Całkiem niedawno ukazała się edycja limitowana Essence, zapowiadająca ostatni film sagi Zmierzch. Podobnie było rok temu, kiedy to dopiero zaczynałam przygodę z produktami tejże firmy. Udało mi się wtedy upolować puder rozświetlający w odcieniu 01 Lil' Vampire, który pokochałam od pierwszego użycia i moje uczucia nie zmieniły się przez te dwanaście miesięcy. Jeśli jesteście ciekawe opinii na temat ulubionego kosmetyku, to zapraszam do do przeczytania dzisiejszej notatki :-)
Puder o objętości 8,5g zamknięto w bardzo porządnym opakowaniu wykonanym z twardego, odpornego i przezroczystego plastiku. Nie otwiera się samoistnie, jednak z łatwością otworzymy je bez łamania paznokci. Rozświetlacz przymocowany jest to dna naprawdę mocno i mimo upadków nie odkleił się, a plastik nie doznał żadnej szkody. Klapka, która w kosmetykach typu pielęgnacyjnego nazwana byłaby nakrętką, przylega idealnie, nie ma żadnych nieróności.
Na opakowaniu znajdują się dwie naklejki, obie papierowe, ale znacząco różniące się jakością. Jedna z nich, zawierająca polskie informacje, zadziera się i brudzi. Druga natomiast nie doznaje żadnych uszczerbków i wygląda dokładnie tak, jak rok temu. Szata graficzna całego pudełeczka jest bardzo w porządku, gdyż zawiera tylko kilka napisów. Nietandetnie nadrukowane litery sprawiają wrażenie eleganckich.
Rozświetlacz jest bardzo przyjemny w użyciu i z łatwością nabiera się na pędzel, a ten nie pozostawia na nim dziurek. Minimalnie pyli, co jednak jest na tyle znikome, że prawie niezauważalne. Aplikacja nie sprawia problemów, puder ląduje dokładnie w wybranym przez nas miejscu. Nie kruszy się, szybko rozprowadza, nie robi plam. Nie roluje się ani nie znika razem z kremem. Zazwyczaj używam go na dekolt i ramiona, gdyż nie podoba mi się efekt na twarzy.
Zapach produktu jest delikatny, ale bardzo przyjemny. Kojarzy się z białymi liliami, jednak ledwo wyczuwalnymi. W żadnym stopniu nie przypomina duszącego smrodku wychodzącego z babcinych puderniczek.
Kolor pudru bardzo przypadł mi do gustu. Jest to dość jasny, ciepły beż z masą mikroskopijnych drobinek w kolorze złotym. Na szczęście nie przypominają one wielkich grud brokatu dającego jarmarczny efekt. Pyłek w nim zawarty subtelnie, ale widocznie rozświetla ciało, nadając mu promienności.
Puder nadaje skórze zdrowego wyglądu i niweluje oznaki zmęczenia. Nałożony nie jest w żaden sposób wyczuwalny, mimo że po pewnym czasie drobinki zaczynają minimalnie migrować. Na moje ciało działa obojętnie - nie zauważyłam podrażnień ani wysuszenia. Ponadto nałożony w kącikach oczu przydaje kuszącego blasku.
Opakowanie - 10 - porządne, z niewielką ilością nieścierających się napisów i idealnie przylegającą nakrętką. Konsystencja - 9 - łatwo nabiera się na pędzel, prawie w ogólnie nie pyli, nie zbija się w grudki. Zapach - 9 - lekki, liliowy, przyjemny, nieduszący. Kolor - 9 - jasny bez z milinami mikroskopijnych, złotych drobinek. Działanie - 9 - rozpromienia ciało, niweluje zmęczenie. Ocena ogólna - 9/10. Świetny, wydajny rozświetlacz świetnie spełniający swoją rolę.
środa, 19 grudnia 2012
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Paczko, paczuszko, ja Ciebie dziewuszko całować chcę! Zakupy z iperfumy.pl
Jakiś czas temu napisała do mnie pani Martyna z propozycją współpracy, która miała polegać na zrecenzowaniu produktu, który dostępny jest na iperfumy.pl, ale jeszcze nieopisany na blogu. Chcę jednak zaznaczyć, że nie zostałam zmuszona do napisania pozytywnych recenzji. W zamian za efekty mojej pracy otrzymałam kupon o wartości 110zł do wykorzystania w wyżej wymienionym sklepie. Nie mogłam nie skorzystać z okazji, toteż jak najszybciej złożyłam zamówienie i przedstawiam Wam zawartość dzisiaj odebranej paczki.
Zamówienie złożyłam 12.12.12, a następnego dnia paczka została spakowana i nadana. Jej droga z Legnicy trwała pięć dni, jeśli wliczymy 13 grudnia. Dostałam także numer przesyłki, dzięki czemu mogłam śledzić trasę, którą przebyła. Ponadto dzisiaj zostałam poinformowana drogą telefoniczną o znalezieniu się paczki w mojej miejscowości. Kurier dzwonił trzy razy, aby upewnić się o miejscu zamieszkania. Dostałam pokwitowanie, a paczka była dobrze zabezpieczona. W środku oprócz zamówionych produktów znalazł się także rachunek.
Przejdźmy jednak do meritum sprawy, czyli zawartości przesyłki. Zamówiłam polecaną przez włosomaniaczki szczotę TT w wersji kompaktowej, ekologiczny żel pod prysznic oraz próbkę kremu do twarzy.
Zamówienie złożyłam 12.12.12, a następnego dnia paczka została spakowana i nadana. Jej droga z Legnicy trwała pięć dni, jeśli wliczymy 13 grudnia. Dostałam także numer przesyłki, dzięki czemu mogłam śledzić trasę, którą przebyła. Ponadto dzisiaj zostałam poinformowana drogą telefoniczną o znalezieniu się paczki w mojej miejscowości. Kurier dzwonił trzy razy, aby upewnić się o miejscu zamieszkania. Dostałam pokwitowanie, a paczka była dobrze zabezpieczona. W środku oprócz zamówionych produktów znalazł się także rachunek.
Przejdźmy jednak do meritum sprawy, czyli zawartości przesyłki. Zamówiłam polecaną przez włosomaniaczki szczotę TT w wersji kompaktowej, ekologiczny żel pod prysznic oraz próbkę kremu do twarzy.
Tangle Teezer, Compact Styler, Shaun the Sheep - 51,65zł
Sanflore, Gelee De Douche Apaisante - 48,03zł
Ainhoa Luxe Cellular Complex Hydro-Nutritive Cream with Caviar Extract - próbka - 0,00zł
Ainhoa Luxe Cellular Complex Hydro-Nutritive Cream with Caviar Extract - próbka - 0,00zł
Muszę przyznać, że nie zdecydowałabym się na zakup Tangle Teezera czy żelu Sanflore bez kuponu. Ceny wprawdzie nie są najwyższe, ale szczerze mówiąc byłoby mi szkoda wydanych groszy, gdyby produkty się nie sprawdziły. Dzięki bonowi zapłaciłam 20,58zł za przesyłkę, co daje bardzo znośną kwotę, po której straceniu nie zbiednieję ;)
Kolejny żel pod prysznic w ciągu ostatnich kilkudziesięciu dni. Obecnie mam ich aż sześć, z czego trzy w użyciu. Mimo to jestem pewna, że się nie zmarnuje, bo kosmetyki tego typu idą u mnie jak woda, a więc przyda się koło początku marca. Ponadto jest ekologiczny i w dużej, mieszczącej 400ml butelce z pompką posiadającą blokadę.
O słynnym TT marzyłam od dawna, a już szczególnie o tej wersji. Kompakt bardzo mi się przyda zarówno w domu, jak i w podróży. Posiada ergonomiczny kształt, nakładkę chroniącą "kolce" oraz naprawdę dobrze wyglądający, dokładny motyw Baranka Shaun'a! Mam nadzieję, że wkrótce dołączę do zachwycających się szczotą blogerek!
Próbka kremu Ainhoa na pewno się przyda do wysmarowania dekoltu i szyi. Nigdy nie słyszałam o tej marce, czas więc ją poznać.
Współpraca ze sklepem w żaden sposób nie wpłynęła na mój stosunek do produktów, sposobu doręczania oraz kwoty, którą musiałam zapłacić.
Macie któryś z wymienionych produktów? Jaka jest Wasza opinia na jego temat?
niedziela, 16 grudnia 2012
Róże w dole i w górze. Wibo Rose Limited Edition Sparkling Rose Kiss Lip Gloss 02
Błyszczyki - moja miłość. Wielka i nieograniczona, bardzo uzależniająca, wymagająca ciągłego uzupełniania niepełnego zbioru. Fiolety, róże, beże - kocham wszystkie. Szczególnym uwielbieniem darzę te z edycji limitowanych, między innymi Wibo Rose Limited Edition Sparkling Rose Kiss Lip Gloss 02, który jest bohaterem dzisiejszej notatki. Efekt, zapach, kolor i opakowanie sprawiają, że sięgam po niego często i chętnie, zwłaszcza że złapałam go na wyprzedaży.
Błyszczyk zapakowano w smukłe opakowanie o pojemności 9,5ml. Jego kształt jest ergonomiczny, co zdecydowanie ułatwia użytkowanie. Nakrętka spełnia swoją funkcję, nie zasysa się ani nie odkręca samoistnie. Funkcję aplikatora pełni lekko ścięta gąbeczka umieszczona na długim, plastikowym kijku. Nabiera on odpowiednią ilość produktu do pomalowania jednej wargi. Ponadto opakowanie jest przezroczyste i łatwo kontrolować poziom zużycia.
Na buteleczce widnieje jedna naklejka, która jest niemal niewidoczna. Nie zadziera się ani nie pęcherzykuje, nie pozostawia też brudnego kleju. Szata graficzna nie najgorsza, chociaż może minimalnie zalatuje tandetą. Złota powłoka nakrętki jeszcze nie odpadła, ale napisy zaczynają się powoli ścierać. Całość okolona jest różami - widać je nie tylko na buteleczce, ale i na szczycie jej górnej części. Mimo iż nie zauważyłam w niej arcydzieła, spodobała mi się.
Produkt jest dość gęsty, ale z łatwością rozprowadza się po wargach. Nie spływa ani nie rozlewa się poza kontur ust. Nie klei się, chyba że nałożymy o wiele za dużą ilość. Zjada się powoli i równomiernie, nie pozostawia obwódki wokół ust. Nie zbija się w grudki i nie smuży. Przez swą konsystencję jest wydajny, gdyż na pomalowanie wystarcza zanurzenie aplikatora dwa razy, co daje bardzo dobry wynik.
Zapach błyszczyka bardzo mi się podoba, gdyż ogółem lubię woń róż. Produkt pachnie kwiaciarnią i marmoladą. Jest naturalny, ale nie czuć w nim zwiędłych nut. Utrzymuje się na ustach do momentu całkowite zniknięcia, co mi nie przeszkadza.
Kolor również przypadł mi do gustu, podobnie jak zapach i konsystencja. Jest to intensywny, landrynkowy, nietandetny róż. Nadaje ustom pełności i kuszącego wyglądu. Zawiera delikatny, złoty pyłek, na ustach niemal niewidoczny. Nie migruje po całej twarzy i nie jest wyczuwalny. Daje efekt subtelnego rozświetlenia. Na zdjęciu poniżej wyszedł neonowo, ale w rzeczywistości jest taki, jak w buteleczce (fot. 2.).
Błyszczyk nadaje ustom przepięknego koloru i blasku, który optycznie rozświetla twarz. Nie wysusza, nie podkreśla suchych skórek. Mam wręcz wrażenie, że pomaga utrzymać wypielęgnowane usta w dobrej kondycji. Sprawia, że wargi wyglądają na pełniejsze, mimo zbędnego dla mnie efektu mrowienia. Ponadto ma niezwykle miły zapach, który czuć pod nosem przez cały czas.
Opakowanie - 9 - poręczne, wygodne, z całkiem przyjemną szatą graficzną i tylko jedną naklejką. Konsystencja - 9 - gęsta, dobrze się rozprowadza i nie klei warg, nie spływa. Zapach - 9 - naturalny, różany, idealny wręcz. Kolor - 9 - ponętny, landrynkowy róż z mikroskopijnym, złotym pyłkiem. Działanie - 9 - rozpromienia całą twarz, ożywia look. Nie wysusza, nie podkreśla suchości. Ocena ogólna - 9/10. Świetny błyszczyk o wspaniałym zapachu i przyjemnym kolorze :-)
Błyszczyk zapakowano w smukłe opakowanie o pojemności 9,5ml. Jego kształt jest ergonomiczny, co zdecydowanie ułatwia użytkowanie. Nakrętka spełnia swoją funkcję, nie zasysa się ani nie odkręca samoistnie. Funkcję aplikatora pełni lekko ścięta gąbeczka umieszczona na długim, plastikowym kijku. Nabiera on odpowiednią ilość produktu do pomalowania jednej wargi. Ponadto opakowanie jest przezroczyste i łatwo kontrolować poziom zużycia.
Na buteleczce widnieje jedna naklejka, która jest niemal niewidoczna. Nie zadziera się ani nie pęcherzykuje, nie pozostawia też brudnego kleju. Szata graficzna nie najgorsza, chociaż może minimalnie zalatuje tandetą. Złota powłoka nakrętki jeszcze nie odpadła, ale napisy zaczynają się powoli ścierać. Całość okolona jest różami - widać je nie tylko na buteleczce, ale i na szczycie jej górnej części. Mimo iż nie zauważyłam w niej arcydzieła, spodobała mi się.
Produkt jest dość gęsty, ale z łatwością rozprowadza się po wargach. Nie spływa ani nie rozlewa się poza kontur ust. Nie klei się, chyba że nałożymy o wiele za dużą ilość. Zjada się powoli i równomiernie, nie pozostawia obwódki wokół ust. Nie zbija się w grudki i nie smuży. Przez swą konsystencję jest wydajny, gdyż na pomalowanie wystarcza zanurzenie aplikatora dwa razy, co daje bardzo dobry wynik.
Zapach błyszczyka bardzo mi się podoba, gdyż ogółem lubię woń róż. Produkt pachnie kwiaciarnią i marmoladą. Jest naturalny, ale nie czuć w nim zwiędłych nut. Utrzymuje się na ustach do momentu całkowite zniknięcia, co mi nie przeszkadza.
Kolor również przypadł mi do gustu, podobnie jak zapach i konsystencja. Jest to intensywny, landrynkowy, nietandetny róż. Nadaje ustom pełności i kuszącego wyglądu. Zawiera delikatny, złoty pyłek, na ustach niemal niewidoczny. Nie migruje po całej twarzy i nie jest wyczuwalny. Daje efekt subtelnego rozświetlenia. Na zdjęciu poniżej wyszedł neonowo, ale w rzeczywistości jest taki, jak w buteleczce (fot. 2.).
Błyszczyk nadaje ustom przepięknego koloru i blasku, który optycznie rozświetla twarz. Nie wysusza, nie podkreśla suchych skórek. Mam wręcz wrażenie, że pomaga utrzymać wypielęgnowane usta w dobrej kondycji. Sprawia, że wargi wyglądają na pełniejsze, mimo zbędnego dla mnie efektu mrowienia. Ponadto ma niezwykle miły zapach, który czuć pod nosem przez cały czas.
Opakowanie - 9 - poręczne, wygodne, z całkiem przyjemną szatą graficzną i tylko jedną naklejką. Konsystencja - 9 - gęsta, dobrze się rozprowadza i nie klei warg, nie spływa. Zapach - 9 - naturalny, różany, idealny wręcz. Kolor - 9 - ponętny, landrynkowy róż z mikroskopijnym, złotym pyłkiem. Działanie - 9 - rozpromienia całą twarz, ożywia look. Nie wysusza, nie podkreśla suchości. Ocena ogólna - 9/10. Świetny błyszczyk o wspaniałym zapachu i przyjemnym kolorze :-)
piątek, 14 grudnia 2012
Naturalnie piękne włosy - Farmona Herbal Care Lniana odżywka do włosów
O tym, że staram się dbać o swoje włosięta wiecie nie od dziś. Zapewne do Waszych uszu i oczu doszła też wiadomość, że bardzo lubię produkty bez silikonów oraz sztucznych konserwantów. Jednym z nich jest lniana odżywka firmy Farmona z serii Herbal Care, którą intensywnie eksploatowałam przez ostatnie trzy tygodnie. Nakładałam ją po każdorazowym umyciu, a więc jestem już w stanie wystawić jej pełną recenzję, na którą szczerze zapraszam.
Opakowaniem jest miękka, plastikowa tuba, pozwalająca na swobodne spływanie produkt ku wylotowi. Jest bardzo wygodna w użyciu, porządnie wykonana. Nakrętka na "klik" zapewne otwierałaby się świetnie, jednak kupiłam egzemplarz z urwaną klapką, toteż nie wypowiem się na jej temat. Odżywka wydostaje się z tuby po naciśnięciu w niezbyt dużje ilości i nie samoistnie, dzięki czumu można kontrolować ilość wypływającej mazi.
Producent nie umieścił żadnych naklejek, co rzecz jasna niesamowicie mnie cieszy. Wszelakie informacje o działaniu i składzie zostały nadrukowane, ale nie ścierają się nawet w najmniejszym stopniu. Szata graficzna również przypadła mi gustu, gdyż ukazuje naturę. Uwielbiam motyw lnu, gdyż niesamowicie zachęca mnie do zakupu. Kolorystyka ładna, żadnych błędów w druku.
Odżywka jest półprzezroczysta, niebarwiona i dość rzadka, toteż musimy uważać, aby nie spłynęła z dłoni. Wymaga też delikatnego wmasowania we włosy, bo inaczej znajdzie się na ręczniku zamiast na kosmykach. Rozprowadza się jednak idealnie i z łatwością, dzięki czumu można ją nakładać zarówno na mokre, jak i suche kłaki. Spłukuje się łatwo, chociaż wypróbowałam to tylko raz. Zazwyczaj pozostawiam do wchłonięcia i nie zmywam, więc dobrze, że szybko się wchłania.
Zapach odżywki jest cudowny, bardzo naturalny. Świetnie czuć len bez jakichkolwiek chemicznych nut. Nic więc dziwnego w tym, że tak bardzo przypadł mi do gustu. Czuć go przez cały czas wchłaniania się produktu we włosy, ale nie zostaje na nich. Niemniej jednak uważam za wspaniałe fakt, że istnieją tak piękne zapachy!
Odżywka stosowana regularnie daje całkiem przyzwoite efekty. Rzeczywiście czuć nawilżenie, ale nie równa się to z stuprocentowym zniwelowaniem suchości. Wygładzenie jest stosunkowo niewielkie, jednak zauważalne. Nie odnotowałam obciążenia mimo nakładania sporej ilości produktu i bez spłukiwania. Odżywka zadziałała pozytywnie i jest świetnym wspomagaczem prawie lub całkowicie naturalnej pielęgnacji.
Opakowanie - 9 - nieprzezroczysta, miękka tuba o pojemności 200ml, łatwa w obsłudze. Konsystencja - 9 - dość rzadka, dobrze rozprowadzająca się, szybko wchłaniająca. Zapach - 10 - naturalny, lekki, czuć w nim świeży len. Nie utrzymuje się na włosach. Działanie - 8 - lekko odżywia i nawilża, ale nie niweluje w 100% przesuszenia. Ocena ogólna - 8/10. Bardzo dobry produkt do częstego stosowania. Myślę, że skuszę się nawet na kolejne opakowanie tej lub innej wersji.
Opakowaniem jest miękka, plastikowa tuba, pozwalająca na swobodne spływanie produkt ku wylotowi. Jest bardzo wygodna w użyciu, porządnie wykonana. Nakrętka na "klik" zapewne otwierałaby się świetnie, jednak kupiłam egzemplarz z urwaną klapką, toteż nie wypowiem się na jej temat. Odżywka wydostaje się z tuby po naciśnięciu w niezbyt dużje ilości i nie samoistnie, dzięki czumu można kontrolować ilość wypływającej mazi.
Producent nie umieścił żadnych naklejek, co rzecz jasna niesamowicie mnie cieszy. Wszelakie informacje o działaniu i składzie zostały nadrukowane, ale nie ścierają się nawet w najmniejszym stopniu. Szata graficzna również przypadła mi gustu, gdyż ukazuje naturę. Uwielbiam motyw lnu, gdyż niesamowicie zachęca mnie do zakupu. Kolorystyka ładna, żadnych błędów w druku.
Odżywka jest półprzezroczysta, niebarwiona i dość rzadka, toteż musimy uważać, aby nie spłynęła z dłoni. Wymaga też delikatnego wmasowania we włosy, bo inaczej znajdzie się na ręczniku zamiast na kosmykach. Rozprowadza się jednak idealnie i z łatwością, dzięki czumu można ją nakładać zarówno na mokre, jak i suche kłaki. Spłukuje się łatwo, chociaż wypróbowałam to tylko raz. Zazwyczaj pozostawiam do wchłonięcia i nie zmywam, więc dobrze, że szybko się wchłania.
Zapach odżywki jest cudowny, bardzo naturalny. Świetnie czuć len bez jakichkolwiek chemicznych nut. Nic więc dziwnego w tym, że tak bardzo przypadł mi do gustu. Czuć go przez cały czas wchłaniania się produktu we włosy, ale nie zostaje na nich. Niemniej jednak uważam za wspaniałe fakt, że istnieją tak piękne zapachy!
Odżywka stosowana regularnie daje całkiem przyzwoite efekty. Rzeczywiście czuć nawilżenie, ale nie równa się to z stuprocentowym zniwelowaniem suchości. Wygładzenie jest stosunkowo niewielkie, jednak zauważalne. Nie odnotowałam obciążenia mimo nakładania sporej ilości produktu i bez spłukiwania. Odżywka zadziałała pozytywnie i jest świetnym wspomagaczem prawie lub całkowicie naturalnej pielęgnacji.
Opakowanie - 9 - nieprzezroczysta, miękka tuba o pojemności 200ml, łatwa w obsłudze. Konsystencja - 9 - dość rzadka, dobrze rozprowadzająca się, szybko wchłaniająca. Zapach - 10 - naturalny, lekki, czuć w nim świeży len. Nie utrzymuje się na włosach. Działanie - 8 - lekko odżywia i nawilża, ale nie niweluje w 100% przesuszenia. Ocena ogólna - 8/10. Bardzo dobry produkt do częstego stosowania. Myślę, że skuszę się nawet na kolejne opakowanie tej lub innej wersji.
czwartek, 13 grudnia 2012
Zakupy DM'ie sposobem na spełnianie marzeń
Jak już wiadomo, zawsze kusi mnie to, co jest niedostępne w naszym ojczystym kraju. Zakupy w niemieckiej drogerii DM marzyły mi się od dawna, ale nigdy nie miałam możliwości odwiedzenia jej osobiście. Z pomocą przyszła mi niezawodna blogosfera, a dokładniej mieszkająca w DE Agnieszka vel Cosmetics Freak. Po raz kolejny przekonałam się o tym, że w Internecie jest wiele uczynnych osób, które sprawią, iż spełnianie marzeń staje się łatwiejsze i dużo szybsze, a co za tym idzie - jeszcze bardziej przyjemne.
Postawiłam głównie na produkty z edycji limitowanych oraz pielęgnację włosów. Nad moim zamówieniem zapanowała Balea, która zaskarbiła sobie moją sympatię wspaniałą szatą graficzną. Poniżej dokładniejsza prezentacja całej paczki.
Alverde, 2-Phasen-Sprühkur Aloe Vera Hibiskus - 2,45 euro - nawilżający spray do włosów na bazie wody z olejem słonecznikowym, ekstraktem z hibiskusa i aloesu. Zawiera alkohol, ale mam nadzieję, że używany co dwa - trzy dni nie będzie przesuszał mojej czupryny.
Balea, Professional, Oil Repair Haarol - 2,95 euro - olejek z zawartością silikonów, który mam zamiar stosować jako serum zabezpieczające końcówki. Ze względu na zawartość oleju arganowego powinien regenerować i nawilżać, a więc przejdzie intensywne testy.
Balea, Feuchtigkeits Spulung Mango + Aloe Vera - 0,65 euro - kolejny produkt z zawartością dobroczynnego aloesu. Posiada też panthenol oraz ekstrakt z mango. Jestem bardzo ciekawa jego działania, testy włosowe już dzisiaj.
Babylove, Mildes Shampoo - 1,35 euro - odpowiednik dostępnego w Rossmannach myjaka BabyDream. Wzięłam głównie dla porównania z BD, może okaże się lepszy od niego. Nie ma silikonów, SLS i parabenów, więc skład jak najbardziej pozytywny.
Balea, Young, Huttenzauber, Dusche - 2x 0,85 euro - wzięłam dwa opakowania skuszona szatą graficzną. Uwielbiam motyw jelenia zarówno na ubraniach, jak i na kosmetykach. Dodatkowo jego zapach jest całkiem przyjemny, kwiatowo - owocowy. Kiedy tylko zużyję trzy inne otwarte żele wypróbuję ten.
Essence, 24h Hand Protection, Caramel Hot Chocolate - 0,95 euro - skusił mnie głównie skład produktu, gdyż zawiera masło shea i olej kokosowy. Jego zapach jest średni, nieco chemiczny, ale na pewno się do niego przyzwyczaję. Póki co muszę zużyć dwa otwarte kremy.
.
Jestem niesamowicie zadowolona z zakupów. Cieszę się, że będę mogła przetestować niemieckie cuda. Myślę jednak, że podziękowania i ukłony powinnam zrobić w stronę Agnieszki, a więc z całego serca
Postawiłam głównie na produkty z edycji limitowanych oraz pielęgnację włosów. Nad moim zamówieniem zapanowała Balea, która zaskarbiła sobie moją sympatię wspaniałą szatą graficzną. Poniżej dokładniejsza prezentacja całej paczki.
Alverde, 2-Phasen-Sprühkur Aloe Vera Hibiskus - 2,45 euro - nawilżający spray do włosów na bazie wody z olejem słonecznikowym, ekstraktem z hibiskusa i aloesu. Zawiera alkohol, ale mam nadzieję, że używany co dwa - trzy dni nie będzie przesuszał mojej czupryny.
Balea, Professional, Oil Repair Haarol - 2,95 euro - olejek z zawartością silikonów, który mam zamiar stosować jako serum zabezpieczające końcówki. Ze względu na zawartość oleju arganowego powinien regenerować i nawilżać, a więc przejdzie intensywne testy.
Balea, Feuchtigkeits Spulung Mango + Aloe Vera - 0,65 euro - kolejny produkt z zawartością dobroczynnego aloesu. Posiada też panthenol oraz ekstrakt z mango. Jestem bardzo ciekawa jego działania, testy włosowe już dzisiaj.
Babylove, Mildes Shampoo - 1,35 euro - odpowiednik dostępnego w Rossmannach myjaka BabyDream. Wzięłam głównie dla porównania z BD, może okaże się lepszy od niego. Nie ma silikonów, SLS i parabenów, więc skład jak najbardziej pozytywny.
Balea, Young, Huttenzauber, Dusche - 2x 0,85 euro - wzięłam dwa opakowania skuszona szatą graficzną. Uwielbiam motyw jelenia zarówno na ubraniach, jak i na kosmetykach. Dodatkowo jego zapach jest całkiem przyjemny, kwiatowo - owocowy. Kiedy tylko zużyję trzy inne otwarte żele wypróbuję ten.
Essence, 24h Hand Protection, Caramel Hot Chocolate - 0,95 euro - skusił mnie głównie skład produktu, gdyż zawiera masło shea i olej kokosowy. Jego zapach jest średni, nieco chemiczny, ale na pewno się do niego przyzwyczaję. Póki co muszę zużyć dwa otwarte kremy.
.
Balea, 3-Klingen Einwegrasiere - 1,95 euro - odkłaczacze w niezwykle ładnym opakowaniu. Wyglądają na porządne, a przy okazji należą do tego typu produktów, które są mi nieustannie potrzebne.
Essence, Home Sweet Home, Volume & Gloss Lip Maximizer - 1,95 euro - akurat ten błyszczyk nie dostanie się na moje usta. Zamierzam dodać go do noworocznego rozdania, które nastąpi już niedługo!
Essence, Breaking Dawn Part II, Lipgloss, 01 Alice Had a Vision - Again - 1,95 euro - ze względu na moje uwielbienie do ciemnych błyszczyków i szminek dostał się w grono naustnych mazideł. Pierwsze testy jak najbardziej pozytywne, a kolor - świetny!
Jestem niesamowicie zadowolona z zakupów. Cieszę się, że będę mogła przetestować niemieckie cuda. Myślę jednak, że podziękowania i ukłony powinnam zrobić w stronę Agnieszki, a więc z całego serca
dziękuję ♥!
środa, 12 grudnia 2012
Zimowa żelka, czyli Original Source Seasonal Edition Plum & Maple Syrup Shower
Jak już nie raz wspominałam jestem maniaczką edycji limitowanych, które pojawiają się u nas dość często. Moim ostatnim łupem prosto z aktualnej LE Original Source jest żel pod prysznic o zapachu śliwki węgierki i syropu klonowego. Po raz kolejny skusił mnie uroczy motyw na opakowaniu i ogromna sympatia do produktów wyżej wymienionej firmy. Jeśli ciekawią Was moje spostrzeżenia na jego temat, to zapraszam na recenzję.
Żel zapakowany jest tradycyjną dla produktów tej firmy butelkę. Wykonana z przezroczystego, porządnego, minimalnie chropowatego plastiku sprawdza się bardzo dobrze, gdyż jest nie tylko wygodna, ale również przyjemna dla oka. Nakrętka, będąca jednocześnie podstawą, ukrywa niewielki otwór bez wspaniałego niekapka. Jego brak nie sprawia mi jednak problemu, ponieważ żel nie wypływa samoistnie. Butelka zapewnia nas także o tym, iż zużyjemy produkt do ostatniej kropli.
Na opakowaniu zamieszczona dwie naklejki, które pomimo faktu, że wykonane są z papieru, nie przemakają ani nie zadzierają się. Dzięki temu możemy uniknąć brzydkich zacieków, a muszę przyznać, że jestem na to dość wrażliwa. Na szczególną uwagę zasługuje szata graficzna żelu - bardzo zimowa, nierutynowa, utrzymana w zgranej kolorystyce. Bardzo przypadł mi do gustu norweski motyw i cieszę się, że znajduję go nie tylko w szafie, ale i w łazience.
Bardzo spodobała mi się także konsystencja produktu. Jest to lekko galaretowaty żel, który świetnie rozprowadza się na skórze za pomocą myjki. Szkoda, że bez niej sprawa aplikacji nieco się komplikuje, ale mimo wszystko nie narzekam. Ponadto jest całkiem wydajny - na zdjęciu mamy stan po trzech lub czterech użyciach, a więc jak widać niewiele ubyło. Bardzo mnie to cieszy - dłużej będę mogła korzystać z jego zalet!
Głównym atutem żelu jest cudowny zapach! Doskonale czuć śliwkę węgierkę oraz syrop klonowy. W butelce czuć go mocno, podczas rozprowadzania nieco słabnie, ale wciąż działa na mój nos. Oddziałuje na zmysł węchu w niezwykle kuszący i przyjemny sposób. Po spłukaniu całkowicie znika ze skóry, ale nie przeszkadza mi to, bo nie lubię zbytnio myjadeł, które na długo pozostawiają swoją woń na skórze.
Żel świetnie radzi sobie z zadaniem, jakim jest zwyczajne mycie. Zmywa pot, kurz, pozostałości kosmetyków. Po prysznicu z jego udziałem jestem odprężona i zrelaksowana, ale nie otumaniona. Nie zauważyłam wysuszenia ani nawilżenia. Tego drugiego nawet nie oczekiwałam, gdyż ta funkcja nie należy do zadań myjaka. Podstawowe sprawy załatwia szybko i przyjemnie, co oczywiście bardzo mnie cieszy.
Opakowanie - 9 - bardzo ładne, nowoczesne, wygodne, z ciekawą szatą graficzną. Niestety producent nie uraczył go niekapkiem. Konsystencja - 9 - galaretowaty żel, który całkiem przyzwoicie się pieni. Zapach - 10 - cudowny, ciepły, zimowy, średnio intensywny. Działanie - 10 - myje i nie wysusza, nie nawilża. Podstawowe funkcje spełnia idealnie. Ocena ogólna - 9,5/10. Naprawdę świetny produkt, zdecydowanie godny uwagi!
Żel zapakowany jest tradycyjną dla produktów tej firmy butelkę. Wykonana z przezroczystego, porządnego, minimalnie chropowatego plastiku sprawdza się bardzo dobrze, gdyż jest nie tylko wygodna, ale również przyjemna dla oka. Nakrętka, będąca jednocześnie podstawą, ukrywa niewielki otwór bez wspaniałego niekapka. Jego brak nie sprawia mi jednak problemu, ponieważ żel nie wypływa samoistnie. Butelka zapewnia nas także o tym, iż zużyjemy produkt do ostatniej kropli.
Na opakowaniu zamieszczona dwie naklejki, które pomimo faktu, że wykonane są z papieru, nie przemakają ani nie zadzierają się. Dzięki temu możemy uniknąć brzydkich zacieków, a muszę przyznać, że jestem na to dość wrażliwa. Na szczególną uwagę zasługuje szata graficzna żelu - bardzo zimowa, nierutynowa, utrzymana w zgranej kolorystyce. Bardzo przypadł mi do gustu norweski motyw i cieszę się, że znajduję go nie tylko w szafie, ale i w łazience.
Bardzo spodobała mi się także konsystencja produktu. Jest to lekko galaretowaty żel, który świetnie rozprowadza się na skórze za pomocą myjki. Szkoda, że bez niej sprawa aplikacji nieco się komplikuje, ale mimo wszystko nie narzekam. Ponadto jest całkiem wydajny - na zdjęciu mamy stan po trzech lub czterech użyciach, a więc jak widać niewiele ubyło. Bardzo mnie to cieszy - dłużej będę mogła korzystać z jego zalet!
Głównym atutem żelu jest cudowny zapach! Doskonale czuć śliwkę węgierkę oraz syrop klonowy. W butelce czuć go mocno, podczas rozprowadzania nieco słabnie, ale wciąż działa na mój nos. Oddziałuje na zmysł węchu w niezwykle kuszący i przyjemny sposób. Po spłukaniu całkowicie znika ze skóry, ale nie przeszkadza mi to, bo nie lubię zbytnio myjadeł, które na długo pozostawiają swoją woń na skórze.
Żel świetnie radzi sobie z zadaniem, jakim jest zwyczajne mycie. Zmywa pot, kurz, pozostałości kosmetyków. Po prysznicu z jego udziałem jestem odprężona i zrelaksowana, ale nie otumaniona. Nie zauważyłam wysuszenia ani nawilżenia. Tego drugiego nawet nie oczekiwałam, gdyż ta funkcja nie należy do zadań myjaka. Podstawowe sprawy załatwia szybko i przyjemnie, co oczywiście bardzo mnie cieszy.
Opakowanie - 9 - bardzo ładne, nowoczesne, wygodne, z ciekawą szatą graficzną. Niestety producent nie uraczył go niekapkiem. Konsystencja - 9 - galaretowaty żel, który całkiem przyzwoicie się pieni. Zapach - 10 - cudowny, ciepły, zimowy, średnio intensywny. Działanie - 10 - myje i nie wysusza, nie nawilża. Podstawowe funkcje spełnia idealnie. Ocena ogólna - 9,5/10. Naprawdę świetny produkt, zdecydowanie godny uwagi!
poniedziałek, 10 grudnia 2012
Podsumowanie akcji "Jesienne umilacze"
Wczoraj minął czas, w którym mogłyśmy zamieszczać recenzje kosmetyków umilających zimną jesień. Przyszła więc chwila na zaprezentowanie swoich ulubieńców kąpielowo - pielęgnacyjnych i zamierzam to uczynić w dzisiejszym poście. Wprawdzie nie udało mi się użyć lub wypróbować wszystkich produktów przeznaczonych na akcję, ale uważam, iż dobrze się stało, że wzięłam udział w "Jesiennych umilaczach".
Początkowo moja grupka prezentowała się dokładnie tak, jak na powyższym zdjęciu. Niestety nie zdążyłam przetestować wielu z nich, m.in.: żelu Original Source, mandarynkowej kąpieli BingoSpa oraz pudrowej kuli Body Club. Ponadto nie używałam w tym czasie peelingów ani balsamów o interesujących zapachach, toteż moja lista będzie mocno uszczuplona.
Początkowo moja grupka prezentowała się dokładnie tak, jak na powyższym zdjęciu. Niestety nie zdążyłam przetestować wielu z nich, m.in.: żelu Original Source, mandarynkowej kąpieli BingoSpa oraz pudrowej kuli Body Club. Ponadto nie używałam w tym czasie peelingów ani balsamów o interesujących zapachach, toteż moja lista będzie mocno uszczuplona.
Podczas akcji mogłyście przeczytać o kosmetykach takich jak:
Przed rozpoczęciem tagu również zamieściłam recenzje wielu pachnideł, które znajdziecie w linkach poniżej:
Wprawdzie nie udało mi się wyłonić top czwórki z obecnie stosowanych produktów, ale z tych używanych w przeszłości i teraz - owszem, mimo że jest to top siódemka!
Bardzo cieszę się z faktu, że wzięłam udział w akcji i dziękuję za jej zorganizowanie wspaniałomyślnej Malinie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















