware. Oba są świetne zarówno w treści i wykonaniu, jak i w teledysku.


Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca! Jeśli tak, to przyszykujcie się na comiesięczne podsumowania, o ile podoba Wam się taka idea :-) Ja tymczasem zmykam świętować przed telewizorem!

niedziela, 30 grudnia 2012

Liebster Award, czyli tag dla ukochanych

W ostatnim dzień roku mam dla Was lekką i przyjemną notatkę. W jej treści znajdziecie odpowiedzi na pytania od Lisicy, które otrzymałam jako Liebster Tag. Muszę przyznać, że napiszę ten post chętnie, choć od dawna nie pojawiła się żadna recenzja. Myślę, że przyjdzie na nią czas dopiero między drugim a czwartym dniem stycznia. Mam nadzieję, że się nie obrazicie za zaserwowanie kolejnej notatki o niczym konkretnym :)


Pozwólcie, że zacytuję zasady tagu: "Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawane dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie."

 1. Najbardziej niepotrzebna rzecz jaką nosisz w torebce?
W sumie nie noszę niepotrzebnych rzeczy w torebce, ale jeśli już się uprę to mogę wskazać spory breloczek w kształcie jamnika, wykonany z białej, sztucznej skóry.

 2. Ulubiony produkt do depilacji nóg.
Nie mam ulubionego produktu w tej dziedzinie, podobnie jak w pielęgnacji ciała, stóp i rąk. Zdecydowanie bardziej wolę testować nowości.
 3. Najgorsza potrawa jaką w życiu jadłaś.
Nie przypominam sobie niczego takiego, chociaż próbowałam czekolady tak gorzkiej, że trudno sobie wyobrazić. Myślę, że nie zwierała ani grama cukru :D

 4. Miejsce do którego chciałabyś wrócić.
Nie mam takiego miejsca, które kiedykolwiek bym porzuciła. Od urodzenia mieszkam w tym samym domu, a żadna z wycieczek nie sprawiła, abym chciała tam wrócić na dłużej. Są jednak chwile, które wspominam ze wzruszeniem.

5.  Skąd czerpiesz inspiracje i pomysły na nowe posty?
Bardzo dużo dają mi notatki innych blogerek. Nie działa to na zasadzie kopiowania czyjegoś pomysłu z dodaniem własnych słów. Dziewczyny przypominają mi swoimi notatkami o konieczności napisania czegoś lub dodania nowości, podsumowań. Gdyby nie Wy, nie miałabym o czym i dla kogo pisać, ale inspiracje znajduję także w moim życiu i różnych sytuacjach.

  6. Czy robisz zakupy w second handach? Jeśli tak to z jakiego "łupu" jesteś najbardziej zadowolona?
Zaglądam do nich bardzo rzadko, a tylko sporadycznie znajduję coś ciekawego. Nie mogę więc pochwalić się niczym, gdyż większość i tak niewielkich łupów to zwyczajne ubrania. Myślę, że bluzka w kolorze pudrowego różu z kobietami w bikini w stylu lat. 70/80 i retro zasługuje na bliższe przyjrzenie się.

 7. Wymarzony prezent to...
Zdecydowanie porząna lustrzanka ze statywem i namiot bezcieniowy to mój wymarzony prezent :-) A jeśli chodzi o kosmetyki to ich listę znajdziecie w pasku bocznym.

8. Czego najbardziej się boisz?
Śmierci najbliższych, bez których nie byłabym w stanie normalnie funkcjonować, a także możliwości zapadnięcia w depresję i nietolerancji, ale myślę, że mi to nie grozi.

 
9. Jaką masz aktualnie fryzurę?
Odrastające po wystrzępionym bobie włosy z grzywką, którą zapinam spinkami. Ich długość możecie zobaczyć we włosowych aktualizacjach.

 10. Największa wpadka modowa to dla mnie...
Szpilki i domowe skarpetki. A jeśli chodzi o moją wpadkę, to zdecydowanie mini w kratę, rozciągnięte rajstopy, zbyt obcisła kurtka i różowy szalik w połączeniu z czapką w pepitkę :D Na szczęście było to  dawno, jeszcze w początkowych klasach podstawówki.

11. Bubel kosmetyczny jaki ostatnio testowałaś. 
Dezodorant Nivea o zapachu jaśminu bez pozytywnego działania i o nieprzyjemnej woni oraz uczuciu dyskomfortu po użyciu.

Chętnie bym kogoś otagowała, ale ta akcja krąży po blogosferze od dawna i nie mam pojęcia kto nie brał w niej udziału! Skorzystam jednak z okazji, aby życzyć Wam szczęśliwego Nowego Roku!

http://www.mmgrudziadz.pl/artykul/sylwester-2012-w-grudziadzu-sprawdz-gdzie-sa-jeszcze-wolne-miejsca  
 
 Szczęśliwego Nowego Roku!
 

Grudniowe zakupy

Nie tylko koniec roku przynosi chęć podsumowań. Nasuwają je na myśl także ostatnie dni miesiąca, więc tradycyjnie już czas na prezentację zakupów poczynionych w ostatnim miesiącu 2012. Przyznaję, że zaszalałam i to dość mocno - zrobiłam spore zakupy w DM'ie za pośrednictwem Agnieszki, zaopatrzyłam się w wiele włosowych wspomagaczy oraz bardzo małą ilość kosmetyków potrzebnych, bez których nie da się obejść. Przy okazji zmian blogowych wprowadziłam także inne, pielęgnacyjne oraz życiowe. Myślę jednak, że powiem Wam o nich innym razem. Nie przedłużam więc i serdecznie zapraszam do oglądania!



Większość powyższej grupy stanowią łupy świadczące o rozwijaniu się mojego włosomaniactwa. Mamy tu także kilka kosmetyków do ciała, twarzy, paznokci oraz makijażowych. Podzieliłam je więc na mniejsze skupiska, ale po kolei. Zacznijmy od mazideł do pielęgnacji kłaków.



Mamy tu odżywkę Balea Mango & Aloe Vera (0,65€) o pięknym, niezwykle naturalnym zapachu, dwa szampony dla dzieci - BabyLove (1,35€) i BabyDream (3,09zł) o identycznych właściwościach oraz odżywkę Farmona Herbal Care Skrzyp Polny (6,85zł) o niezwykle ziemistej woni. Następnie kultową odżywkę (wcierkę) do włosów i skóry głowy Jantar Farmona (8,95zł), której działanie nie sposób zidentyfikować, masko-odżywkę Kallos Serical Crema Al Latte (20,6zł), wspaniałą następczynię Isany z olejkiem Babassu oraz legendarną szczotkę Tangle Teezer Compact Styler Shaun The Sheep (0zł, wykorzystany kupon iperfumy.pl), z którą próbuję się zaprzyjaźnić. Dalej znajduje się silikonowy olejek na końcówki Balea Professional Oil Repair Haaröl (2,95€) i odżywkę z atomizerem Alverde 2-Phasen-Sprühkur Aloe Vera Hibiskus (2,45€). Wszystkie mam w użyciu i nie robią mi krzywdy, co bardzo mnie cieszy.



Tutaj z kolei znajdziemy dwa kremy do rąk - Essence 24h Hand Protection Balm Winter Edition Caramel Hot Chocolate (0,95€) oraz Oriflame Christmas Suprises Spiced Oranges Scented Hand Cream z wymiany. Niestety oba pod względem zapachu to niewypały. Dalej znajdziemy żele pod prysznic - Sanflore Gelee De Douche Apaisante (0zł, wykorzystany kupon iperfumy.pl) i Balea Young Huttenzauber Dusche (0,85€). Póki co jeszcze nietestowane. Ostatnim produktem w grupie "cielesnej" są Balea 3-Klingen Einwegrasier (1,95€), czyli odkłaczacze w ładnym opakowaniu.


Tutaj mamy różne różności :D Otrzymałam dwie bezpłatne próbki - jedną kremu Ainhoa, drugą z Perfecty. Kupiłam też zachwalany peeling drobnoziarnisty (2zł) wymienionej przed chwilą firmy. Zostało go jeszcze na dwa użycia, ale nie zdradzę opinii. Potrzebny był mi też zmywacz do paznokci (1,69zł), więc capnęłam najtańszy. Przygarnęłam też trzy opakowania balsamu do ust Tisane (8,2zł + 8,5zł + 9,5zł). W tej samej aptece zaopatrzyłam się w olejek rycynowy Apteczka Babuni (1,9zł). Zakupiłam także dwa błyszczyki - Essence Breaking Dawn Part II Lipgloss Alice Had a Vision - Again (1,95€) i Vipera Sweet & Wet 7 (9,5zł). Ostatnim produktem, a właściwie przyrządem jest 4-stopniowa polerka do paznokci Sincler (3,45zł). Miałam ją już kiedyś, ale się wysłużyła i teraz mam nową, gdyż bardzo dobrze mi służy.


Tutaj mamy prezent od Mamy z okazji końca roku :) Nawilżający żel do mycia ciała Ciało Wrażliwe AA z pewnością się przyda, gdy tylko wykończę kilka innych. Rozświetlający błyszczyk do ust 03 Świetlisty Róż niestety nie dołączy do kolekcji mazideł - zawiera mentol, którego moje usta nie tolerują. Jego kolor jest nie najgorszy, ale też niezbyt cudowny - perłowy. Wróci więc do mej Rodzicielki, a jego fundatorki.

Za wszystkie produkty zapłaciłam 174,23zł. Zdaję sobie sprawę z faktu, że nie jest to mała sumka, a kosmetyki niekoniecznie potrzebne, jednak nie żałują ani trochę. Sprawianie sobie prezentów daje mi ogromną radość!

sobota, 29 grudnia 2012

Moje kosmetyczne hity i odkrycia 2012

Czas na końcoworoczne podsumowanie odkryć i hitów mijającego roku. W ciągu 365 dni łatwiej jest wyłonić ulubieńców, przetestować dokładniej i wydać ostateczny werdykt. Oczywiście wiele z nich nie gości obecnie na moich półkach, ale zapadła głęboko w pamięć, a ich recenzje można znaleźć na blogu. Niemniej jednak postaram się pokazać wszystkie hity lub kosmetyki, które bardzo przypadły mi do gustu. Zapraszam!

PAZNOKCIE


 - Essence, Vampire's Love, Into The Dark - wspaniały kolor, łatwa aplikacja, całkowite krycie po pierwszej warstwie, szybkie wysychanie, odkrycie lat 2011/2012.
- Joko, Find Your Color, Coriander Green - idealnie kremowy, krycie po pierwszej warstwie, szybkie wysychanie.
- Miyo, Mini Drops, Provocation - boski odcień niebieskiego, niemal neonowy, krycie po dwóch warstwach, szybkie wysychanie.
- Sensique, Fantasy Glitter, Fireworks - holograficzny fiolet, szybkie schnięcie, łatwa aplikacja.
- Catrice, Out Of Space, Beam Me Scotty! - półmatowy, niejednowymiarowy kolor, łatwa aplikacja, krycie po pierwszej warstwie.
- Essence, Colour & Go, Blue Addicted - cudowny kolor z wieloma dużymi drobinami w odcieniu niebieskości i zieleni, jednak czas wysychania i rozprowadzanie bardzo słabe, mozolne i nieprzyjemne.
- Eveline, Holografic Shine, 407 - holograficzny, niejednoznaczny kolor, szybkie schnięcie, ilość warstw dowolna.
- Delia, Las Vegas, 500 - piękny top ze srebrnymi, zielonymi, niebieskimi, czerwonymi i złotymi drobinkami, szybkie schnięcie.
- China Glaze, Metro, Trendsetter - zielono-musztardowy odcień i maleńkimi flejksami, szybkie schnięcie, bardzo długi pędzelek.
- Basic, Nagellack Nailpolish, 281 - idealna, krwista czerwień, kremowo-żelkowa, szybkie wysychanie i jednowarstwowe krycie.

PIELĘGNACJA WŁOSÓW


- BabyDream, Shampoo - mój ulubiony szampon, niezwykle łagodny, całkiem nieźle się pieni, nie podrażnia.
- Tangle Teezer, Compact Styler, Shaun The Sheep - mój najnowszy przyrząd wspomagający pielęgnację włosów, wspaniale masujący i dobrze rozczesujący kłaki bez wyrywania i plątania.
- Isana, Odżywka wygładzająca z olejkiem Babassu - cudowny, niestety wycofany wygładzacz o pięknym zapachu i śliskiej, dość rzadkiej konsystencji.
- Kallos, Serical, Crema Al Latte - jeszcze lepszy produkt niż wyżej wymieniona Isana, bardzo wygładzający, nadający śliskości i połysku.
- Dabur, Vatika, Coconut Enriched Hair Oil - bardzo przyjemny olej, nadający przy dłuższym użytkowaniu miękkości i nawilżenia, niestety z parafiną na początku składu.
- BabyLove, Mildes Shampoo - nie mogłam zdecydować, czy bardziej lubię ten, czy BabyDream - oba są świetne! DM'owski jest jednak wydajniejszy i lepiej się pieni, poza tym działanie identyczne.
- Alterra, Granat & Aloes, Maska i szampon - zdecydowanie duet roku! Świetnie nawilżają, jednak lepiej nie stosować ich jeden po drugim. 
- Isana, Odżywka 'Połysk jedwabiu' - lekka odżywka o różanym zapachu, bardzo przyjemna do mycia i pierwszego O w OMO, jednak bez wspaniałych właściwości. 


MAKIJAŻ


- Essence, Marble Mania, Blush, Swirlpool - limitowany róż o cudownym kolorze, dający efekt tafli, bez sztuczności, ładnie prezentuje się także na powiekach, niestety przez odłamanie się i oddanie górnej części bardzo trudno się nabiera.
- Joko, Marrakech Dream, Puder brązujący, J261 For Blonde - ogromny (20g!) bronzer, zupełnie bezdrobinkowy, lekki i wyglądający bardzo naturalnie, z przepięknie wytłoczonym wzorem.
- Essence, Vampire's Love, Shimmer Powder, Lil'vampire - objawienie lat 2011/2012, zapewne także na następny rok. Wspaniały, dość jasny odcień i cudowny efekt rozświetlenia maleńkimi drobinkami, niewyczuwalnymi na skórze.
- p2, What's Up? Beach Babe, Sassy Attitude Blush Stick, 010 Berry Glam - kremowy róż w sztyfcie, z drobinkami dającymi efekt tafli. Najlepiej wygląda na ustach, policzkom nadaje zbyt duży połysk.
- Joko, Specially For You, Pędzel do makijażu - bardzo wygodny przyrząd zwłaszcza w podróży, łatwo nabiera i dobrze rozprowadza różnorodne pudry, łatwo się pierze, a włoski wypadają w ilości do maksymalnie trzech na jedno mycie. 
- w7,  Pin Up Lip Balm Slider, Saucy Strawberry - ciekawy błyszczyko-balsam o pomarańczowym odcieniu, nadający ustom pełności i lekkiego koloru. Nawilża bardzo przeciętnie, jednak nie wysusza.
- Essence, Ready For Boarding, 2in1 Kajal Pencil, Destination Sunshine - miękka kredka o bardzo ładnych odcieniach. Waniliowej części używam niemal codziennie na linię wodną. Optycznie otwiera oko i nadaje mu świeżości. Utrzymuje się krótko, ale nie rozmazuje się.  
- Vipera, Sweet & Wet, 7 - lekki błyszczyk w odcieniu nude z holograficznym pyłkiem, podbijający naturalny kolor ust. Ładnie rozświetla wargi i nadaje im pełności oraz świeżości. Ściera się równomiernie, nie pozostawiając brzydkiej obwódki.
- Essence, Wild Craft, Lipstick, Mystic Lilac - miękka, kremowa szminka w kolorze dojrzałej śliwki węgierki. Na ustach wygląda idealnie, efekt przyciemnienia można stopniować. Ściera się równomiernie, nie zostawia obwódki, jednak warto kontrolować 'look'.
- Essence, Breaking Dawn Part II, Lipgloss, Alice Had a Vision - Again - świetny błyszczyk, tworzący zgrabny duet z wyżej wymienioną szminką. Dobrze wygląda również solo. Nie nadaje mocnego koloru, a raczej połysk, rozświetlenie i minimalnie przyciemnienie.
- Avon, Color Trend, Pęseta - porządny usuwacz niepotrzebnych włosków. Wyrywa z cebulką dokładnie, nie tępi się. Ma świetny design i wygodne opakowanie. 
- Essence, Lash & Brow Gel Mascara - żel do dyscyplinowania brwi oraz ich usztywniania. Szczoteczka nabiera niewielką, wystarczającą ilość produktu, a on sam nie skleja włosków.

 PIELĘGNACJA CIAŁA I TWARZY


 - Tisane, Balsam do ust - produkt dobrze działający, nawilżająco-odżywczy, większości znany.
- Original Source, Shower Gel (tu akurat Seasonal Edition - Plum & Maple Syrup) - uwielbiam za nietypowe zapachy, nie najgorszą wydajność, świetny dizajn i porządne działanie.
- Verona, Beauty Nail Club, Odżywka wygładzająco - wybielająca - bardzo dobry produkt. Autentycznie pomaga w wygładzaniu i rozjaśnianiu paznokci. Nie zawiera szkodliwych substancji.
- Asa, Acnefan, Krem do pielęgnacji cery trądzikowej - lekki, minimalnie bielący krem punktowy, wysuszający wypryski. 
- Dax, Perfecta, Oczyszczanie, Peeling drobnoziarnisty - nowe odkrycie, póki co mogę pochwalić za przyjemne i dość skuteczne ścieranie.

Jak widać w moich hitach nie niczego nowego. Większość znacie od dawna, inne krócej, ale nie są Wam obce. Lista odkryć jest niewielka, ale powstała i to bardzo mnie cieszy.